wtorek, 19 sierpnia 2025

Od Mikleo CD Soreya

Moje oczy rozbłysły, gdy sam z siebie rozpoczął temat podróży do ruin. W końcu od dawna marzyłem, by się tam wybrać, zwiedzić coś nowego, przeżyć przygodę i spędzić czas z mężem, który znów był przy mnie.
- Myślę, że damy radę zaplanować i przygotować się do wyprawy w ciągu tygodnia - Zacząłem z entuzjazmem. - Chciałbym, żeby ruiny, do których się udamy, były nowym odkryciem. To oznacza, że czeka nas spory kawałek drogi pieszo, zanim znajdziemy coś, czego nikt wcześniej nie odwiedził. Ja już wybrałem trasę, policzyłem czas, który stracimy po drodze… - Urwałem, gdy Sorey uniósł nagle wzrok i przerwał mi.
- Pieszo? - Powtórzył ze zdziwieniem, unosząc brew. - Dlaczego mamy iść pieszo? - Spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
- Może dlatego, że ja nie mogę latać? - Odparłem, nie rozumiejąc, skąd to pytanie. Przecież dobrze wiedział.
- Ty nie możesz latać, ale ja tak - Stwierdził spokojnie, a potem zbliżył się do mnie i musnął moje usta krótkim, czułym pocałunkiem. - A skoro tak, to oczywiste, że polecimy - Dodał z figlarnym uśmiechem. - I wiesz… nie musisz się przejmować. Jeszcze będziesz miał okazję uklęknąć i to odpracować - Wymruczał, delikatnie podgryzając moją dolną wargę.
Rozbawiony jego słowami, odsunąłem się lekko i stuknąłem go palcem w nos.
- A tobie tylko jedno w głowie - Mruknąłem z udawanym oburzeniem. W rzeczywistości te drobne prowokacje były dla mnie czymś niezwykle miłym. Po tylu latach razem wciąż pragnął mnie tak samo jak na początku. Świadomość, że nasz związek wcale się nie wypala, napełniała mnie ciepłem i spokojem.
- Ty zawsze jesteś w mojej głowie i nigdy się to nie zmieni - Wyszeptał, sięgając po mój kubek z gorącym napojem. Odstawił go na blat, po czym pchnął mnie lekko na łóżko i przywarł do moich ust namiętnym pocałunkiem. Jego dłoń zsunęła się pod moją koszulkę, muskając rozgrzaną skórę. - Kocham cię, aniołku - Dodał, a potem wbijał się zębami w moje ramię, kosztując mojej krwi.
Ciche jęknięcie wyrwało mi się z ust, a głowę odchyliłem mocniej w bok, by dać mu pełniejszy dostęp. Dreszcz przeszedł przez całe moje ciało, mieszanina bólu i rozkoszy, której tylko on potrafił mnie nauczyć.
Sorey jednak nie miał zamiaru pozwolić mi zatracić się w rozkoszy. Gdy tylko wypił wystarczającą ilość krwi, oderwał się od mojego ramienia, przesuwając językiem po swoich wargach, jakby chciał zatrzymać smak na dłużej.
- Skoro już wszystko zaplanowałeś, ja zajmę się naszymi zwierzakami - Oznajmił spokojnie, pomagając mi podnieść się do siadu. - Zabiorę Banshee na spacer i dopilnuję, żeby czuła się dobrze. - Zmrużyłem oczy, wciąż lekko oszołomiony, ale już z nutą niezadowolenia.
- Teraz? Chcesz to zrobić właśnie teraz? - Spytałem, starając się ukryć zawód w głosie.
- Chyba tak. A co, wolisz, żebym został? - Odparł, a na jego twarzy pojawił się wyraz, który mówił więcej niż tysiące słów. Ta charakterystyczna mina, którą przybierał tylko wtedy, gdy chciał się ze mną droczyć. Drań.
- Wolę, żebyś został i spędził czas ze mną - Odparłem z udawaną powagą, a potem poprawiłem się wygodniej na łóżku i posłałem mu zadziorny uśmiech.

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz