sobota, 28 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Zdecydowanie musiałem to przemyśleć, bo co moja rodzina by o tym powiedziała? Sam do końca nie byłem pewien.
- Co na to moja rodzina? - Powtórzyłem cicho, bardziej do siebie niż do niego. - Sam nie wiem. Raczej by tego nie popierali. W końcu szlachcic musi mieć rodzinę i potomstwo. A w związku z mężczyzną… cóż, tego nie ma i nigdy nie będzie. To hańba dla rodu, gdy pierworodny i jedyny syn nie pozostawi po sobie dziedzica. - Słowa te smakowały gorzko, jakby każde z nich było przyznaniem się do winy, której przecież nie chciałem popełnić.. - Po za tym obawiam się, że gdyby moi rodzice wciąż żyli, nigdy byśmy się nie spotkali - Dodałem po chwili. - Nadal pilibyśmy krew zwierząt, trzymali się z dala od ludzi, nie zwracając na siebie uwagi. A ja… ja zapewne już dawno byłbym zmuszony do małżeństwa. Do spłodzenia potomka. Z mężczyzną to niemożliwe. Jestem tego boleśnie świadom. - Westchnął cicho i przysunął się bliżej, jakby samą bliskością chciał odeprzeć ciężar moich słów. Objął mnie mocniej, jakby mógł ochronić przed światem, przed tradycją, przed przeznaczeniem.
- A więc wygląda na to, że gdyby nasze życie potoczyło się inaczej, nigdy byśmy się nie spotkali - Szepnął, całując mnie w czoło.
W jego głosie nie było żalu. Raczej zaduma. Może nawet wdzięczność.
- Prawdopodobnie nie - Przyznałem. - Więc… chyba dobrze, że jest tak, jak jest. Dzięki temu mamy siebie. Choć to wciąż wydaje się dziwne. Ty powinieneś mnie nienawidzić. Ja powinienem próbować cię zabić. Tak byłoby zgodnie z zasadami. A zamiast tego leżymy razem, nie przejmując się niczym ani nikim. - Uśmiechnąłem się lekko, choć w tym uśmiechu było więcej niedowierzania niż radości.
To było jednocześnie zabawne i przerażające. Bo wiedziałem, że coś takiego nigdy nie powinno się wydarzyć. A jednak wydarzyło się. I nie potrafiłem tego żałować.
Elian tylko kiwnął głową i poprawił się wygodniej na łóżku. Widziałem po nim, że było mu dobrze przy mnie, tak samo jak mnie przy nim. Nie próbowałem nawet tego ukrywać. Nie było sensu udawać obojętności ani dystansu, skoro każde jego spojrzenie, każdy cichy oddech tuż przy mojej skórze sprawiał, że coś we mnie miękło.
Cieszyłem się jego obecnością. Cieszyłem się nim.
Mężczyzną, który wbrew wszelkim zasadom i oczekiwaniom stał się częścią mojego życia. Częścią mnie.
I choć rozsądek podpowiadał, że to nie powinno się wydarzyć, że to wszystko jest błędem, serce uparcie twierdziło, że właśnie tutaj jest moje miejsce.
Wampir i łowca.
Żaden człowiek by w to nie uwierzył.
A jednak leżeliśmy obok siebie, dzieląc ciszę zamiast krwi i nienawiści.
Rozmawialiśmy jeszcze przez jakiś czas, o rzeczach drobnych i o tych, które bolały. O przeszłości, której nie dało się cofnąć, i o przyszłości, której żaden z nas nie potrafił jasno nazwać. Słowa płynęły spokojnie, bez pośpiechu. Czas zdawał się miękki, rozciągnięty, jakby specjalnie dla nas zwolnił swój bieg.
Najważniejsze było to, że byliśmy razem.
Cała reszta traciła znaczenie.
Zauważyłem, że Elian powoli odpływa. Jego głos stawał się coraz cichszy, powieki cięższe. Był zmęczony, może rozmową, może samą obecnością emocji, a może po prostu tym, że jest człowiekiem. Ludzie potrafią być zmęczeni nawet nicnierobieniem. Ich ciała domagają się odpoczynku, ich umysły wyłączają się bez pytania o zgodę.
Patrzyłem na niego uważnie.
Gdy zamilkł, ja również przestałem mówić. Nie chciałem przerywać tej chwili ani wyrywać go z miękkiego półsnu. Leżałem obok, wsłuchując się w jego spokojny oddech, pozwalając mu regenerować siły.
Tylko tego w tej chwili dla niego chciałem, spokoju, bo nic więcej nie miało znaczenia.

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz