niedziela, 15 lutego 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Może i miał rację. Może nie powinienem aż tak przejmować się życiem kogoś, kto nie przejmował się mną. Ale gdybym tak nie przejmował się każdym życiem, nie mógłbym się nazywać człowiekiem. Na tym  też polega moja praca, na zabijaniu wampirów i tym samym na ratowaniu ludzi. Łatwiej byłoby mi po prostu olać ich wszystkich, skupić się na sobie, na Serathionie, i żyć szczęśliwie. Nie potrafiłem jednak żyć w ten sposób. Mogłem udawać, że mi nie zależy, ale zbyt bardzo się przejmowałem. 
- I mam mu pozwolić, by umierał przez własną głupotę? - mruknąłem, chwytając za kubek. Futerko wyczuł, że mam dobre rzeczy na talerzu i przyszedł do mnie się ładnie przymilać. Też niewiele dzisiaj jadł, będę musiał się z nim podzielić, zwłaszcza tą mięsną częścią. 
- Dokładnie tak. Skoro jest na tyle głupi, by nie słuchać twoich ostrzeżeń i moich, nie zasługuje na twoje narażanie się – odpowiedział, będąc jak zwykle blisko mnie. 
- Każdy był kiedyś głupi. Nie musi od razu przez to umierać – odparłem, grzebiąc widelcem w talerzu. 
- Niektórzy są głupi całe życie. Zresztą, tak działa selekcja naturalna – mówił spokojnie, niczym się nie przejmując. Chciałbym móc tak nie przejmować światem jak on. Wtedy chyba wszystko byłoby lepsze. - Zjedz. I połóż się. Jesteś bezpieczny,  i tylko powinno mieć dla ciebie znaczenie – dodał łagodnie, poprawiając kosmyki moich włosów. 
- Jak nie wróci do jutra... - zacząłem, ale Serathion nie pozwolił mim dokończyć. 
- Jak go ostatnim razem widziałem był w miejscu, do którego Draven się nie zbliży, jest na to zbyt arystokratyczny. Jeżeli będzie się tego miejsca trzymał, nic mu nie będzie. 
Z tego, co pamiętałem, wysłałem go do slumsów. Dla zwykłych wampirów miało to sens, właśnie najczęściej tam się ukrywali, jednak te wyższe, jak zauważył Serathion, były zbyt delikatne na taką biedotę i smutną rzeczywistość. I skoro on tak łatwo na to poszedł, naprawdę był niedoświadczony. Jest w ogóle gotów na to, by polować samemu? Kto go w ogóle puścił w świat? A może nie miał wyjścia, bo jego mentor zginął. Ja też zacząłem stosunkowo wcześnie, a jednak aż tak rażących błędów nie robiłem. A może jednak robiłem, tylko byłem na nie ślepy...? Ciężko mi było to stwierdzić. 
Powoli dokończyłem jedzenie, nie zapominając oczywiście podzielić się jedzeniem z kociakiem. Nie dał mi o tym zapomnieć, ciągle się o mnie ocierał, mruczał, miauczał... zdecydowanie nie dał o sobie zapomnieć. Wybierałem mu lepsze, mniej przyprawione kawałki, by przypadkiem się nie pochorował. Niech już stracę. Ten kociak i tak miał w życiu za dobrze, więc niech ma jeszcze lepiej, chociaż on jeden. No i Serathion, on też ma całkiem dobrze jak na wampira. Miałby lepiej, gdyby mnie ostatnim razem nie ugryzł, teraz musi długo czekać, dopóki moja krew się trochę nie zregeneruje. 
- Zjadłem. Też byś mógł zjeść, gdybyś mnie wcześniej nie gryzł – rzuciłem do niego, odkładając pusty talerz. Słońce akurat wzeszło, więc James powinien przeżyć kilka kolejnych godzin, o ile dożył do tej pory.

<Różyczko? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz