czwartek, 19 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

Westchnąłem cicho. Musiałem przyznać, że brzmiało to jak coś potwornie nudnego. Medytacja. Cisza. Spokój. Siedzenie bez ruchu i wsłuchiwanie się w oddech, a przecież właśnie od własnych myśli chciałem uciec najbardziej. Ale czy naprawdę miałem prawo narzekać?
Jeśli miało mi to choć trochę pomóc się rozluźnić… jeśli dzięki temu z ramion zniknie to wieczne napięcie, które czułem za każdym razem, gdy udawałem, że wszystko jest w porządku, to chyba warto spróbować. Dla niego. Dla uśmiechu i jego spokoju.
Poza tym i tak nie miałem lepszego pomysłu na własny psychiczny odpoczynek.
Bo prawda była taka, że to wszystko zaczynało mnie przytłaczać.
Nieustanne czuwanie. Brak snu, który nigdy nie przynosił ukojenia. Brak chwili, w której mógłbym naprawdę odetchnąć.
Myśli szarpały się w głowie jak wygłodniałe bestie. Nie pozwalały mi się wyciszyć. Nie pozwalały zapomnieć.
Przez sto pięćdziesiąt lat żyłem w napięciu.
Sto pięćdziesiąt lat czujności. Sto pięćdziesiąt lat oglądania się przez ramię.
Jako wampir nigdy nie znałem spokoju. Zawsze ktoś polował. Zawsze ktoś obserwował. Zawsze trzeba było uważać na ludzi, na innych takich jak ja… i na własne instynkty.
A teraz on leżał obok mnie i mówił o medytacji, jakby to miało być rozwiązanie.
Może właśnie dlatego chciałem spróbować.
Bo jeśli on wierzył, że to pomoże, to chciałem w to uwierzyć razem z nim.
Może te kilka minut ciszy nie sprawi, że świat przestanie być niebezpieczny.
Może nie uciszy stu pięćdziesięciu lat wspomnień.
Ale jeśli pozwoli mi choć przez chwilę poczuć spokój przy nim…
jeśli pozwoli mi nie myśleć o walce, tylko o jego obecności, to może naprawdę warto.
Bo nawet nieśmiertelność nie chroni przed zmęczeniem.
A czasem jedyną ulgą jest ktoś, kto stoi lub leży tak jak on teraz obok.
- No dobrze. Postaram się medytować. To i tak znacznie lepsze niż leżenie i nasłuchiwanie każdego dźwięku z otoczenia - Stwierdziłem w końcu, pozwalając sobie ponownie zamknąć oczy.
Na początku było trudno. Nienaturalnie wręcz. Nie byłem przyzwyczajony do psychicznego odpoczynku. Moje ciało znało tylko czujność, a umysł, nieustanne analizowanie zagrożeń. Medytacja wymagała ciszy. Spokoju. Zgody na bezruch. Musiałem zmusić się, by oddychać wolniej, by nie reagować na każdy szmer, by nie otwierać oczu przy najmniejszym dźwięku.
Musiałem zrobić wszystko, żeby to zadziałało.
Elian w międzyczasie zdążył już zasnąć. Słyszałem, jak jego oddech staje się równy, spokojny. A ja wciąż próbowałem. Medytacja wydawała mi się czymś absurdalnie skomplikowanym, jakby ktoś kazał wojownikowi nagle zapomnieć, jak trzyma się broń.
Czas płynął powoli. Aż w końcu coś we mnie zaczęło ustępować.
Mój umysł zwolnił. Myśli, dotąd napięte jak struny, zaczęły się rozluźniać. Ciało, które przez sto pięćdziesiąt lat żyło w ciągłym spięciu, pozwoliło sobie opaść ciężej w materac. Ramiona przestały boleć od niewidzialnego ciężaru odpowiedzialności. Szczęka przestała być zaciśnięta.
To było… zaskakująco przyjemne.
Miło było choć na chwilę poczuć coś innego niż czujność. Rozluźnić się nie tylko w tych krótkich, intymnych momentach, gdy oddawałem się przyjemności i przestawałem myśleć o świecie. Tym razem nie chodziło o ucieczkę w miłość cielesną, seks który uwielbiałem, a który pozwalał mi się odprężyć. To była cisza. Prawdziwa, spokojna cisza.
I po raz pierwszy od bardzo dawna nie czułem potrzeby, by ją przerywać.

<Elianie? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz