Serathion tego wieczoru był bardzo wrażliwy, a ja nie wiedziałem, czemu. Trochę mnie to martwiło. Zazwyczaj łatwiej udawało mi się wywołać uśmiech. A może drażnił go ciągły zapach krwi? Bądź co bądź, dalej te moje rany się zasklepiają, w szybszym lub wolniejszym tempie. A kiedy jesteś głodny i czujesz jedzenie, którego nie możesz zjeść, możesz być drażliwy. A on mi później powie, że wcale nie jest głodny... i co ja z nim mam? Do jedzenia go przecież nie jestem w stanie zmusić. Nie, żebym miał czym. Mojej krwi nie tknie, bo przecież muszę się regenerować. Innej też nie, bo to niebezpieczne. Katuje sam siebie... za co? Po co? Nie rozumiem tego.
– Możemy iść. I tak nie jestem głodny. Wybierałem jedynie mięso dla Futerko, a jemu chyba już starczy – powiedziałem spokojnie, odsuwając od siebie talerz. Coś tam skubnąłem, ale naprawdę niewiele. W ogóle nie miałem ochoty jeść. – Odniosę talerz. Herbatę wypiję na górze – dodałem, z niechęcią odsuwając się od stolika. Dopiero co przyzwyczaiłem się do siedzenia przy nim, a już muszę się podnosić. Denerwują mnie te rany. Są naprawdę problematyczne. Nie dość, że muszę korzystać teraz głównie z lewej ręki, by nie nadwyrężać prawej, to jeszcze bolą mnie przy najmniejszym napięciu mięśni.
– Może ja to zrobię? – zaproponował, na co pokręciłem głową. Wolałem go w pobliże Dony już nie dopuszczać. Wystarczająco jest na niego zła, wolałem więc sam przyjąć na siebie jej niezadowolenie niż niego do niej posyłać.
– Ty weźmiesz Futerko i moją herbatę na górę. Niedługo się widzimy – poprosiłem, chwytając za talerz.
Czułem, że mu się to nie podoba, ale on w tej chwili nie miał nic do gadania. Widziałem jeszcze kątem oka, jak niechętnie się zbiera i kieruje na schody, jakby koniecznie nie chciał mnie spuścić z oka. Zdecydowanie za bardzo przesadza, nic mi przecież nie było. Nie zasłabnę przecież, kiedy odnoszę talerz.
– Ten chłopak cię wykańcza – to były pierwsze słowa, jakie usłyszałem, kiedy doszedłem do lady. – Jesteś blady, wychudzony, masz sińce pod oczami, mało jesz... zupełnie jak nie ty.
– Trochę ostatnio krwi straciłem, to pewnie przez to – odpowiedziałem spokojnie, chociaż uwaga o nim trochę mnie zdenerwowała. W końcu, ten chłopak ma imię. I wybrałem sobie jego na mojego partnera. Powinna to zaakceptować. – Zimą każdy człowiek jest trochę słabszy, bledszy. Rany mi się zagoją i już będę czuł się lepiej. Nie martw się o mnie, wiem, co robię. Dziękuję za posiłek – powiedziałem, siląc się na lekki uśmiech. Nie miałem jej to za złe, chciała dla mnie najlepiej. Gdyby poznała prawdę, byłaby w sumie jeszcze bardziej przerażona. Musi jednak zrozumieć, że to życie jest moje. I przeżyję je sobie jak chcę. Albo raczej na ile pozwoli mi los.
Wróciłem spokojnie do pokoju, po drodze obserwując towarzystwo. Nigdzie nie widziałem Jamesa. Dona też o nim nie wspominała. Nikt też nie wspominał o żadnych znalezionych zwłokach, więc... Wyglądało na to, że wszystko było z nim w porządku. Sobie wybrał naprawdę paskudny cel.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz