sobota, 28 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Zdecydowanie musiałem to przemyśleć, bo co moja rodzina by o tym powiedziała? Sam do końca nie byłem pewien.
- Co na to moja rodzina? - Powtórzyłem cicho, bardziej do siebie niż do niego. - Sam nie wiem. Raczej by tego nie popierali. W końcu szlachcic musi mieć rodzinę i potomstwo. A w związku z mężczyzną… cóż, tego nie ma i nigdy nie będzie. To hańba dla rodu, gdy pierworodny i jedyny syn nie pozostawi po sobie dziedzica. - Słowa te smakowały gorzko, jakby każde z nich było przyznaniem się do winy, której przecież nie chciałem popełnić.. - Po za tym obawiam się, że gdyby moi rodzice wciąż żyli, nigdy byśmy się nie spotkali - Dodałem po chwili. - Nadal pilibyśmy krew zwierząt, trzymali się z dala od ludzi, nie zwracając na siebie uwagi. A ja… ja zapewne już dawno byłbym zmuszony do małżeństwa. Do spłodzenia potomka. Z mężczyzną to niemożliwe. Jestem tego boleśnie świadom. - Westchnął cicho i przysunął się bliżej, jakby samą bliskością chciał odeprzeć ciężar moich słów. Objął mnie mocniej, jakby mógł ochronić przed światem, przed tradycją, przed przeznaczeniem.
- A więc wygląda na to, że gdyby nasze życie potoczyło się inaczej, nigdy byśmy się nie spotkali - Szepnął, całując mnie w czoło.
W jego głosie nie było żalu. Raczej zaduma. Może nawet wdzięczność.
- Prawdopodobnie nie - Przyznałem. - Więc… chyba dobrze, że jest tak, jak jest. Dzięki temu mamy siebie. Choć to wciąż wydaje się dziwne. Ty powinieneś mnie nienawidzić. Ja powinienem próbować cię zabić. Tak byłoby zgodnie z zasadami. A zamiast tego leżymy razem, nie przejmując się niczym ani nikim. - Uśmiechnąłem się lekko, choć w tym uśmiechu było więcej niedowierzania niż radości.
To było jednocześnie zabawne i przerażające. Bo wiedziałem, że coś takiego nigdy nie powinno się wydarzyć. A jednak wydarzyło się. I nie potrafiłem tego żałować.
Elian tylko kiwnął głową i poprawił się wygodniej na łóżku. Widziałem po nim, że było mu dobrze przy mnie, tak samo jak mnie przy nim. Nie próbowałem nawet tego ukrywać. Nie było sensu udawać obojętności ani dystansu, skoro każde jego spojrzenie, każdy cichy oddech tuż przy mojej skórze sprawiał, że coś we mnie miękło.
Cieszyłem się jego obecnością. Cieszyłem się nim.
Mężczyzną, który wbrew wszelkim zasadom i oczekiwaniom stał się częścią mojego życia. Częścią mnie.
I choć rozsądek podpowiadał, że to nie powinno się wydarzyć, że to wszystko jest błędem, serce uparcie twierdziło, że właśnie tutaj jest moje miejsce.
Wampir i łowca.
Żaden człowiek by w to nie uwierzył.
A jednak leżeliśmy obok siebie, dzieląc ciszę zamiast krwi i nienawiści.
Rozmawialiśmy jeszcze przez jakiś czas, o rzeczach drobnych i o tych, które bolały. O przeszłości, której nie dało się cofnąć, i o przyszłości, której żaden z nas nie potrafił jasno nazwać. Słowa płynęły spokojnie, bez pośpiechu. Czas zdawał się miękki, rozciągnięty, jakby specjalnie dla nas zwolnił swój bieg.
Najważniejsze było to, że byliśmy razem.
Cała reszta traciła znaczenie.
Zauważyłem, że Elian powoli odpływa. Jego głos stawał się coraz cichszy, powieki cięższe. Był zmęczony, może rozmową, może samą obecnością emocji, a może po prostu tym, że jest człowiekiem. Ludzie potrafią być zmęczeni nawet nicnierobieniem. Ich ciała domagają się odpoczynku, ich umysły wyłączają się bez pytania o zgodę.
Patrzyłem na niego uważnie.
Gdy zamilkł, ja również przestałem mówić. Nie chciałem przerywać tej chwili ani wyrywać go z miękkiego półsnu. Leżałem obok, wsłuchując się w jego spokojny oddech, pozwalając mu regenerować siły.
Tylko tego w tej chwili dla niego chciałem, spokoju, bo nic więcej nie miało znaczenia.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Mimo, że już trochę czasu minęło, odkąd jesteśmy w tak zwanym związku, dalej mnie to dziwi. Zdecydowanie nie powinno mieć to miejsca. Pożądanie może i mogło by mieć, ale miłość? To było zdecydowanie mało profesjonalne. Teraz, niestety, było już na to za późno. Ja oddałem się całkowicie temu uczuciu, on, patrząc na to, jak mnie szukał pomimo czekającego na niego niebezpieczeństwa, też całkowicie we mnie przepadł. Oboje jesteśmy siebie warci. Jeden beznadziejnie zakochany w drugim. I później mamy problem, on zbyt bardzo przejmuje się mną, ja przejmuję się nim i nie możemy się skupić na swoich zadaniach. 
- Ja ciebie też kocham – odpowiedziałem, wsuwając nos w jego włosy. Po ostatnich zdaniach musiałem się trochę się uspokoić. Że też w ogóle zaproponował, by on był na górze... nie, nie podobało mi się to w ogóle. Wolałem, kiedy ja robiłem wszystko tak, jak chciałem. Wybierałem, gdzie, jak, w jakiej pozycji, jak szybko... i przy okazji, doskonale go widziałem. A to mnie podniecało najbardziej. 
- Nie zastanawiasz się czasem, jakby zareagowali twoi najbliżsi na taki związek? - zapytał, co mnie zaskoczyło. Ale go teraz wzięło na rozmyślanie. 
- Nie mam żyjących najbliższych, dlatego nie, nie zastanawiam się – powiedziałem bez zbędnego rozmyślania. Wszyscy, których uważałem za najbliższych, już nie żyją. Moja mama, mentor... z ich zdaniem mógłbym się trochę liczyć. Trochę. Bądź co bądź, to jednak moje życie, nikt mi go nie będzie układał, ani ja nie zamierzam go układać pod czyjeś widzimisię. 
- A Dona? - zapytał, co mnie zaskoczyło. Nie sądziłem, że według niego jest dla mnie kimś bliskim. - Nie jest dla ciebie kimś bliskim? 
- Nie jest kimś na tyle bliskim, bym chodził do niej po radę. Pomogłem jej, stanąłem w obronie jej i jej córki, za co jest mi wdzięczna. To wszystko. Zresztą, już doskonale wiem, co myśli o naszym związku już teraz. A gdyby się dowiedziała, że jesteś wampirem, na pewno próbowałaby mi wybić tę relację z głowy – wzruszyłem ramionami.
- A gdyby twoi najbliżsi żyli? - spytał, co mnie zaskoczyło. 
- Gdyby żyli... ciężko mi stwierdzić. Mojemu mentorowi byś się na pewno nie spodobał, ale to chyba oczywiste. Natomiast jak chodzi o moją mamę... nie mam pojęcia. Zgaduję, że każda matka chciałaby szczęścia dla swojego dziecka, przynajmniej tak mi się wydaje. Idąc tym tropem, pewnie patrzyłaby na moje uczucia – powiedziałem tak, jak mi się wydawało. - A co z twoimi rodzicami? Zaakceptowaliby łowcę jako twojego partnera? - zapytałem, unosząc delikatnie brew. Mało mówił o swoich rodzicach. Też na to nie naciskałem, to była świeża rana, i nie chciałem naciskać. Ale jak sam poruszył taki temat, to chyba nic złego, jak go o to zapytam. 

<Różyczko? C:>

piątek, 27 lutego 2026

Od Soreya CD Mikleo

 Niechętnie wróciłem do całego towarzystwa. Szczerze, już nie pamiętałem imion tych chłopców i nie wiem, czy chcę je pamiętać. Mój plan na ten dzień był prosty, nic się nie odzywać, albo odpowiadać krótko, zdawkowo. Na szczęście miałem Mikleo. On wystarczająco odwróci uwagę ode mnie. Niech nie liczą na to, że będę się uśmiechał. Już wczoraj musiałem brać udział w tym całym cyrku, ale przynajmniej z moją rodziną. A tu? Będę miał przed sobą ludzi, których nie znam. 
Wróciłem do jadalni, zastając rozmawiających w najlepsze dzieciaki z Mikleo. Zdecydowanie mnie tam nie potrzebowali. Po co mam tam być? Jeszcze tak mocno zdenerwowany na nasze dzieci. Wystarczyłoby, aby spytały. W tej chwili ciężko mi było stwierdzić, czy bym się zgodził. Pewnie pod wpływem Mikleo tak. Ale teraz, po takim wyskoku, jaki nam dzisiaj zafundowały, będą mieć ciężko. Coś czułem, że ostatnio były za grzeczne, za bardzo się starały. Pewnie to od dawna szykowały. 
- O, już jesteś. To co, możemy siadać? - to Mikleo zauważył moją obecność, i uśmiechnął się do mnie promiennie. Robię to dla niego. Tylko i wyłącznie dla niego. Bo dzieciaki na to zdecydowanie nie zasługują. - Chodź, pomożesz mi nalać zupę – zaproponował Miki, patrząc na mnie znacząco i od razu idąc do kuchni. Bez słowa skierowałem się za nim. - Uśmiechnij się chociaż. Wyglądasz, jakbyś miał kogoś zamordować – dodał cicho, nalewając zupy do specjalnego, ładnego naczynia, z którego korzysta tylko i wyłącznie w jakichś specjalnych sytuacjach. Tak właściwie, pierwszy raz w tym życiu zobaczyłem, że w ogóle używa tej zastawy. Głównie tylko stała za szkłem. Nie wiem, po co ona jest, ale niechaj mu będzie. 
- Nie przesadzaj. Albo się uśmiecham, albo nie wybucham. Z dwojga złego lepsze to drugie – mruknąłem przytrzymując tę wazę. 
- Nie namówię cię na uśmiech? Nawet dla mnie? - poprosił Mikleo, uśmiechając się do mnie lekko, ładnie, jak to tylko on ma w zwyczaju. 
- Dla ciebie nie zrobiłem im awantury na wejściu. I proszę, nie wymagaj ode mnie więcej – powiedziałem krótko, stanowczo. Było za wcześnie, potrzebowałem chwili, by to wszystko się we mnie uspokoiło. A świadomość tego, że zaraz tam muszę iść, niczego nie poprawia. 
- Niepotrzebnie się aż tak przejmujesz. Chłopcy się wydają być naprawdę w porządku – spróbował z nieco innej strony, ale w tej chwili tak łatwo mnie nie przekona. 
- Więc skoro są tak w porządku, dlaczego nie powiedzieli nam o nich wcześniej? Czemu się nie spytali, czy mogą ich ich zaprosić? Co im w ogóle do głowy przyszło? - spytałem, czując jak krew zaczyna buzować mi w żyłach. I jak ja mam ich obdarzyć zaufaniem? 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

 Skąd on miał tyle wiary we mnie? Już czułem, że nie byłem wystarczający. Nie potrafiłem zrobić nic. Nie potrafiłem ich trzymać, nie potrafiłem ich rozpoznać, a sama myśl o tym, że mam je karmić, albo się jakoś nimi zająć powodowała we mnie paniczny strach. Dziewczynka się obudziła, i byłem całkowicie sparaliżowany. Nie wiedziałem, co miałbym zrobić. Za to on był taki pewny. Miał odpowiedź na każde pytanie. Nie bał się. Tak, on sobie poradzi bardzo dobrze beze mnie. A ja już nie byłem do niczego potrzebny. 
- Sam nie wiem. Powinienem mieć jakiś instynkt macierzyński, podświadomie wiedzieć, co robić. A ja... mam pustkę w głowie. Wystarczyło, że Sayuri na mnie spojrzała, i całkowicie sparaliżował mnie strach. Chyba coś jest ze mną nie tak – mówiłem cicho, ze smutkiem. Czułem, że tylko im będę szkodził. I to okropne przeczucie nie chciało mnie opuścić. 
- Daj sobie czas. Odpocznij. Uwierz w siebie. Wszystko przyjdzie samo z siebie – mówił łagodnie, spokojnie, pewnie, przez cały ten czas gładząc kciukiem moją dłoń. - Nie minęło dużo czasu od porodu. Jeszcze jesteś skołowany. Zjesz, napijesz się czegoś i...
Jego wypowiedź przerwał leżący w moich ramionach synek. Takumi najpierw poruszył się lekko, otworzył oczy, a następnie usta i zaczął płakać. A jak on zaczął płakać, to i Sayuri w ramionach Haru także zaczęła być niespokojna. Spojrzałem ze strachem na męża, już czując narastającą panikę. I o to mi chodziło. Kobieta, która właśnie dała nowe życie, już wiedziałaby, co robić. A ja tylko panikowałem. 
- Mogą być głodne, minęło trochę czasu, nim ostatnio jadły. Najpierw spróbuj nakarmić Takumi'ego, skoro zaczął płakać, musi być bardziej głodny. A potem podam ci Sayuri, w porządku? - mówił to wszystko, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Pokiwałem niepewnie głową, chociaż dalej czułem się tak strasznie sparaliżowany. Trzęsącą się dłonią rozpiąłem koszulkę i przyłożyłem chłopczyka do mojej piersi. Dalej w głowie zastanawiałem się, czy dobrze robię, czy go nie skrzywdzę, czy to o to chodzi... chłopiec niemalże od razu znalazł sutek, który zaczął ssać, kładąc swoje drobne rączki na moim ciele. Ale to było dziwne uczucie. I nie wiem, czy mi się to podobało. I że ja tak muszę karmić ich na zmianę? Przez kilkanaście następnych miesięcy? Starczy mi w ogóle pokarmu na ich dwójkę? 
Kiedy tylko Takumi przestał płakać, to i jego siostra się uspokoiła. Teraz mogłem zobaczyć delikatne różnice w ich wyglądzie. Oboje mieli niebieskie oczy, chociaż oczy Sayuri były jakieś takie ciemniejsze, a za to miała jaśniejsze włosy, dosłownie o jeden, dwa odcienie.  To były bardzo minimalne różnice, i pewnie jeszcze to wszystko będzie się zmieniać na przestrzeni tygodni. Oby. Trochę liczyłem na to, że będą mieć oczy po Haru. W końcu, jego oczy były śliczne, chciałbym, żeby przetrwały na kolejne pokolenia. 
- I po jedzeniu... co teraz? Mam go jakoś pokołysać w ramionach, by zasnął, czy co? - spytałem niepewnie, zerkając lekko przestraszony na Haru. Kiedy opiekowałem się malutką Ametyst, po każdym karmieniu masowałem jej brzuszek ręcznikiem zmoczonym w ciepłej wodzie, imitując tym samym mycie przez jej kocią mamę. Więc skoro taki kot robi coś po nakarmieniu swojego potomstwa, to ja chyba też coś powinienem zrobić, ale mój instynkt nic mi nie podpowiadał...

<Piesku? C:>

Od Serathiona CD Eliana

 Zaśmiałem się cicho, kiedy usłyszałem jego słowa. Naprawdę się tego po nim nie spodziewałem. Zawsze byłem przekonany, że to ja jestem tym niewyżytym, tym, który pierwszy traci cierpliwość. A tu proszę, wystarczy chwila bez mojej uwagi i już zaczyna dramatyzować. Najwidoczniej jego kutas już byś może się doczekać spotkania z moim tyłkiem.
- Wiesz, bez twojej ręki też sobie poradzimy - Mruknąłem z lekkim uśmiechem, kładąc dłoń na jego policzku. - Tylko nie wiem, czy spodoba ci się to, że tym razem to ja będę na górze. - Powiedziałem to spokojnie, niemal niewinnie, choć dobrze wiedziałem, co robię. Miałem swój sposób na to, żeby było przyjemnie, dla mnie na pewno. Dla niego… cóż, to już inna kwestia. Nie byłem pewien, czy łatwo odda kontrolę, w końcu to nie w jego stylu, bym to ja skakał na jego kutasie a on leżał bez większego zaangażowania.
Uniósł brew i prychnął cicho.
- Ja mam być na dole? - W jego głosie pobrzmiewało oburzenie zmieszane z rozbawieniem. - Nie podoba mi się ten pomysł. Lubię być u góry. Lubię patrzeć, jak wijesz się pode mną, jak twoje ciało drży a ty unosisz tyłek po więcej - No tak. Tego akurat mogłem się po nim spodziewać. Uparty jak dziecko, zawsze musi być tak, jak on chce. Zawsze to on prowadzi, narzuca tempo, decyduje. A ja? Cóż… nigdy specjalnie nie narzekałem. W gruncie rzeczy odpowiadało mi to. Ważne, żeby wiedział, jak sprawić, żebym tracił oddech i przestawał myśleć o czymkolwiek innym.
Przesunąłem się do niego jeszcze bliżej, tak że prawie stykaliśmy się klatkami piersiowymi.
- Może czas na zmianę? - Powiedziałem ciszej, patrząc mu prosto w oczy. - Może przekonasz się, że czasem warto oddać stery. - Przez moment mierzyliśmy się spojrzeniami, żaden nie chciał ustąpić. W powietrzu zawisło napięcie gęste, elektryczne, niemal namacalne. Wiedziałem, że to gra. On też o tym wiedział. I może właśnie to było w tym wszystkim najbardziej ekscytujące.
Bo nieważne, kto będzie na górze.
I tak obaj wiedzieliśmy, że skończy się dokładnie tak, jak powinno.
- Twoje niedoczekanie. Nie zgadzam się na to, żebyś to ty dominował - Burknął, marszcząc brwi, choć w jego oczach błysnęło rozbawienie. Jakby sama wizja utraty kontroli była dla niego czymś absurdalnym.
Prychnąłem cicho.
- Spokojnie - Odpowiedziałem łagodniej. - Zdecydowanie bardziej wolę, kiedy to ty przejmujesz inicjatywę. - Musnąłem ustami czubek jego nosa i oparłem głowę o jego ramię, wsuwając dłonie pod jego koszulkę, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie. Czułem, jak jego ciało powoli się rozluźnia.- Nie martw się - Dodałem ciszej, już bez zaczepnego tonu. - Bez względu na to, co się stanie… zawsze pomogę mojemu ukochanemu człowiekowi. - Uśmiechnąłem się do niego zadziornie, ale w moim spojrzeniu było coś więcej niż prowokacja. Coś miękkiego. Prawdziwego. Pokazywałem mu że go kocham i to się nie zmieni, bez względu na to jakby miało się nasze życie podroczyć. - Kocham cię - Zapewniłem, chociaż czasem sam siebie nie poznałem, wampir który kocha łowcę? To zdecydowanie nie było normalne, ale czy ja kiedykolwiek byłem normalny? Zdecydowanie nie.. I w całe mi to nie przeszkadzało.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Ależ on był okrutny... gdyby nie te rany, nie ta beznadziejna ręka, już bym go przyszpilił do materaca i dobrał się do tego, co mnie najbardziej interesuje. Miałem tę świadomość, że mogłoby mu się to nie spodobać, czasem narzekał, że jestem jak zwierzę, ale od czasu do czasu lubił, kiedy traciłem nad sobą kontrolę. Widziałem to po nim. Jak jego ciało reaguje na moją brutalną siłę. A teraz? Skoro mam problem z chwyceniem miski dla kota, to jak ja go chwycę za biodra, przyciągnę do siebie? Coś z tą ręką będę musiał zrobić. Irytowała mnie ona. Każda rana pozostawiona przez tego wampira mnie mocno irytowała. Przez nie nie mogłem zaopiekować się Serathionem. Wystawiłem go na zagrożenie, ponieważ wtedy wyruszył na moje poszukiwania. I jeszcze nie może normalnie zjeść, bo jestem osłabiony. Już wiem, że te rany tak powoli się na mnie goiły, bo miałem za mało krwi. Teraz, już jej braki zostały uzupełnione, i już jest ze mną lepiej. 
- Nie mogę się doczekać, aż w końcu będę mógł przestać być taki grzeczny – mruknąłem, przesuwając dłonią po jego policzku, miękkim, gładkim i chłodnym. 
- Wytrzymasz. Wiesz, że im dłużej się powstrzymujesz się od seksu, tym później finał jest bardziej przyjemny? - wymruczał, unosząc kąciki ust tak, bym mógł zobaczyć jego kiełki. 
- Nie pomagasz – lekko się skrzywiłem, cicho wzdychając. Zerknąłem na swoją prawą rękę i jeszcze raz próbowałem zacisnąć pięść. I znów nie do końca. Nie powinienem jeszcze panikować. W końcu, dalej to wszystko się goi. 
- Martwi cię ta ręka – zauważył celnie. Nagle jego ton był poważny. Nie było żadnej figlarności w jego głosie, wiedział, że to jest coś, co naprawdę jest dla mnie ważne. 
- Trochę – przyznałem, jeszcze przez chwilę się w nią wpatrując. - Jak nie będę miał nad nią pełnej sprawności, będę w mojej pracy bardziej narażony – dodałem, przenosząc wzrok na jego twarz, która w tej chwili też wyrażała zaniepokojenie. 
- Aż tak głęboko wbił tam swoje pazury? - spytał, przesuwając delikatnie opuszkami palców po bandażu. 
- Wydaje mi się, że głęboko dotarł. Musiał zauważyć, że to moja dominująca ręka, i postanowił mnie osłabić – odparłem. Jakże bym chciał go dorwać... odpłacić się za to, co mi zrobił. Muszę tylko wydobrzeć. 
- Może będzie się to dało jakoś załatwić magicznie? - zaproponował. 
- Na pewno będzie się dało wyleczyć magicznie. Pytanie tylko, ile to będzie kosztować? Takie zabiegi są dosyć kosztowne. Bardzo kosztowne. Ale jeszcze na razie nie ma co wydawać wyroku. Dalej to wszystko się leczy, więc może jakimś cudem wszystko będzie w porządku, a to jest tylko chwilowe. Musi być tylko chwilowe. Bo jak ja będę mógł cię przyszpilać do ściany, i brać na każdy sposób, jak tylko chcę? - obróciłem to wszystko trochę w żart. Nie mogę się w końcu załamywać, pokazywać swoich słabości. 

<Różyczko? C:>

Od Serathiona CD Eliana

 W gruncie rzeczy to wcale nie był taki zły pomysł. W końcu Draven uparcie twierdził, że to ja zauroczyłem Eliana. Jakby to była jakaś misterna intryga z mojej strony. A prawda była znacznie prostsza, to on pierwszy wpadł w sidła własnego pożądania. Raz spróbował. Jeden moment słabości, jedna noc, jeden smak zakazanego owocu… i przepadł bez reszty.
To nie żadna wampirza magia go omotała. To nie mrok ani nadnaturalna aura. To ciało, którego nie potrafił sobie odmówić. Ciało, które raz posiadł i od tamtej pory nie umiał już o nim zapomnieć.
- No tak - Mruknąłem z kpiącym uśmiechem, pozwalając, by ostre kły błysnęły w półmroku. - Głupiec, który raz spróbował smaku grzechu i teraz nie potrafi się od niego oderwać. Co się w sumie dziwić, każdy chciałby mieć to ciało dla siebie - Elian uśmiechnął się powoli, jak drapieżnik pewny swojej ofiary albo może raczej swojej słabości.
- Oczywiście - Odpowiedział niskim mruczącym głosem. - Kto inny tak pięknie jęczałby moje imię, wypijając ten tyłek w moją stronę? Dając się pieprzyć tak jak mi się podoba. Tylko ty potrafisz postawić mnie na baczność jednym spojrzeniem. - Jego dłoń, jakby dla podkreślenia słów, zsunęła się powoli po moim boku i zatrzymała na biodrze. Palce zacisnęły się lekko, stanowczo, a ja poczułem, jak między nami gęstnieje powietrze, ciężkie od niedopowiedzianych obietnic.
- Uważaj - Wyszeptałem, pochylając się bliżej, tak że nasze oddechy niemal się zmieszały. - Jeszcze chwila, a naprawdę uwierzysz, że to ja tobą steruję. - Szepnąłem, całując go w nos.
- A może już w to wierzę? - Odparł cicho.
W jego oczach nie było już żartu. Tylko głód. I świadomość, że obaj doskonale wiemy, jak ta gra się kończy.
- Cóż… masz prawo wierzyć w to, w co chcesz - Wyszeptałem, muskając jego wargi własnym oddechem. - A ja nie mam zamiaru ci tego zabraniać. - Przez krótką chwilę trwałem tak blisko, czując ciepło jego skóry i napięcie, które w normalnych okolicznościach dawno wymknęłoby się spod kontroli. Gdyby nie był ranny, ta bliskość byłaby o wiele bardziej żywa. Bardziej niebezpieczna. Bardziej ekscytująca. Zamiast żartów byłyby przyspieszone oddechy i dłonie, które nie potrafią się zatrzymać.
Ale teraz mogliśmy jedynie drażnić się słowami. Przeciągać spojrzenia. Smakować obietnicę zamiast spełnienia.
Uśmiechnąłem się lekko i cofnąłem odrobinę, pozwalając, by napięcie opadło do bezpiecznego poziomu.
- A teraz pora odpocząć - Dodałem już ciszej, łagodniej. - Jeśli jutro naprawdę zamierzasz zabrać mnie na randkę, musisz nabrać sił. - Wyślizgnąłem się z jego objęcia i ułożyłem wygodnie na poduszce, poprawiając kołdrę z udawaną obojętnością. Jednak kącik moich ust wciąż zdradzał rozbawienie.
Elian westchnął cicho. W tym dźwięku wyraźnie pobrzmiewała irytacja, ta sama, którą czułem w sobie. Oboje tego chcieliśmy. Oboje mieliśmy ochotę przesunąć granicę, przestać udawać, że to tylko niewinne droczenie się.
Ale nie teraz. Nie dziś. Nie w tej chwili.
Jego rany były zbyt świeże, a ja, mimo całej swojej drapieżnej natury, nie byłem aż tak okrutny, by wykorzystać jego słabość. Choć w głowie przemknęła mi myśl, jak inaczej mogłaby potoczyć się ta chwila gdyby los był dla nas łaskawszy.
- Wiesz, że gdyby nie te rany… wziąłbym cię teraz? - Zapytał niskim głosem.
Uniósł lekko podbródek, jakby rzucał mi wyzwanie. A mnie to tylko rozbawiło.
Naprawdę się uzależnił, pomyślałem z satysfakcją. Nie musiałem używać żadnej magii. Wystarczyło, że byłem sobą.
- Naprawdę? - Wymruczałem z udawaną niewinnością, przesuwając spojrzeniem po jego twarzy. - Nie spodziewałem się tego po takim grzecznym łowcy. - Uśmiechnąłem się powoli, prowokująco, bawiąc się przy tym jak zwykle bardzo dobrze.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Może faktycznie trochę przesadziłem. Może powinienem trochę inaczej ubrać to w słowa. Określić to jako moją wieczność, która dla mnie jest znacznie krótsza niż dla niego. Niestety na to nic nie mogłem poradzić. Mogę tylko dbać o swoje zdrowie, ale kto powiedział, że nie zabije mnie pierwszy lepszy wampir, albo zaatakuje znienacka idiota z nożem? Nigdy nie wiesz, kiedy przyjdzie twój czas. Wampir nie musi się takimi rzeczami przejmować, są w końcu silniejsze od ludzi, a nóż w bebechach nic im nie zrobi. No chyba, że to srebrny nóż, ale nawet wtedy nie umrze, a tylko zostanie nieco spowolniony. Ludzie są zbyt delikatni, nieważne, jak się będą starać. Możemy tylko żyć pełnią życia, korzystać z czasu, który nam pozostaje. 
- Może nie przeżyję z tobą twojej wieczności, ale przeżyję z tobą moją wieczność – powiedziałem, układając się wygodnie. Nie chciałem sobie przypadkiem zrobić krzywdy, tak ładnie mi się wszystko zrasta, nie chciałbym odraczać swojego wyzdrowienia. Serathion mnie potrzebuje, albo raczej mojej krwi, i napije się jej dopiero wtedy, kiedy będę zdrowy. Chociaż, mam nadzieję, że jednak nie będzie czekał aż tak długo. Potrzebował jej bardziej, niż był w stanie przyznać. 
- To jak mrugnięcie okiem... - mruknął, a w jego głosie zabrzmiał smutek. Źle na to patrzył. Zupełnie niepotrzebnie. W przyszłości bym chciał być jego szczęśliwym wspomnieniem, a nie takim, które wspomina ze smutkiem i żalem. 
- Musisz częściej mrugać. Inaczej ci oczy wyschną, będą przekrwione, i niezbyt ładne. A tego wolisz uniknąć, prawda? - powiedziałem łagodnie, tuląc go do siebie. W mojej koszuli wyglądał pięknie, i jeszcze tak cudownie pachniał... tęskniłem za tą charakterystyczną różą, która tak do niego pasowała. Nic dziwnego, że jest tak bardzo zafascynowany różami, ma z nimi wiele wspólnego. To w końcu kwiaty szlachetne, dostojne, które nie wyrastają byle gdzie, i kolce też sugerują, że są niebezpieczne i nie można z nią igrać. Zdecydowanie do niego pasuje, dobrze, że kupiłem mu ten drobny prezent w postaci wiecznie kwitnącej róży. Co prawda, bukiet byłby bardziej spektakularny, ale chyba musiałbym sprzedać pierworodnego, by mnie było na niego stać. 
Na moje słowa zaśmiał się cicho, i do mnie przytulił, korzystając z tej ciszy i spokoju, na który przecież nie zawsze będziemy sobie mogli pozwolić. 
- Postaram się – przyznał, rysując szlaczki na mojej dłoni. 
- Może spróbujemy wyjść jutro wieczorem? Jest pożegnanie starego roku. Będą fajerwerki, a je chyba lubisz – zaproponowałem, chcąc spędzić z nim trochę tego czasu. 
- Idealna pora na łowy dla wampira. Możemy się natknąć na Dravena – przypomniał mi, na co się delikatnie skrzywiłem. No tak... on jest takim małym problemem. Przynajmniej dla mnie, bo dla niego już raczej nie. 
- Jestem tylko głupcem, którego zauroczyłeś, jestem na każde twoje skinienie. Naprawdę sądzisz, że mógłby nam sprawiać takie problemy? - zapytałem, będąc gotów zaryzykować. Dla niego. Po co ma tu w końcu siedzieć? Spędzać czas ze mną i patrzeć się w ściany, które zna aż za dobrze? Nie dziwię się, że chodzi cały czas znudzony.

<Różyczko? C:>

czwartek, 26 lutego 2026

Od Mikleo CD Soreya

Oczywiście doskonale rozumiałem złość mojego męża. Sam również nie byłem zadowolona z takiego obrotu sytuacji. Dzieci postawiły nas pod ścianą, nie dały nam wyboru, nie zapytały, czy mogą zaprosić swoje drugie połówki. Po prostu przyjechały z nimi bez uprzedzenia. To było dla nas zaskoczenie i nie ukrywam, poczułem lekki żal, że nie poinformowały nas wcześniej.
Z drugiej jednak strony zacząłem się zastanawiać, co właściwie mieliśmy zrobić? Czy powinienem się z nimi kłócić? Wyprosić ich partnerów z domu? To zupełnie nie leży w mojej naturze. Mimo że sytuacja była dla mnie trudna i trochę niezręczna, postanowiłem przyjąć ich najlepiej, jak potrafię. Taki w końcu już jestem, bez względu na okoliczności starałem się, by w moim domu każdy czuł się mile widziany.
Chętnie poznałem wybranków naszych dzieci. Starając się nie okazywać zaskoczenia ani zdenerwowania, choć w środku wciąż układałem sobie wszystko na nowo. Szczerze mówiąc, zupełnie nie spodziewałem się dziś gości. Mimo to poczułem radość, że mogę poznać osoby, które są bliskie sercom naszych dzieci.
Jeśli te relacje okażą się prawdziwe, jeśli ich uczucia są szczere i głębokie, to dlaczego mielibyśmy nie cieszyć się ich szczęściem? Najważniejsze przecież, aby nasze dzieci były kochane i same potrafiły kochać. Oczywiście byłoby nam miło, gdyby uprzedziły nas wcześniej, przed świętami, i dały nam czas, by przygotować się na ich przybycie. Taka rozmowa byłaby wyrazem szacunku i zaufania.
Mimo wszystko wierzę, że ta sytuacja może być początkiem czegoś dobrego, nowego etapu w życiu naszych dzieci i być może, również w naszym. A my, jako rodzice, musimy nauczyć się akceptować, że ich świat powoli się poszerza i że nie zawsze będziemy o wszystkim wiedzieć jako pierwsi.
Mimo tego wszystkiego trochę bałem się reakcji mojego męża. Doskonale wiedziałem, jaki potrafi być stanowczy, gdy chodzi o zasady panujące w naszym domu. Martwiłem się, jak to wszystko może się skończyć, kiedy emocje opadną, a goście wyjdą.
Widziałem jego minę, jedno spojrzenie wystarczyło, by zrozumieć, że dzieci nie mogą liczyć na pobłażliwość. Byłem niemal pewien, że gdy tylko drzwi się zamkną, odbędzie się poważna rozmowa. I choć wiedziałem, że zachowały się nie w porządku, w głębi serca miałem nadzieję, że nie będzie zbyt surowy.
Owszem, postąpiły nie fair. Postawiły nas w niezręcznej sytuacji i zasłużyły na konsekwencje adekwatne do swojego zachowania. Jednak czy to powód, by aż tak się złościć? Sam nie potrafiłem jednoznacznie odpowiedzieć. Może trochę tak, w końcu chodzi o szacunek i granice. Ale to nie ja byłem od wymierzania surowych lekcji.
Zawsze to mój mąż lepiej radził sobie z wyznaczaniem jasnych zasad i egzekwowaniem ich przestrzegania. Ja z kolei zbyt szybko mięknę, za bardzo staram się zrozumieć, wytłumaczyć, znaleźć łagodniejsze rozwiązanie. Czasem mam wrażenie, że jestem dla nich zbyt pobłażliwy. I właśnie dlatego, mimo obaw, czuję też pewnego rodzaju ulgę, że mam jego. Wiem, że w chwili, gdy ja zaczynam się wahać, on potrafi zachować spokój i stanowczość.
Może właśnie w tym tkwi nasza siła jako rodziców, w równowadze. On pilnuje zasad, ja daję więcej przestrzeni na rozmowę i zrozumienie. I choć czasem boję się jego reakcji, wiem, że kieruje nim troska o nasze dzieci, tak samo głęboka jak moja...

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

Gdy ruszyłem do kuchni, poprosiłem kucharza, aby przygotował dla mojego panicza coś lekkiego, a zarazem pożywnego i soczystego. Chciałem, by po porodzie jego organizm szybko doszedł do siebie, lecz nie był nadmiernie obciążony. To niezwykle ważne, aby w tych pierwszych godzinach poczuł się lepiej i by jego ciało mogło spokojnie, stopniowo wracać do sił.
Sam w tym czasie przygotowałem dla niego ciepły napój. Gdy delikatna para unosiła się znad kubka, ruszyłem z nim do sypialni. Służba miała wkrótce przynieść posiłek, więc o to nie musiałem się martwić.
- Już jestem. Przyniosłem herbatę. Kucharz przygotowuje twój posiłek - Odezwałem się łagodnie, wchodząc do komnaty.
Dopiero wtedy dostrzegłem przerażenie malujące się na jego twarzy. Zmarszczyłem lekko brwi i podszedłem bliżej łóżka, gdzie leżał z dziećmi.
- Coś się stało? - Zapytałem ciszej, unosząc jedną brew i pochylając się nad moją małą rodziną.
- Jedno z dzieci się obudziło… Patrzy na mnie, a ja nawet nie wiem, który to chłopiec, a która dziewczynka - Wyjaśnił drżącym głosem. W jego oczach czaiła się szczera, bezradna panika.
Na ten widok uśmiechnąłem się ciepło. Odstawiłem kubek na szafkę nocną i ostrożnie wziąłem od niego maleństwo.
- To nasza mała córeczka - Powiedziałem łagodnie, spoglądając na drobną twarz Sayuri. - Patrzy, choć jeszcze nie widzi. Na to jest zdecydowanie za wcześnie. Dzieci w tym wieku uczą się przede wszystkim słuchem. Powinieneś do niej mówić… Twój głos to teraz wszystko, czego potrzebuje. - Podałem mu kubek do wolnej dłoni, pomagając mu napić się herbaty.
- Jak ty ich rozpoznajesz? - Zapytał z niedowierzaniem, przyglądając mi się uważnie. - Przecież wyglądają identycznie. - Zaśmiałem się cicho.
- Sam nie wiem. Po prostu… czuję to. W tej chwili trzymasz naszego synka, a ja naszą córkę - Odpowiedziałem spokojnie.
Przytuliłem maleństwo bliżej do piersi, czując, jak ogarnia mnie ciepło. Wiedziałem, że teraz najbardziej potrzebują bliskości, spokoju i miłości, a my razem uczymy się, jak im to dać.
- Wygląda na to, że tylko ja w tym związku będę złym rodzicem - Powiedział cicho, ze smutkiem w głosie. - Skoro już teraz nie potrafię ich rozpoznać… to chyba naprawdę nie nadaję się na ojca. A może na matkę, sam nie wiem kim będę dla naszych dzieci. - Nie mogłem się z tym zgodzić. W tym momencie niepoznawanie dzieci niczego złego nie oznaczało. Po tym ciężkim porodzie jego ciało i umysł przeżywały szok, ból i zmęczenie. To normalne, że potrzebował czasu, by ogarnąć całą sytuację.
- Nie, kochanie - Powiedziałem spokojnie, biorąc go delikatnie za rękę. - To nie znaczy, że jesteś złym rodzicem. Daj sobie czas. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, rozpoznasz, który to nasz syn, a która nasza córka. Teraz najważniejsze jest, byś odpoczął i trochę się rozluźnił. Wszystko inne przyjdzie naturalnie. - Uśmiechnął się niepewnie, a ja poczułem, jak ulga powoli rozlewa się po jego twarzy. W tym momencie wiedziałem, że wsparcie, spokój i cierpliwość były ważniejsze niż natychmiastowa perfekcja.
- Pamiętaj bez względu na to co by się nie działo, ja będę przy tobie i wesprę cię bez względu na wszystko, jesteśmy świeżymi rodzicami mamy prawo niewiedzieć i prawo się uczyć ale mimo to wiem, że świetnie sobie poradzimy - Zapewniłem, całując jego smukłą piękną dłoń.

<Paniczu? C:> 

Od Serathiona CD Eliana

 Jego pewność siebie była naprawdę intrygująca. Niesamowite, jak bardzo ufał samemu sobie, jak stanowczo potrafił powiedzieć, że nigdy nie zakocha się w nikim innym. Skąd brała się w nim ta pewność? Nawet jeśli dotąd nikt go nie zauroczył, oprócz mnie, to przecież nie oznaczało, że nigdy się to nie stanie. Miłość bywa nieprzewidywalna. Każdy może się zakochać dziś, jutro, za kilka lat. Tego nie da się zaplanować ani zdefiniować w odpowiednim momencie. Po prostu pewnego dnia czujesz, że to właśnie to. Albo nie czujesz nic.
Nie jestem jego jedynym możliwym wyborem. I choć szczerze wolałbym, aby tak było, wiem, że nie mam prawa zamykać go w swoich pragnieniach. Kocham go. Chcę z nim być. A jeszcze bardziej chcę, żeby on chciał być ze mną, nie z obowiązku, nie z przyzwyczajenia, ale z własnej woli. Teraz i tak długo, jak pozwoli mu na to życie.
- Jesteś bardzo pewny jak na kogoś, kto tylko raz w życiu zakosztował prawdziwego smaku miłości - Powiedziałem cicho, patrząc mu prosto w oczy. - Ale to dobrze. Dzięki tym słowom mogę wierzyć, że naprawdę należysz do mnie. - Uśmiechnąłem się z zadowoleniem, jakby jego deklaracja na moment uciszyła wszystkie moje wątpliwości.- Najadłeś się? Napoiłeś? - Zapytałem po chwili, łagodnie zmieniając temat, jakby tamta rozmowa przestała mieć znaczenie. - Chciałbyś zrobić coś jeszcze, zanim znów położysz się do łóżka? - Wiedziałem, że niektóre pytania lepiej zostawić bez odpowiedzi. A przynajmniej na teraz.
Tym bardziej te pytania, które można było odłożyć na później. Niektóre rozmowy potrzebują czasu. Inne, odwagi. A jeszcze inne najlepiej smakują dopiero wtedy, gdy przestają boleć.
- Chciałbym się do ciebie przytulić i spędzić tak wieczność - Stwierdził cicho.
Uśmiechnąłem się, bo to było niewiarygodnie słodkie. Tak typowo ludzkie, mówić o wieczności, jakby była czymś osiągalnym. Niestety, wieczności nie mógł mi ofiarować. W przeciwieństwie do mnie był tylko człowiekiem. A ludzie nie są wieczni. Nie tak jak wampiry. Oboje doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę, nawet jeśli rzadko wypowiadaliśmy to na głos.
Przez chwilę patrzyłem na niego uważnie, jakby próbując zapamiętać każdy szczegół jego twarzy. Każdy oddech. Każde mrugnięcie.
- Wiesz… - Zacząłem łagodnie. - Wieczność mogłaby być dla ciebie lekkim problemem. - Musnąłem jego policzek kciukiem, czule, niemal ostrożnie. - Poza tym będziesz miał mnie tak długo, jak tylko będziesz tego chciał. Nie musisz dziś zmuszać się do czegokolwiek. Nie musisz spędzać ze mną każdej chwili tak, jakby miała być ostatnią. Możesz odpocząć. Na wszystko przyjdzie czas. - Uśmiechnąłem się do niego miękko, próbując ukryć w tym geście całą prawdę, której nie chciałem psuć tej chwili, że dla mnie czasu było aż nadto. A dla niego… zdecydowanie zbyt mało. - A teraz chodź - Dodałem ciszej. - Przytul mnie. Choćby nie na wieczność… ale na tę chwilę, kiedy to możemy być razem - Wyszeptałem, prowadząc mojego partnera do łóżka, gdzie obaj wtuleni w swoje ciała mogliśmy odprężyć się. I mimo, że sen miał nie nadejść, nadeszła cisza ta przyjemna, ta wspólna, ta której potrzebujemy ciesząc się swoją bliskością.

<Elianie? C:>

Od Soreya CD Mikleo

 Przepraszam bardzo, ja mam się zachowywać? Ja? A co takiego zrobiły nasze dzieci? Ma im się upiec to, że nie poinformowały nas o gościach? Już pal licho to, że to ich partnerzy, jakoś bym tę informację przełknął, ale one postawiły nas przed faktem dokonanym. Nie mogliśmy się zgodzić czy nie zgodzić, mogliśmy po prostu zaakceptować ten los. Tak to nie powinno wyglądać. Nie możemy im pobłażać. 
Ale dobrze. Niech mu będzie. Poczekam, aż te drugie połówki naszych dzieci pójdą, i wtedy pogadamy. Oj, porządnie sobie pogadamy... Nie pozwolę być tak znieważany. W końcu, jak inaczej to nazwać? Powiedziałbym wręcz, że mnie opluli, a przynajmniej na pewno się tak poczułem. 
– Zrobię to dla ciebie, nie dla nich. Zachowali się karygodne – mruknąłem, czując jak coś się we mnie gotuje. A później dziwią się, że im nie ufam... jak mam im ufać, kiedy robią nam takie rzeczy. 
– Nie przesadzasz? Tylko zaprosili swoich chłopaków. To przecież nic takiego – stwierdził Miki, jak zwykle biorąc ich stronę. 
– Nic takiego? Zrobili to bez informowania nas o tym. Mogliśmy mieć przecież własne plany. Mogliśmy nie mieć żadnego jedzenia. Mogliśmy mieć bałagan. Zresztą, Banshee jest w salonie. Oni są ludźmi, nie mogą jej zobaczyć – odpowiedziałem, już nieco się denerwując. Przecież jak zobaczą bestię w naszym domu, mogą połączyć ją z tymi wszystkimi zniknięciami, albo odnalezionymi resztkami zwłok w lesie. Zresztą, nawet jak oni tego nie połączą, to połączą to inni ludzie. Wystarczy, że komuś o niej powiedzom. Rodzicom, na przykład. Oby tylko dzieciaki nie były na tyle głupie i o niej nie mówiły... nie, na pewno nie byłyby tak nierozsądne. Chociaż teraz to już sam nie wiem. 
– Faktycznie, to solidny argument. Pójdę do jadalni, zajmę ich czymś. Zaprowadź Banshee do sypialni, będzie musiała tam przeczekać – zdecydował, już znikając z mojego pola widzenia. 
Wolałem działać szybko. Od razu ruszyłem do salonu, gdzie przy kominku leżała Banshee. Nie była jednak rozwalona i beztroska, a cała spięta, gotowa do działania. Na szczęście zakrywały ją meble, dzięki czemu jeszcze nikt jej nie dostrzegł. Wystarczyło jedno spojrzenie, i już wiedziała, że, nie może tu zostać. Podniosła się i grzecznie ruszyła w stronę naszej sypialni. Na chwilę tylko zatrzymała się w korytarzu, unosząc łeb do góry i wąchając nowe zapachy. Zapoznawała się z nimi, i zapamiętywała, na wszelki wypadek. Dopiero po chwili weszła do sypialni, a ja za nią. Nie mogłem jej tu tak po prostu zostawić. Może nie miałem dla niej żadnego posłania, ale mogłem jej rozpalić kominek tutaj. 
– Pójdą sobie, i znów będziesz mogła spać z Psotką. Też się ich nie spodziewałem – mówiłem do niej, dokładając drewna do kominka. Z tego co widziałem, Psotka już się zainteresowała nowymi gośćmi. Była zdecydowanie zbyt ufna i przyjacielska jak na psa stróżującego. Na szczęście mój ogar trochę to równoważy. – Oby szybko sobie poszli, mam sporo rzeczy do powiedzenia moim dzieciom. Ale będę musiał zamknąć gębę i cierpliwie czekać. Ty to masz dobrze. Wolałbym tu posiedzieć z tobą, przynajmniej niczego bym nie popsuł – dodałem, w końcu podnosząc się z klęczek. Nie chciałem tam iść. Ale chyba nie miałem wyjścia, ani dzieciaki ani Miki by mi tego nie wybaczyły. Niech jednak nie liczą na to, że będę się uśmiechać. To, że nie wybuchnę, już musi im wystarczyć. 

<Owieczko? c;>

Od Daisuke CD Haru

Jak się czułem? Na pewno padnięty. Byłem tak strasznie zmęczony, i jednocześnie głodny, i spragniony, i obolały, i wszystko na raz. Sam nie wiem, co mi najbardziej doskwierało. Najbardziej to chyba nie chciałbym już nic nie czuć. Na chwilę przestać egzystować, bo tylko to sprawiłoby, że bym odpoczął. W końcu, byłem już pewien wszystkiego. Dzieci są całe, zdrowe. Trochę małe czerwone, i pomarszczone, ale byłem pewien, że to chwilowe. Szybko wyrosną. Mają dobre geny, w końcu Haru jest przystojny, i ja też, dopóki mnie życie nie zniszczyło, więc one także będą przepiękne. No i mój mąż, z nim też wszystko w porządku, zatem moja powinność została wykonana. 
– Zmęczony. Bardzo zmęczony – powiedziałem cicho, przenosząc na niego swoje spojrzenie. Teraz, kiedy ten strach o dzieci, chwilowa adrenalina opadły, poczułem, jak strasznie byłem wycieńczony. 
– Już zaraz będziesz mógł odpocząć. Ale najpierw musisz coś zjeść. Napić się. Musisz wzmocnić swój organizm, ma za sobą trudnych kilka godzin. 
Kilka godzin... Kilka godzin bólu. Zdecydowanie nie chciałbym tego powtarzać, nawet jeżeli miałbym pewność, że będę nosił w sobie jedynie jedno dziecko. To było straszne. Te wszystkie niezrozumiałe dla mnie emocje, bóle, zachcianki, strach, niepewność, wymioty... Nie. Teraz muszę jakoś wrócić do swojego ciała. Znaczy, niekoniecznie teraz, jeszcze muszę przecież jakoś je odkarmić. Chociaż, one już były karmione. Służba się nimi zajęła. Więc... do czego ja tu jestem potrzebny? 
– Jeśli będziesz jeszcze chciał mieć więcej dzieci, sam sobie je ródź. Nie to wystarczy. Jak czułem ten ból, momentami wręcz marzyłem o tym, by umrzeć. Tylko to mogłoby mi sprawić ulgę – powiedziałem zgodnie z prawdą. Nie zamierzałem tego ukrywać. To było dla mnie naprawdę paskudne doświadczenie. 
– Wiem. Widziałem. Żałowałem, że nie mogę przejąć twojego bólu – odpowiedział przybity, na co uniosłem jedną brew. Uniknąłbym tego, gdyby tylko to on zdecydował się przyjąć rolę kobiety. Lepiej by sobie poradził z ciążą. Jego ciało jest silniejsze od mojego. No ale teraz już na to za późno. Nie będę mu tego wypominał. – Przyniosę co coś do jedzenia. Coś pożywnego. Zaraz wrócę. 
I nim jakkolwiek zdążyłem zaprotestować, wyszedł z pokoju. A mnie od razu oblał zimny pot. Czemu mnie zostawiał? Nie może mnie zostawić. A jak coś się stanie? Jak zrobię im krzywdę? Obudzą się? Będą coś chciały, a ja nie będę wiedział, co? Nawet nie wiem, z której strony mam chłopca, a z której dziewczynkę. Jak nie mogę ich rozpoznać, to czy oznacza to, że jestem słabą matką? W końcu, każda matka poznaje swoje dzieci, a ja tu mam problem z własnymi. Jak bardzo źle to o mnie świadczy? I w pewnym momencie jedno z dzieci otworzyło oczy, i świat jakby tak nagle... zwolnił. Wstrzymałem oddech. Bałem się, że zaraz zacznie płakać, i obudzi się drugie, a ja nie będę wiedział co zrobić, bo nawet nic nie będę mógł zrobić, bo jak? Miałem zajęte dwie ręce. Zresztą, nawet jakbym miał jakąkolwiek mobilność, bałbym się cokolwiek uczynić, by nie zrobić mu krzywdy. 
Ale noworodek nie płakał. Wpatrywał się we mnie z uwagą, będąc na razie cicho. 
– Witaj – powiedziałem cicho, łagodnie, i może trochę niepewnie. Co się w ogóle powinno mówić w takich sytuacjach do dzieci? A może tylko chodzi o ton głosu? Gdzie jest Haru? On na pewno by wiedział, co zrobić w tym momencie. 

<Piesku? c:>

Od Eliana CD Serathiona

 Dzisiejszego poranka obsługiwała mnie Lidia, która jak zwykle była dla mnie bardzo miła. I nie wiem, czy powinienem o tym wspominać Serathionowi. Już raczej wie, że interesuje mnie jedynie on, ale wolę nie niszczyć mu humoru, który i tak już jest bardzo kruchy. Z drugiej strony, i tak zaraz wyczuje, że kłamię. Wystarczy, że lekko zadrży mi głos, mocniej zabije serce, a on już o tym wie. Nie było więc sensu mówić mu kłamstwa. A może bezpieczną półprawdę? Chociaż, gdzie ja tu mu powiem półprawdę? Aż tak kombinować to mi się nie chciało. 
– Nie było jej. Lidia mówiła, że poszła załatwić jakieś sprawy na mieście – odpowiedziałem spokojnie, stawiając dzbanek, który trzymałem w lewej ręce, na stół, oraz miskę z jedzeniem dla kota na podłogę. Trochę było mi ciężko nieść dwie te rzeczy, zwłaszcza z tą ręką, ale jakoś podparłem miskę o lewe przedramię i dałem radę. Skoro tak ma wyglądać moje życie, muszę jakoś kombinować. Bez tego sobie nie poradzę. 
– Super. Tylko jej mi tu brakowało – burknął, delikatnie pusząc policzki. Nie rozumiałem, dlaczego samo wspomnienie jej imienia wywołuje w nim taką reakcję. Czy mogę w ogóle coś zrobić, by nie czuł tej złości? Udowodniłem mu chyba na wszystkich płaszczyznach, że kocham tylko i wyłącznie jego. Że tylko i wyłącznie on mnie interesuje. A jednak do dalej w nim siedzi. 
– Jeśli to cię pocieszy, to tym razem nie próbowała mnie podrywać. Chyba. Tak mi się przynajmniej wydaje – dodałem, kierując się powoli do łóżka, by móc się do niego przytulić. 
– Wydaje ci się? – powtórzył moje słowa, unosząc jedną brew. – A co to niby ma znaczyć? 
– To, że może trochę racji masz. Może faktycznie nie poznaję, kiedy ktoś się do mnie zaleca. Ale teraz nie zauważyłem tych typowych zachowań, które zaliczają się do podrywania. Była miła, jak zawsze, ale i kontakt cielesny był znikomy, kontakt wzrokowy pozostał na normalnym poziomie, nie proponowała żadnych wyjść, czy czegoś w tym stylu. Możesz być więc spokojny – powiedziałem łagodnie, chwytając go w pasie i przyciągając do siebie, by go przytulić. Kiedy tylko był blisko mnie, poczułem cudowny zapach róż. – Cudownie pachniesz – dodałem, po czym ucałowałem go w skroń. 
– Skorzystałem z twojej rady – odparł, ewidentnie zadowolony z mojego komplementy. – Ale na tę dziewczynę uważaj. Ona coś kombinuje. Jeszcze nie wiem, co... Ale coś mi tu nie gra. 
– Nie martw się. Poza tobą nikt inny mnie nie interesuje i nie zainteresuje – obiecałem, poprawiając kosmyki jego włosów, które znów były takie błyszczące, mięciutkie i pachnące. Jeszcze tylko te oczy... ale nie mogę mu w tej chwili pomóc. Znaczy się, bardzo bym chciał, ale on mnie chce. Twierdzi, że jeszcze musimy poczekać, chociaż nie czułem się już tak źle. 
– Jesteś strasznie pewny siebie – odpowiedział, jakby z lekkim przekąsem. 
– A czemu miałbym nie być? Skoro po tylu latach tylko ty byłeś się w stanie tak wokół mnie zakręcić, to coś w tym wszystkim musi być – odparłem łagodnie, gładząc jego policzek. 

<Różyczko? c;>

środa, 25 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Gdy Elian poszedł coś zjeść, postanowiłem w końcu poświęcić chwilę samemu sobie. Dawno nie pozwoliłem sobie na prawdziwy relaks, a skoro już nawet on stwierdził, że nie pachnę tak, jak powinienem, uznałem to za wyraźny sygnał, że trochę się zaniedbałem. Może jako wampir nie muszę myć się codziennie, nie pocę się, nie brudzę w ludzkim znaczeniu tego słowa, ale to wcale nie oznacza, że mogę całkowicie zrezygnować z kąpieli. Zwłaszcza że je uwielbiam. Ciepła woda, cisza i zapach róży… jeśli mam okazję znów pachnieć delikatnie i szlachetnie, dlaczego miałbym z niej nie skorzystać?
- Bądź grzeczny, maluchu - Zwróciłem się do kociaka, delikatnie głaszcząc go za uszkiem. Nie chciałem mieć towarzystwa w łazience, a już na pewno nie w postaci ciekawskiego zwierzaka, który mógłby uznać wannę za nowe miejsce do eksploracji.
Kociak spojrzał na mnie tak, jakby próbował coś powiedzieć. Choć z jego pyszczka nie wydobyło się żadne miauknięcie, w jego oczach było więcej wymowy niż w tysiącu słów. Był zaskakująco inteligentny, tego nie można było mu odmówić.
Zostawiłem go w pokoju, mając nadzieję, że nie będzie drapał w drzwi ani miauczał pod nimi, domagając się wejścia. Niezależnie od jego protestów, tym razem nie zamierzałem ustąpić.
Zamknąłem drzwi na klucz i zająłem się sobą. Odkręciłem wodę, pozwalając, by wanna powoli wypełniała się ciepłem i parą. Zdjąłem ubrania, a do wody wlałem kilka kropel różanego olejku. Subtelny, kwiatowy aromat niemal natychmiast rozszedł się po łazience, otulając mnie miękko i kojąco.
Kiedy w końcu zanurzyłem ciało w wodzie, poczułem, jak napięcie powoli ze mnie uchodzi. Ciepło objęło mnie w całości, a świat za drzwiami przestał istnieć. To był czas tylko dla mnie, bez rozmów, bez spojrzeń, bez oczekiwań. Tylko cisza, zapach róży i spokojny oddech.
I właśnie tego potrzebowałem najbardziej.
Kąpiel zajęła mi trochę czasu, ale tylko dlatego, że mój partner wciąż nie wracał. Skoro miałem chwilę, pozwoliłem sobie naprawdę się zrelaksować i odetchnąć, podczas gdy on spokojnie spożywał swój posiłek. Ciepła woda otulała mnie miękko, a zapach róży unosił się w powietrzu, tworząc wokół mnie subtelną, niemal intymną aurę.
Kiedy jednak usłyszałem jego kroki dochodzące z holu, serce zabiło mi nieco szybciej. Ten dźwięk rozpoznałbym wszędzie.
Nie zwlekając, opuściłem wannę. Starannie otarłem ciało miękkim ręcznikiem, pozwalając, by ciepło wciąż utrzymywało się na skórze. Sięgnąłem po koszulę, oczywiście jego koszulę. Materiał był odrobinę za duży, opadał luźno na ramiona, ale właśnie to sprawiało, że czułem się w niej… dobrze. Bezpiecznie. Pachniała nim, a teraz miała pachnieć także różą. Chciałem wyglądać pięknie. I pachnieć tak, jak sobie tego życzył.
Gdy Elian wrócił do pokoju, siedziałem już na łóżku. Czekałem na niego, na jego obecność, na jego spojrzenie, na ciepło, które wnosił ze sobą do każdego pomieszczenia. Przyzwyczaiłem się do jego towarzystwa bardziej, niż kiedykolwiek przypuszczałem. Stał się czymś oczywistym, niezbędnym.
Bez niego cisza byłaby zbyt głośna.
Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje istnienie, gdyby nie było go przy mnie. I za każdym razem dochodzę do tego samego wniosku, byłoby znacznie trudniejsze. O wiele bardziej puste.
Dlatego kiedy tylko przekroczył próg pokoju, poczułem ulgę. Był tutaj. A to wystarczało, dając spokój i poczucie szczęścia.
- I jak tam? Dona znów próbowała namówić cię na zerwanie ze mną? - Zapytałem, doskonale wiedząc że była do tego zdolna.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Dałem mu się sobą zająć, chociaż pierw w planach to ja się chciałem sam tym zająć. Skoro jednak tak ładnie zaproponował swoją pomoc... kim ja jestem, by mówić mu nie? Jeżeli mój zapach krwi mu nie przeszkadzał, niech mi pomaga. Byleby nie musiał się zbyt bardzo katować, zwłaszcza po wczorajszej uczcie. 
- Może w takim razie będziesz mógł skorzystać z mojej krwi – zaproponowałem, uśmiechając się lekko. 
- No już się aż tak nie zapędzaj – odpowiedział, unosząc jedną brew z politowaniem. - Daj im się jeszcze podgoić, jeszcze co najwyżej kilka dni. 
Kilka dni. Zerknąłem na swoją prawą rękę, tę najbardziej poszarpaną, i spróbowałem zacisnąć pięść. Pojawił się tylko jeden problem; nie mogłem całkowicie tej pięści zamknąć. Pierwsze co, to poczułem strach. A jak już nigdy nie odzyskam sprawności w tej ręce...? Nie, jeszcze przecież to wszystko się goi. I na pewno wszystko będzie w porządku. Musi być. Innego wyjścia w tej sprawie nie widzę. Bo jak nie będę w pełni sprawny, to co ja będę w życiu robił? Jako łowca będę miał problem. Do tej pracy muszę być jak najbardziej sprawny. Wampiry w końcu są szybsze i silniejsze, mają przewagę już na starcie, więc każdy mój mankament coraz bardziej zbliża mnie do śmierci. 
- W porządku? - spytał, wyczuwając mój nagły niepokój. 
- To się okaże – mruknąłem, dając mu się spokojnie opatrzyć. Teraz i tak nic nie mogę z tym zrobić. 
- Nie martw się. Twoje ciało dalej się goi. Daj mu czas – powiedział lekko, a mi nie zostało nic innego, jak tylko mu zaufać. - Gotowe. Możesz iść zjeść. I nie zapomnij o Futerku. 
- Wiem, bo jak zapomnę i wrócę tu bez jedzenia, to ja zostanę jego obiadem – westchnąłem cicho, zakładając na swoje ciało koszulę. Tutaj mogłem chodzić bez niej, no ale jednak na dole lepiej, bym był ubrany. Jestem pewien, że Lidia nie miałaby nic przeciwko, no ale Serathion chyba by mnie rozszarpał. Albo ją. Albo nas obu? - Nie będę długo tam na dole siedział. Nie mam na to ochoty – dodałem, zapinając guziki. 
- To lepiej dla mnie. Ale naprawdę, nie musisz się spieszyć. Nie dla mnie. Nie wiem, czy kociak ma to samo zdanie – zerknął na kota, który miauknął cicho, wręcz z wyrzutem. 
- Ach, czyli już mnie nie chcesz? - spytałem, unosząc jedną brew. Oczywiście, nie mówiłem poważnie. Chciałem się z nim lekko podroczyć. - Nie jestem twoim podajnikiem świeżej krwi, to już sobie mogę siedzieć z dala od ciebie. 
- Dokładnie tak. Nie przydajesz mi się, to po co masz tu przy mnie być? - podjął rękawicę, ale jednocześnie delikatnie się uśmiechał. To go trochę zdradzało. Zresztą, i tak nie dyskutujemy „na poważnie”.
- Jak tak przedstawiasz sprawę, to w takim razie żegnam – odpowiedziałem z teatralną obrazą w głosie, kierując się ku wyjściu z pokoju. Coś lekkiego, jedzenie dla kota, dzban z wodą, i wracam. Po co mam tam dłużej siedzieć?

<Różyczko? C:>

Od Serathiona CD Eliana

 Nie miałem nic przeciwko temu, żeby poszedł przygotować sobie kąpiel. Ruch dobrze mu zrobi i dla zdrowia, i dla ciała, które na swój sposób na pewno tego potrzebowało.
Siedziałem w milczeniu na łóżku i obserwowałem go uważnie aż do samego końca. Patrzyłem, czy nic złego się nie dzieje, czy w razie potrzeby nie będzie mnie potrzebował. Każdy jego krok śledziłem z napięciem, gotów w każdej chwili wstać i podejść bliżej. Ale nie było takiej potrzeby. Radził sobie świetnie. Powoli, ostrożnie, lecz pewnie dotarł do drzwi i zniknął za nimi w łazience.
Z odgłosów, które po chwili stamtąd dobiegły, szumu wody, stuknięcia kurka o metal, wywnioskowałem, że nawet nalanie wody do balii nie sprawiło mu większego problemu. Uśmiechnąłem się pod nosem. Byłem z niego dumny.
A jednak po chwili wstałem. Nie dlatego, że sobie nie radził. Raczej dlatego, że chciałem tam być. W końcu to ja byłem zdrowy, silny a możliwość pomocy przy kąpieli jego poranionego ciała wydawała się czymś naturalnym… i w pewnym sensie intymnym.
Gdy wszedłem do łazienki, od razu na mnie spojrzał.
- Wiesz, że mogę sobie sam poradzić - Stwierdził spokojnie, choć w jego głosie pobrzmiewała nuta uporu.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Oczywiście, że możesz. Ale jestem na tyle fantastycznym partnerem, że chcę ci pomóc zająć się twoim ciałem. Myślę, że powinieneś się cieszyć i być wdzięczny, zamiast jeszcze narzekać. - Podszedłem bliżej i zacząłem pomagać mu zdejmować ubrania. Robiłem to powoli, bardzo delikatnie, uważając, by przypadkiem nie zahaczyć o żadną z jego ran. Każdy materiał odsuwałem ostrożnie, jakby był czymś kruchym. Jego ubrania odłożyłem starannie w jedno miejsce.
- A po kąpieli zmienię ci bandaże, zanim pójdziesz coś zjeść - Dodałem ciszej.
Wchodził do balii powoli, ostrożnie zanurzając się w ciepłej wodzie. Pomogłem mu utrzymać równowagę, czując pod palcami napięcie jego mięśni. Gdy już usiadł, woda otuliła jego ciało, a para uniosła się w powietrzu, otulając nas miękką mgłą.
Myłem go spokojnie, skupiając się na każdym ruchu. Omijałem rany, przemywałem skórę wokół nich z największą delikatnością. Nie chciałem sprawić mu bólu ani naruszyć tego, co dopiero zaczynało się goić. Czułem odpowiedzialność i coś więcej. Troskę, która ściskała mnie w środku.
W końcu miałem mu pomóc, nie zaszkodzić.
Starannie zaopiekowałem się jego ciałem, dbając o to, by po kąpieli pachniało świeżo i czysto. Pomogłem mu się osuszyć, powoli, dokładnie, a potem podałem czyste, wygodne ubrania i pomogłem je założyć, uważając, by znów nie podrażnić żadnej z gojących się ran.
- Od razu lepiej pachniesz - Zauważyłem z lekkim, zadziornym uśmiechem, nachylając się nieco bliżej.
Spojrzał na mnie z uniesioną brwią.
- Ty też mógłbyś pachnieć różą, a nie lasem - Odparł, odgryzając się z nutą złośliwości.
Parsknąłem cicho śmiechem. Obserwowałem, jak powoli rusza w stronę pokoju i ostrożnie siada na łóżku, wciąż jeszcze trochę sztywny w ruchach. Gdy usiadł wygodnie, ja zgodnie z obietnicą zająłem się jego bandażami.
Ostrożnie odwinąłem stare opatrunki i wymieniłem je na świeże, czyste. Każdy ruch wykonywałem z uwagą, uważnie przyglądając się ranom. Z satysfakcją zauważyłem, że ładnie się zasklepiały, zaczerwienienie było mniejsze, a skóra zaczynała odzyskiwać swój naturalny kolor.
- Dobrze się goisz - Mruknąłem cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Miałem w sobie coś na kształt ulgi. Każdy taki mały postęp sprawiał, że napięcie, które nosiłem w sobie od dni, powoli odpuszczało, a w tej chwili naprawdę tego potrzebowałem.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Tym razem nie obudziłem się sam z siebie. Ktoś mi pomógł. A może raczej takie małe coś. Poczułem, jak Futerko zaczyna ugniatać moje policzki łapkami, wbijając pazury w moją skórę. Nie było to zbyt przyjemne, ale w porównaniu z bólem, który czułem do tej pory, nie było to nic złego. Otworzyłem oczy, rzucając kociakowi najbardziej zdegustowane spojrzenie. A on sobie po prostu miauknął, jakby mówił no, wstawaj, daj jeść. Ten kot jest naprawdę niemożliwy. I po co my go mamy...? No tak, bo Serathion się w nim zakochał. 
– Naprawdę, nie mogłeś poczekać jeszcze kilka chwil? – wymamrotałem, odsuwając go od siebie. 
– Najpierw próbował grzecznie, ale że się nie prosiłeś, spróbował drastycznych metod – odpowiedział Serathion, ewidentnie rozbawiony. 
– Dobrze, że ty tak nie robisz – wymamrotałem, powoli podnosząc się do siadu. Od razu zetknąłem na swój tors, ale tym razem żadnej krwi na bandażach nie było. To dobrze. Znak, że coś dobrego się w końcu z tymi ranami zaczyna dziać. I to jeszcze w końcu coś dobrego. 
– W sumie... A może kiedyś spróbuję? – stwierdził głupkowato, szczerząc kły. – Tylko zamiast pazurów wykorzystam kły. Co ty na to? Patrząc na twoje zamiłowania, powinno ci się podobać. 
– Wręcz o tym marzę – cicho westchnąłem, podnosząc się do siadu. Od razu też zerknąłem na godzinę, ale na moje szczęście było całkiem wcześnie. Dochodziła dziesiąta, a w ostatnich dniach mój zegar biologiczny trochę się rozregulował, i to głównie z jego powodu. On był bardziej aktywny w nocy, więc i ja musiałem trochę się przestawić, by jakkolwiek spędzać z nim czas. – Może się umyjemy? – zaproponowałem, odwracając głowę w jego stronie. Zdecydowanie powinien wziąć kąpiel, by na jego skórze znów osiadł różany zapach. Przez jego ostatnie wyjście strasznie osłabł. Stęskniłem się za nim. Nie mówiąc o tym, że i ja bym się umył. Co prawda, ostatnio niewiele robię, ale trochę tego brudu na skórze zostaje. 
– Chciałbym, ale nie możemy. Lepiej, by twoje rwby nie zostały zamoczone. Pomogę ci się delikatnie umyć. A jak zejdziesz na śniadanie, to wtedy może ja wezmę kąpiel – zastanowił się, a widząc moją niechętną minę, uśmiechnął się triumfalnie. – Jeszcze tego ciała nagiego nie zobaczysz. Najpierw się musisz wykurować. A później... później zobaczymy. 
– Słowa mnie mają tak zmotywować? Lepiej zadziałałoby twoje cudne ciało – mruknąłem, w końcu powoli się podnosząc. Najwyższa pora skończyć z tym leżeniem, ileż można. Po kąpieli jeszcze bym obejrzał te rany. Chciałbym zobaczyć, jak one wyglądają i się goją. I może też spróbować trochę popracować tą prawą dłonią...? Chyba już nic złego się stać z nią nie może. Co miało się podgoić, powinno być podgojone. Ileż można się wstrzymywać. – Pójdę przygotować kąpiel. Mam już dosyć tego siedzenia – dodałem, kierując się do łazienki. Jeszcze mnie trochę bolało, no ale wczoraj było gorzej, i to znacznie gorzej. Dzisiaj na pewno będę mógł zrobić więcej. 

<Różyczko? c:>

wtorek, 24 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Byłem mu ogromnie wdzięczny za to, że chciał się dla mnie poświęcić. Nie musiał. Wystarczała sama świadomość, że był gotów to zrobić. Teraz musisz kupić się na sobie, musi odpocząć a gdy już będzie dobrze, będzie mógł robić to na co będzie miało ochotę.
Postanowiłem spróbować jeszcze raz, pobawić się w medytację, choć w moim przypadku brzmiało to niemal ironicznie. Może tym razem coś z tego wyjdzie. Może odnajdę w sobie choć namiastkę spokoju, który dla niego był tak naturalny. A on w tym czasie odetchnie, zregeneruje siły i szybciej dojdzie do siebie. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Jego zdrowie było dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego.
Wydawało mi się, że kiedy znów zacznie czuć, prawdziwie i głęboko, wszystko wróci na swoje miejsce. Nie byłem jednak pewien, czy tak to działa u ludzi. Człowiekiem przecież nie byłem. Przez lata obserwowałem ich z bliska, poznawałem ich emocje, słabości i pragnienia, ale wciąż pozostawali dla mnie zagadką. Ich kruche ciała, ich sen, ich zmęczenie, to wszystko było mi obce i chyba takie już pozostanie....
Nie odpowiadając na jego słowa, zamknąłem oczy i pozwoliłem, by cisza mnie otuliła. Trwałem w bezruchu, skupiając się na własnym oddechu, choć nie potrzebowałem go tak jak on. Próbowałem się regenerować w jedyny sposób, jaki znałem, poprzez bezruch i koncentrację.
Wsłuchiwałem się w oddech Eliana, który z każdą chwilą stawał się płytszy i spokojniejszy. Zasnął. Jego serce biło miarowo, miękko, jak cichy zegar odmierzający czas, którego dla mnie nigdy nie miało zabraknąć. Mogłem trwać przy nim i cieszyć się jego spokojem, starając się nie myśleć. Niestety, to było najtrudniejsze.
Jako wampir nie znałem snu. Nie znałem tej słodkiej nieświadomości, w której ciało oddaje się odpoczynkowi, a umysł milknie. Nauka rozluźniania ciała była dla mnie walką z własną naturą. Medytacja nie przychodziła tak łatwo, jak mogłoby się wydawać. To, co dla mojego partnera było czymś instynktownym i prostym, dla mnie stawało się wyzwaniem.
Przez sto pięćdziesiąt lat radziłem sobie z dniami na różne sposoby, raz lepiej, raz gorzej. Za dnia przesiadywałem w zamku, przechadzając się pustymi korytarzami, zaglądając do komnat, jakbym wciąż czegoś szukał. Może sensu. Może zajęcia. Może zapomnienia. Czekałem na nadejście nocy, która była moim prawdziwym czasem.
Teraz jednak było inaczej. Teraz mogłem leżeć u boku ukochanej osoby i wsłuchiwać się w bicie jego serca. Ten dźwięk przynosił mi ukojenie, jakiego nie dawała żadna noc, żadne polowanie, żadna wieczność. W jego oddechu odnajdywałem spokój, którego tak bardzo potrzebowałem. I choć nie potrafiłem zasnąć, mogłem przynajmniej trwać czuwając, kochając, oddychając ciszą razem z nim.
I choć to ja pragnąłem, by mój partner wreszcie zasnął, gdy jego oddech wyrównał się, a powieki opadły w spokojnym śnie, poczułem, jak powoli zaczyna ogarniać mnie nuda. Cisza, która przed chwilą wydawała się błogosławieństwem, teraz stawała się zbyt gęsta.
Lubiłem, kiedy do mnie mówił. Kiedy jego głos wypełniał przestrzeń między nami, kiedy opowiadał o rzeczach zwyczajnych i zupełnie nieistotnych, a ja mogłem wsłuchiwać się w każdy ton. Lubiłem samą świadomość, że spędza ze mną czas, nawet jeśli była to tylko chwila, nawet jeśli milczeliśmy razem.
Teraz jednak musiałem być grzeczny. Spokojny. Nieruchomy.
Nie mogłem poruszyć nawet dłonią, nie mogłem zmienić ułożenia ciała, by przypadkiem nie wybudzić go ze snu. Każde, nawet najdrobniejsze drgnienie mogło zakłócić jego odpoczynek. A przecież to ja nalegałem, by się położył. To ja powtarzałem, że musi odzyskać siły.
Nie mogłem teraz narzekać i grzecznie czekać na jego przebudzenie się..

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 No tak, sen, a już myślałem, że zapomniał o tym, że powinienem spać. Za jakieś dwie godziny ranek, tak więc czy mi się opłaca...? Zwłaszcza, że rano miałem zajść do Dony, albo Lidii, w zależności, która by tam była. Coś czułem jednak, że on mi nie odpuści. Zbyt bardzo się mną przejmował. To było kochane, ale wtedy nie zajmuje się sobą. A to już niedobrze. Powinien zająć się sobą. W tej chwili ma większy problem, niż ja. 
– Nie odpuścisz mi, co? – zapytałem, delikatnie przytulając go do siebie. Co jak co, ale musiałem uważać na moje rany, trochę mnie one jednak bolały. 
– Nie mogę. Zapominasz o sobie – powiedział, poprawiając delikatnie moje kosmyki z czoła. – A też powinieneś odpocząć. 
– Ze mną nie jest źle. Jak zauważyłeś, muszę tylko leżeć, i odpoczywać. Ty masz gorzej. Martwi mnie to, że nikogo nie znalazłeś dla siebie. Nie wiem, gdzie mógłbyś znaleźć dobrą krew... O tej godzinie nikt trzeźwy do domu nie wraca. Może łowcy, ale ich raczej chcemy unikać. Słyszałem lepszą krew mają szlachcie... Może by ci zasmakowała, nawet pomimo alkoholu? – zaproponowałem, chcąc mu jakoś pomóc w tym wszystkim. 
– Powinienem się rzucać na szlachciców? – spytał, delikatnie się krzywiąc. – Nie zwróci to niczyjej uwagi? 
– Podobnie jak zwłoki martwych zwierząt. Nie będziesz nikogo zabijać przecież. Trochę tylko się krwi napijesz, oczarujesz go, by nic nie pamiętał, i na kolejne dni będziesz miał spokój. Przemyśl to, bardzo proszę. A jak nie... cóż, jakoś wytrzymam. Zawsze możesz mnie ugryźć. Już się trochę podregenerowałem, jakoś to zdzierżę – powiedziałem cicho, przymykając oczy. 
– No już, od razu daj mi całą swoją krew. Nie gadaj głupot i idź już spać – polecił mi, delikatnie gładząc mój policzek. – A może powinienem zejść po coś przeciwbólowego? Dasz radę zasnąć? – zapytał, delikatnie mrużąc oczy. 
– Dam, dam... jak nie mam wyboru, to dam. Tylko bądź blisko – poprosiłem, wsuwając nos w jego włosy. Pachniały inaczej. Świeżym powietrzem, i lasem. Trochę to do niego nie pasowało. Już przywykłem to tego typowego dla niego zapachu róży... ale jakby się nad tym dłużej zastanowić, minęło trochę czasu, nim brał kąpiel. Skupił się na mnie, a o sobie ewidentnie zapomniał. 
– Oczywiście. Nie, żebym miał coś innego do roboty – odparł, tuląc się do mnie. 
– Miasta są przystosowane pod ludzi, nie pod wampiry. Raczej żadnych atrakcji tutaj o tych porach mieć nie będziesz. Gdyby udało ci się zapewnić jakąś ochronę przed słońcem – westchnąłem cicho. Festyny nie odbywały się tak często, i też większa ich część ma miejsce za dnia. Ciężko mu pokazać coś ciekawego, jeżeli większość takich atrakcji ma miejsce za dnia. 
– Jakoś sobie z tym faktem poradzę. A ty chyba miałeś iść spać, czyż nie? – przypomniał mi, na co tylko się uśmiechnąłem. Ze śmiechem jeszcze czasem się muszę wstrzymywać, bo mimo wszystko moje rany dają mi się wtedy trochę we znaki. 
– Już, już. Proszę mi tylko nie narzekać, że później ci się nudzi – dodałem, przymykając w końcu swoje oczy. Poświęcam mu uwagę, i jeszcze mi narzeka. Naprawdę niewdzięczne zachowanie z jego strony. 

<Różyczko? c:>

Od Mikleo CD Soreya

Westchnąłem cicho, gdy jego słowa w końcu do mnie dotarły. Mógł nas chronić, miał w sobie siłę, by to zrobić, ale przecież nie musiał. To nie był jego obowiązek. Przynajmniej nie teraz. Nie w tej chwili, gdy powinniśmy cieszyć się świętami, wspólnym czasem i spokojem, który tak rzadko nam się trafiał. Przez krótką chwilę świat mógł przestać istnieć, bez demonów, bez potworów, bez zagrożeń czających się w cieniu. Powinien być tu, ze swoją rodziną. Cieszyć się tą chwilą. Nie zamartwiać się tym, co mogłoby się stać, skoro teraz nie miało to najmniejszego znaczenia.
- Musisz wyglądać równie dobrze jak ja. Jesteś moim mężem i chcę, żebyś wyglądał olśniewająco - Zapewniłem z lekkim uśmiechem, wspinając się na palce, by musnąć jego miękkie usta krótkim, czułym pocałunkiem.
W jego spojrzeniu pojawiło się coś ciepłego, niemal rozbrajającego.
- Dobrze… ale pozwól, że zajmiemy się tym trochę później. Najpierw zadbam o moją piękną owieczkę. Może przygotuję ci kąpiel? - Zaproponował łagodnie. - A kiedy będziesz już czysty i pachnący, założysz swoje ładne ubrania, a ja zajmę się twoimi włosami. Upnę je najlepiej, jak tylko potrafię. - Pewnie bym się zgodził, bo jego troska zawsze miękczyła mi serce, ale było jeszcze za wcześnie. Świętowanie miało nadejść dopiero za jakiś czas, a ja nie chciałem ryzykować, że zniszczę starannie przygotowany strój.
- Bardzo podoba mi się twój pomysł - Przyznałem szczerze. - Ale może trochę później. Jeszcze nie zaczęliśmy świętować, a nie chcę pobrudzić ani pognieść ubrań. Włosy do tego czasu też mogłyby się rozpaść… Lepiej zostawić to na odpowiedni moment. Teraz po prostu umyję twarz i zęby, a resztą zajmiemy się później. - Uśmiechnąłem się do niego ciepło, sięgając po ręcznik i odkładając go starannie obok umywalki. Zająłem się codzienną higieną, czując na sobie jego spojrzenie spokojne, uważne, pełne cichej troski.
Mój mąż kiwnął głową i pochylił się, by złożyć delikatny pocałunek na moim czole.
- W takim razie później zajmę się twoimi włosami. A teraz pójdę nakarmić zwierzaki - Obiecał z łagodnym uśmiechem.
Chwilę później opuścił łazienkę, zostawiając mnie samego w ciszy przerywanej jedynie szumem wody.
Po umyciu twarzy, przeczesaniu włosów i przebraniu się w wygodne, domowe ubrania wyszedłem z łazienki i skierowałem się do kuchni, gotowy rozpocząć nowy dzień.
***
Przygotowania do drugiego dnia świąt minęły nam zaskakująco szybko. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy wszystko znalazło się na stole, pachnące potrawy, starannie ułożone sztućce, świece rzucające ciepłe, złote światło na obrus.
Mój mąż, zgodnie z obietnicą, zajął się moimi włosami. Jego palce były pewne, a jednocześnie niezwykle delikatne. Starannie zaplótł je w piękny, gruby warkocz i upiął wysoko. Gdy skończył, spojrzałem w lustro, wyglądałem naprawdę dobrze. A może nawet lepiej niż dobrze. Uśmiechnąłem się lekko do swojego odbicia, czując przyjemne ciepło w piersi.
- Dlaczego stoją tu dwa dodatkowe talerze? - Dopytałem, a w tej samej chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi.
Zaskoczony spojrzałem na męża, ale zanim zdążył odpowiedzieć, nasze dzieci z wyraźnym entuzjazmem ruszyły w stronę wejścia. W ich oczach błyszczało podekscytowanie, którego wcześniej nie dostrzegłem.
Po chwili wrócili, a razem z nimi dwie obce osoby.
- Chcielibyśmy wam przedstawić nasze połówki, które spędzą z nami święta - Oznajmiła Hana, ściskając dłoń przystojnego młodzieńca stojącego obok niej.
Chłopak zrobił krok do przodu, lekko speszony, ale uśmiechnięty.
- Dzień dobry, jestem Liam. To dla mamy mojej pięknej partnerki - Powiedział, wręczając mi bukiet ślicznych kwiatów.
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu, który natychmiast pojawił się na moich ustach. 
- Dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony - Odparłem z uśmiechem, przyjmując bukiet.
Dopiero po chwili dostrzegłem drugiego chłopaka, który stał nieco z tyłu, obok naszego syna. Wyglądał na odrobinę spiętego, ale w jego oczach czaiła się szczerość.
- Dzień dobry - Odezwał się cicho, splatając dłonie przed sobą.
- Mamo, tato… to mój chłopak, Leo - Powiedział Haru, ściskając jego rękę.
Na moment zapadła cisza.
Tego akurat się nie spodziewaliśmy.
Spojrzałem szybko na męża, w jego oczach dostrzegając identyczne zaskoczenie. 
- Bardzo miło nam was poznać. Naprawdę. Proszę, zajmijcie miejsca przy stole. Zaraz zaczniemy świętować. - Młodzież z wyraźną ulgą ruszyła do jadalni. Gdy tylko znaleźli się poza zasięgiem słuchu, delikatnie chwyciłem mojego męża za rękaw, zatrzymując go w miejscu. Już widziałem po jego minie, że cisnęło mu się na usta kilka komentarzy.
- Bardzo cię proszę. Nie mów teraz nic. Masz się zachowywać… i nie przynieść nam wstydu - Szepnąłem stanowczo, nie chcąc aby powiedział lub zrobił coś, za co dzieci go znienawidzą.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

 Lęk mojego męża był czymś zupełnie naturalnym. Miał prawo się bać, nasze dzieci były jeszcze takie malutkie, kruche, delikatne. Wystarczyłby jeden nieostrożny ruch, by niechcący zrobić im krzywdę. Rozumiałem jego obawy. Nigdy wcześniej nie miał bliskiego kontaktu z niemowlętami, nie wiedział, jak je trzymać, jak podtrzymywać ich maleńkie główki.
Ale wiedziałem też, że nic złego się nie stanie. Byłem obok. Pokażę mu wszystko, jak ułożyć ręce, jak przytrzymać plecki, jak delikatnie przytulić, żeby maluchy czuły się bezpieczne. A przede wszystkim, żeby on sam poczuł się pewniej.
- Skarbie, nie martw się - Powiedziałem łagodnie, uśmiechając się do niego ciepło. - Po prostu połóż się wygodnie. Ja podam ci maluchy. Muszą w końcu lepiej poznać mamę. Poza tym dzieci najbardziej potrzebują teraz twojej bliskości. Na pewno czują, że jesteś obok. Potrzebują cię. - Spojrzał na mnie z wahaniem, w jego oczach wciąż czaił się niepokój.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? A co jeśli zrobię im krzywdę? - Zapytał ciszej, choć jednocześnie powoli układał się wygodniej na łóżku, jakby już chciał spróbować.
Podszedłem bliżej i usiadłem przy nim.
- Nie martw się. Cały czas tu jestem - Zapewniłem spokojnie. - Jeśli tylko poczujesz, że coś jest nie tak, od razu pomogę. - Ostrożnie podałem mu jedno z dzieci, pomagając ułożyć jego ręce tak, by pewnie podtrzymywał maleńkie ciałko. Potem drugie. Patrzyłem, jak jego napięcie powoli ustępuje miejsca wzruszeniu. Jak pochyla się nad nimi z niedowierzaniem i delikatnością, jakiej sam się po sobie nie spodziewał.
W tej chwili zobaczyłem w jego oczach coś więcej niż strach, zobaczyłem miłość.
Wreszcie mógł przywitać się z naszymi maluchami tak, jak na pewno o tym marzył, bo choć może się bać, jestem pewien że nie mógł doczekać się tej chwili. 
Przytulić je, spojrzeć im w oczy, poczuć ich ciepło i ciężar w ramionach. Poczuć się naprawdę rodzicem.
Mój panicz, gdy tylko wziął w ramiona swoje pociechy, przytulił je do siebie tak ostrożnie, jakby bał się, że znikną, jeśli uścisk będzie zbyt mocny lub zbyt łagodny. W jego oczach pojawiły się łzy, nie ze smutku, lecz z czystej, przejmującej radości.
Drżał. Cieszył się, choć strach wciąż czaił się gdzieś pod powierzchnią. Bał się odpowiedzialności, bał się, czy podoła. Ale to już nie miało znaczenia. Najważniejsze było to, że się przełamał. Że w końcu trzymał nasze maluchy w ramionach.
Patrzyłem na niego z mieszaniną dumy i wzruszenia, czując, jak coś ściska mnie w gardle. Ten widok był piękniejszy niż wszystko, co mogłem sobie wyobrazić.
- I jak się czujesz jako świeżo upieczona mama? - Zapytałem cicho, z uśmiechem, spoglądając na maleństwa, a potem na ich piękną, rozpromienioną mamę.
Moje palce delikatnie przesunęły się po drobnej rączce jednego z dzieci, a serce zabiło mi szybciej. Byli tacy mali. Tacy bezbronni. A jednocześnie już teraz byli całym naszym światem i będą szczęściem każdego dnia.

<Paniczu? C:>

Od Serathiona CD Eliana

 Mimowolny uśmiech pojawił się na mojej twarzy, gdy jego słowa w końcu do mnie dotarły. Oczywiście, że lubiłem jego głos, chyba nawet bardziej, niż mógłby sobie wyobrażać. Był dla mnie czymś znajomym, kojącym. Jednak w tej chwili nie miałem ani nastroju, ani ochoty na rozmowy.
Dieta oparta na zwierzęcej krwi nie nasycała tak, jakbym tego chciał. Zaspokajała głód tylko powierzchownie, pozostawiając gdzieś pod skórą tępy, drażniący niedosyt. Ale jeszcze trochę. Może jutro uda mi się znaleźć coś… lepszego.
- Lubię. Ale nie wtedy, kiedy gadasz głupoty - Stwierdziłem spokojnie, patrząc mu prosto w oczy, gdy tylko ułożył głowę na poduszce obok mnie.
Elian prychnął cicho i bez pytania przyciągnął mnie bliżej, jakby to było najnaturalniejsze na świecie.
- Ja nigdy nie mówię głupot - Odparł z udawaną powagą. Posłał mi spojrzenie, które chyba miało mnie przestraszyć albo przynajmniej zmusić do wycofania się z tych słów.
Na próżno.
- Oczywiście - Westchnąłem, przypominając sobie coś nagle. - A, zapomniałbym. James żyje. Nie znalazł Dravena. I nie wyglądało, jakby dalej go szukał. Jakaś panna zaczęła się wokół niego kręcić i… cóż, chyba zapomniał o swoim wielkim celu. - Wiedziałem, że ta informacja przypadnie mu do gustu. Przejmował się tym chłopakiem bardziej, niż chciał przyznać. Teraz przynajmniej przez jakiś czas nie będzie musiał. O ile James znów nie postanowi zapolować na wampira.
- No tak. Ładna panna zakręciła się wokół niego i już zapomniał, co miał robić. Skąd ja to znam? - Uśmiechnął się głupkowato.
Pochylił się i musnął moje czoło ustami. W tym geście było więcej znaczeń, niż pozwalał pokazać jego ton. A ja aż za dobrze potrafiłem czytać między wierszami.
- Nie mam pojęcia, naprawdę. Powinien skupić się na pracy, a nie… ciągle myśleć tylko o jednym - Odparłem z zadziornym uśmiechem.
Doskonale rozumiałem, co mój partner miał na myśli, dlatego tak chętnie podejmowałem tę grę. Lubiłem te nasze słowne przepychanki. Były jak oddech między cięższymi chwilami, pozwalały na moment zapomnieć o obowiązkach, o głodzie, o całym świecie poza tym łóżkiem i nami.
Czasem dobrze było po prostu się pośmiać. Rozluźnić. Nie przejmować się niczym.
- Wygląda więc na to, że możesz być o niego spokojny - Dodałem ciszej. - Nie musisz się martwić. Możesz teraz skupić się na sobie… albo na mnie. Jak wolisz. - Uniosłem brew znacząco. - Ja nigdy nie gardzę twoją uwagą. - Zbliżyłem się powoli, dając mu czas na reakcję, jakby to był wybór, choć obaj wiedzieliśmy, że żadne z nas nie zamierza się wycofać. Moje usta musnęły jego w delikatnym, krótkim pocałunku, który znaczył więcej niż tysiące słów. 
Elian spojrzał na mnie, gdy tylko oderwałem się od jego ust. Jego dłoń powoli powędrowała na mój policzek, ciepła i pewna, jakby chciał mnie zatrzymać przy sobie jeszcze na moment.
- Na twojej pięknej osobie zawsze skupię tyle uwagi, ile tylko będę w stanie - Wyszeptał, muskając moje usta z ledwie dostrzegalnym uśmiechem.
Przez chwilę pozwoliłem sobie po prostu w tym trwać. W jego bliskości, w jego dotyku. Jednak troska była silniejsza niż pokusa.
- A nie powinieneś skupić uwagi na śnie? - Zapytałem ciszej, opierając czoło o jego. - Musisz się regenerować. A żeby odzyskać siły… powinieneś odpocząć. - Nie mówiłem tego z przekory ani z potrzeby kontrolowania go. Nie chciałem mieć nad nim władzy. Martwiłem się. Szczerze. Widziałem zmęczenie, które próbował ukryć pod żartem i pewnością siebie.
Chciałem, żeby był silny. Zdrowy. Bezpieczny. Bo tylko, ma dla mnie jakiekolwiek znaczenie.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Delikatnie zmarszczyłem brwi na jego słowa. Czy my mieliśmy jakąś umowę? Nie przypominam sobie. Znaczy, owszem, kazał mi iść spać, ale nie chciałem. Dzisiaj już wystarczająco dużo dnia przespałem, i zaraz znów mam iść spać, no ileż można. Co prawda, nic pożytecznego nie zrobiłem, ale też nic sobie nie nadwyrężyłem. Mogę więc uznać to za sukces. 
– Nie pamiętam sobie, byśmy mieli jakąś umowę. To ty coś sobie stwierdziłeś, ja nic nie potwierdzałem – odpowiedziałem spokojnie, głaszcząc rozwalonego na kołdrze Futerko. Wyjątkowo miał dyspensę na spanie w łóżku, bo byłem sam. Niech jednak nie myśli sobie, że zawsze będę mu na to pozwalał. 
– Najlepiej, zgonić na mnie – pokręcił z niedowierzaniem głową, ściągając płaszcz. Od razu przyjrzałem mu się z uwagą. W nikłym świetle kominka zauważyłem, że oczy, chociaż jaśniejsze, dalej były trochę matowe. Albo nie pojadł sobie wystarczająco dobrze, albo nie znalazł nikogo dobrego i skupił się na zwierzęcej krwi. To niedobrze. Za dwa, góra trzy dni znów będzie w takim samym stanie. I znów będzie musi wyruszyć na łowy. Niedobrze. Jeżeli żaden drapieżnik nie pozbędzie się trucheł, myśliwych może zainteresować duża ilość martwych zwierząt bez absolutnie żadnej krwi. Jeśli się im przyjrzą, jakoś je zbadają. To też będziemy musieli mieć na uwadze. 
– Jak łowy? – spytałem spokojnie mimo, że znałem odpowiedź. Chciałem trochę pociągnąć rozmowę, odroczyć moje pójście spać, do którego zapewne dojdzie, kiedy tylko położy się obok i każe mi przyłożyć głowę do poduszki. Ostatnio nic, tylko spałem. Nic dziwnego, że może się przy mnie nudzić. I jeszcze do tego ten głód... muszę pamiętać, by być przy nim delikatny, i to znacznie bardziej delikatny niż zwykle, jeśli nie chcę posmakować jego gniewu, lub po prostu nie sprawić mu przykrości. 
– Owocne – powiedział krótko, nie rozszerzając swojej wypowiedzi. To mnie zmartwiło. Owocne... czyli musiał przerzucić się na zwierzęta. – Ale nie wśród ludzi. Wszyscy śmierdzieli. 
– No tak, posmakowałeś mojej wspaniałej krwi to nagle ci wszystko śmierdzi? – spytałem, lekko rozbawiony. 
– Zawsze miałem wysublimowane podniebienie – fuknął, zadzierając wysoko swój nosek. 
– Owszem. A Durandowie, których zabiłeś, na pewno mieli tak wspaniałą krew, jak ja – uśmiechnąłem się gorzko. Niemalże co drugi łowca, jakiego miałem nieprzyjemność spotkać, często pijał gorzałkę. Albo palił to dziwne, suszone ziele, co nie pachniało, a okropnie śmierdziało. I jeszcze było niebotycznie drogie, bo sprowadzane zza morza. Absolutnie niepraktyczna rzecz, a jakimś cudem strasznie uzależnia. 
– Cóż... to było coś innego – powiedział, spuszczając. – I nie śmierdzieli tak bardzo jak ci wszyscy menele, których mijałem. 
– Cud, że w ogóle ich mijałeś. Alkohol i niskie temperatury to paskudne połączenie. Kostucha tej zimy będzie trochę roboty miała – odparłem, wyciągając ramię, by Serathion mógł się wtulić w moje ciało, co zresztą uczynił, tylko bardzo ostrożnie, by nie sprawić mi żadnego bólu. 
– Jakoś mi ich nie żal – mruknął, zerkając na mnie kątem oka. – Połóż się już. Jak jesteś zmęczony, gadasz strasznie głupoty. 
– A ja myślałem, że lubisz mój głos – westchnąłem cicho, udając trochę niepocieszonego i może tak odrobinkę przybitego.

<Różyczko? c:>

poniedziałek, 23 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Wyruszyłem na polowanie spokojnie, bez większego pośpiechu. Noc była jeszcze młoda, a ja miałem czas, choć głód powoli zaczynał przypominać o sobie cichym, drażniącym pulsowaniem w gardle. Musiałem w końcu odnaleźć człowieka, którego krew naprawdę mnie zachęci. Kogoś, czyj zapach byłby czysty, zdrowy, kuszący.
To jednak mogło okazać się trudne. O tej godzinie ulice należały głównie do pijaków i zagubionych dusz. W powietrzu unosił się ciężki odór alkoholu, potu i tanich papierosów. Ich krew była skażona, przesiąknięta używkami, słaba, gorzka. Nie tego potrzebowałem.
Mijałem kolejnych ludzi. Jedni lepsi, inni gorsi, ale żaden nie przyciągnął mnie na tyle, bym poczuł to znajome ukłucie pragnienia. Nikt nie pachniał zdrowiem. Nikt nie sprawił, bym zapragnął zbliżyć się na tyle, by usłyszeć przyspieszone bicie serca pod cienką warstwą skóry.
Westchnąłem cicho, czując narastającą frustrację. Może powinienem był zostać w pokoju z Elianem. Może głód byłby dotkliwy, ale przynajmniej nie błąkałbym się teraz samotnie po mieście, jak wygłodniałe, dzikie zwierzę, kierowane jedynie instynktem.
A jednak coś we mnie nie pozwalało wrócić. Głód to jedno. Samotność, drugie.
Niestety nie znalazłem żadnego człowieka, którego krew naprawdę by mnie przyciągnęła. Żaden z przechodniów nie wydawał się godny, by skosztować jego krwi.
Za to natrafiłem na Jamesa. Nie wyglądał, jakby wciąż szukał Dravena. Czyżby się poddał? A może w końcu zrozumiał, że nie ma najmniejszych szans w starciu z tak potężnym wampirem? Nie mogłem być pewien.
Pewne było tylko to, że Elian poczuje ulgę, gdy się dowie, że James jest cały i zdrowy. Mimo swojej ostrożności, Elian przejął się tym mężczyzną, nawet jeśli nie musiał. To było w nim ciekawe. Łowca który rzadko pozwalał sobie na emocje, jednak nie potrafił całkowicie obojętnie przejść obok czyjegoś losu.
Patrzyłem na Jamesa, zastanawiając się, co nim kierowało. Strach? Rezygnacja? A może zwyczajna świadomość własnej słabości? Nie było to ważne, to nie moja sprawa, nie mój problem, niech robi co chce gdyby nie Elian, nawet nie zwróciłbym na niego uwagi.
Nie pokazywałem się mu na oczy, ruszając swoją własną drogą. Ostatecznie zdecydowałem się na pożywienie krwią zwierzęcia, nie dlatego, że pragnąłem jej smaku, lecz dlatego, że nie miałem innego wyboru. Żadna ludzka krew nie była odpowiednia. Nie teraz, nie o tej porze.
Może jutro uda mi się znaleźć kogoś, czystej i co najważniejsze zdrowej krwi. Tego nie wiedziałem. Na razie jednak musiałem zadowolić się tym, co było dostępne. Korzystać z krwi zwierząt, dopóki mój partner nie dojdzie do siebie i nie będę mógł ponownie ruszyć na polowanie w bardziej… odpowiednich warunkach.
Złapałem kilka zwierząt, którym musiałem odebrać życie, by móc wypić całą ich krew. Pozwoliło mi to przynajmniej na chwilę nie odczuwać bólu, nie czuć głodu, który potrafił być niezwykle męczący. Jak dobrze, że choć na krótką chwilę mogłem odetchnąć, poczuć ulgę i wreszcie wrócić do ukochanego.
Oczywiście, wszystko robiłem ostrożnie i cicho, tak aby nikt nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Nawet wracając do pokoju, zachowałem spokój i ciszę, myśląc, że Elian śpi. Przyznam, że byłem mocno zaskoczony, gdy zamiast tego zobaczyłem, że leży tam i czeka na mój powrót.
- A ty przypadkiem nie miałeś spać? - Zapytałem, przypominając sobie o naszej małej umowie.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Nie przeszkadzało mi to, że zaraz sobie pójdzie. Jeśli tylko bym mógł, nakarmiłbym go sobą. Coś tak jednak czułem, że im mniej krwi w moim organizmie, tym wolniej się regenerują moje rany. To miałoby sens, mój organizm nie ma sił, by się regenerować. A muszę jak najszybciej wydobrzeć, by móc znów go karmić, i znaleźć Dravena, by następnie go pokonać. Jest zbyt wielkim zagrożeniem dla ludzi. No ale na razie o takich rzeczach mogę tylko pomarzyć. Nie jestem w stanie teraz wiele zrobić. Samo zejście na dół wymagało ode mnie mnóstwa energii, a przecież to była zwykła głupotka. Naprawdę byłem żałośnie słaby, ale pomimo tego, nie mogłem przecież pokazać, że coś mi jest. Zawsze musiałem być silny, nawet jak silny nie byłem. Tak samo jak on. Od tego zależało moje być, albo nie być. 
- Będę na ciebie grzecznie czekał. Uważaj na siebie, proszę – poprosiłem, chwytając jego dłoń, by ucałować jej wierzch. Nie chciałem się za bardzo do niego zbliżać. Wiedziałem, że moje świeże rany są dla niego zbyt nęcące. Oby po posiłku czuł się lepiej. Nie wiem, czy znajdzie o tej porze kogoś, kogo krew będzie tak dobra, jak moja... ale najważniejsze, by znalazł kogokolwiek, by ten głód trochę przygasić. A jak będzie bardzo źle, na popitkę skubnie trochę mojej. Troszeczkę. Na przepłukanie gardła. Nic złego się raczej ze mną stać nie powinno. 
- Zamiast czekać po prostu idź spać. Nie musisz się tak męczyć dla mnie – burknął, delikatnie się krzywiąc. 
- Jakbym dzisiaj wystarczająco długo nie spał – powiedziałem spokojnie, odsuwając się od niego. - Nie martw się, skup się polowaniu. Do zobaczenia później – dodałem, podchodząc do ściany, na której wisiały nasze płaszcze, a następnie zbliżyłem się do niego i narzuciłem jeden z nich na jego ramiona. Założyłem także na jego głowę kaptur, by nikt nie miał wobec niego żadnych podejrzeń. 
- Do zobaczenia – powiedział, jeszcze przez chwilę mi się przyglądając, jakby chciał coś pomyśleć. A później wyszedł.
Cicho westchnąłem, a następnie podszedłem do kominka, by dołożyć troszkę drewna do ognia. Co jak co, ale chciałem, by było mi tutaj ciepło. Przez to zaśnięcie przy otwartym oknie może zmarzłem trochę zbyt bardzo, a skoro jego nie będzie przez dłuższy czas, coś tak czułem, mogło być tutaj nieco cieplej niż zazwyczaj. 
Futerko miauknął cicho, wpatrując się w drzwi. No tak, jak Serathion ostatnim razem wychodził sam, to już po tych kilku minutach wrócił z jedzonkiem dla niego. I teraz nagle nie wraca. Jakie te zwierzaki są proste. 
- Teraz poszedł po jedzenie dla siebie – powiedziałem do niego, podchodząc do niego i biorąc go na ręce. - Ty zjadłeś, ja zjadłem, teraz on się musi posilić. Wróci wkrótce, nie musisz się tak martwić – mówiłem do niego spokojnie, kierując się z nim do łóżka, obok którego na szafce czekała na mnie już letnia herbata. Cóż, lepsze to niż nic. Jutro rano zejdę i poproszę o dzban wody, będzie akurat na cały dzień. Ostatnio piłem naprawdę mało, a to też niedobrze dla organizmu. Muszę o to zadbać... oby mi poszło lepiej, niż z ćwiczeniami, bo raptem parę dni i co? Już musiałem przerwać ze względu na moje rany. I tyle by było z moich cudownych postanowień. 

<Różyczko? C:>

Od Serathiona CD Eliana

Nie czułem się dziś najlepiej. Wszystko mnie drażniło, skrzypienie podłogi, przytłumione rozmowy w sali na dole, nawet własny oddech. Starałem się to ukryć, zachować pozory spokoju, ale z każdą minutą było coraz trudniej. Głód rozlewał się po mnie ciężko, lepko, osiadając na języku metalicznym posmakiem.
Chyba jednak będę musiał skorzystać z jego propozycji i zapolować. W przeciwnym razie zwariuję… a wtedy wystarczy jedno nieostrożne słowo wypowiedziane w złym momencie, żebym zrobił komuś krzywdę.
Postawiłem Futerko na podłodze i zerknąłem na zegarek. Godzina była idealna, ulice powinny być już wystarczająco puste. Elian odpocznie w łóżku, a ja wyjdę tylko na chwilę z gospody. To dobrze zrobi nam obu.
Mój partner wrócił po kilku minutach, zmęczony chyba samym chodzeniem. Każdy krok zdradzał jego osłabienie, choć uparcie próbował tego nie okazywać. Mój biedak… powinien leżeć, a nie snuć się po korytarzach.
- Położysz się? - Zapytałem, gdy tylko przekroczył próg.
Westchnął cicho i oparł się o framugę.
- Mam już dość leżenia, ale chyba nie mam wyboru. - Uniósł na mnie spojrzenie, zbyt przenikliwe jak na kogoś w takim stanie. - Ty za to powinieneś pójść zapolować. Widziałem, że jesteś coraz bardziej rozdrażniony. I głodny. Twoje oczy… nawet bez iluzji są ciemne. Nie ma w nich ani odrobiny blasku. - Oczywiście. On zawsze musiał być tak spostrzegawczy.
Powinien skupić się na sobie, na swoich ranach, na bólu, który próbował ignorować a nie na mnie. Ja sobie poradzę. Byłem tylko głodny. Jeszcze nie umierałem z pragnienia, jeszcze panowałem nad sobą. On natomiast… on znosił znacznie więcej, niż chciał przyznać.
- Och, dziękuję, że uświadamiasz mnie w głodzie, który czuję od kilku godzin - Mruknąłem, rzucając mu chłodne, krytyczne spojrzenie. - Jak dobrze, że cię mam. Bez ciebie pewnie nie wiedziałbym, że jestem głodny. A zapach twojej krwi wcale nie sprawia, że robię się coraz bardziej podirytowany. - Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, ten irytująco spokojny, który zwykle oznaczał, że ma rację.
- Mówiłem ci, żebyś poszedł coś zjeść - Odparł łagodnie, choć w jego głosie pobrzmiewała stanowczość. - Potrafisz być sprytnym wampirkiem. Więc zapoluj. Napij się krwi. A nie głodzisz się, a potem wyżywasz na mojej skromnej osobie. - Skromnej osobie?
Uniósłem brew, mierząc go spojrzeniem od stóp do głów. On i skromność… Choć musiałem przyznać, miał jej znacznie więcej niż ja.
Zrobiłem krok w jego stronę, zatrzymując się wystarczająco blisko, by wyraźnie poczuć zapach jego krwi pod bandażami. Głód szarpnął mną gwałtownie, jak napięta lina.
- Jeśli zaraz nie przestaniesz tak pachnieć… - Mruknąłem ciszej, bardziej do siebie niż do niego. - To rzeczywiście pójdę zapolować. Dla twojego bezpieczeństwa. - Wysyczałem, odczuwając ból nawet głowy, który irytował mnie z każdą sekundą coraz bardziej.
- Idź coś zjeść - Polecił cicho, ale stanowczo.
Chciałem odpowiedzieć „nie”. Naprawdę chciałem. Z czystej przekory. Z uporu. Z tej irracjonalnej potrzeby udowodnienia, że wciąż nad sobą panuję.
Ale nie potrafiłem.
Byłem zmęczony głodem, nie tym gwałtownym, który odbiera zmysły, lecz długim, wyczerpującym ssaniem pod skórą. Wysysał ze mnie cierpliwość, rozciągał nerwy do granic możliwości. A może łatwiej byłoby mi to znieść, gdyby nie zapach krwi unoszący się w powietrzu. Słodki. Ciepły. Drażniąco bliski.
Każdy jego ruch tylko go wzmacniał.
- Dobrze. Pójdę. - Westchnąłem cicho, odwracając wzrok. - Tylko przestań powtarzać w kółko to samo. Zrozumiałem za pierwszym razem, że mnie stąd wyganiasz. - Uniósł brew, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś pomiędzy rozbawieniem a wyrzutem.
Oczywiście żartowałem. Doskonale wiedziałem, że mnie nie wygania. On nigdy by tego nie zrobił. Dbał o mnie w ten swój spokojny, uporczywy sposób, nawet wtedy, gdy sam ledwo stał na nogach. I byłem mu za to wdzięczny. Bardziej, niż kiedykolwiek bym przyznał.
Choć to nie znaczyło, że przestanę stawiać na swoim.

<Elianie? C:>