Przechadzałem się po slumsach, rozglądając się uważnie w poszukiwaniu Jamesa. Każdy kolejny krok tylko potęgował moje obrzydzenie. To miejsce było odrażające, brudne, przesiąknięte stęchłym zapachem wilgoci i ludzkiego strachu. Ulice tonęły w cieniu, a światła latarni ledwo dawało światło.
Ostatni raz zgodziłem się komukolwiek pomagać. I to jeszcze łowcy. Co mną kierowało? Nigdy więcej nie postawię stopy w takim miejscu z własnej woli.
Złość pulsowała mi w skroniach. Dawno nie byłem aż tak wściekły.
W końcu dostrzegłem znajomą sylwetkę.
- Mam cię - Warknąłem pod nosem i przyspieszyłem kroku. Na szczęście nie zdążył jeszcze spotkać mojego pobratymca.
James odwrócił się gwałtownie. W jego oczach pojawiła się czujność, a dłoń automatycznie zacisnęła się na broni.
- A ty co tu robisz? Nie powinno cię tu być. To nie miejsce dla ciebie. Gdzie jest Elian? - Zapytał ostro, jakby w każdej chwili gotów był do walki.
Prawie prychnąłem z pogardą. Żaden wampir mojego pokroju nie zszedłby do takiej dzielnicy, gdyby nie był do tego zmuszony. Draven? On tym bardziej nie poświęciłby się dla człowieka. A ja... ja okazałem się głupcem, zgadzając się pomóc Elianowi w poszukiwaniach drugiego łowcy.
- Elian został ranny - Powiedziałem chłodno. - Draven jest silniejszy, niż obaj przypuszczaliście. Musisz się wycofać. On cię zabije. Nie masz z nim najmniejszych szans. - Starałem się, by mój głos brzmiał stanowczo, by zrozumiał, że to nie ostrzeżenie rzucone na wiatr. Jeśli naprawdę spotka Dravena, nie otrzyma żadnej szansy. Żadnego uprzedzenia. Ja przynajmniej próbuję go ostrzec.
James zmrużył oczy.
- A skąd możesz to wiedzieć? Jestem silny. Poradzę sobie. Najwidoczniej Elian nie jest tak dobrym łowcą, za jakiego wszyscy go mają. - Przez ułamek sekundy miałem ochotę roześmiać mu się prosto w twarz. Jego pewność siebie była nie tylko naiwna, była śmiertelnie niebezpieczna.
On naprawdę nie ma pojęcia, z czym zamierza się zmierzyć.
Westchnąłem cicho. I co ja mam z nim zrobić?
Mam siłą odesłać go do domu? Zaciągnąć z powrotem do tej nędznej gospody, w której się zatrzymał? A może zostawić go tutaj i pozwolić, żeby sam zmierzył się z konsekwencjami własnej głupoty?
Jeśli go teraz zostawię, Elian kiedy tylko dojdzie do siebie, spróbuje na własną rękę ratować tego idiotę. A nie może. Musi odpoczywać. Jego rany ledwo zaczęły się zasklepiać. Jeśli znów je otworzy, tym razem może nie wyjść z tego żywy.
Zacisnąłem szczękę.
- Elian jest dużo silniejszy od ciebie - Powiedziałem chłodno. - Ale Draven jest silniejszy od was obu razem wziętych. Więc albo odpuścisz sobie polowanie na tego wampira… albo zginiesz. Bo on nie zna litości. - Słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzałem. Może nawet groźnie. Ale to była prawda.
James patrzył na mnie uparcie, a w jego oczach widziałem coś, co znałem aż za dobrze dumę. I tę przeklętą potrzebę udowodnienia swojej wartości.
Już wiedziałem, że nie odpuści.
W porządku. Jeśli tak bardzo chce ścigać Dravena, niech robi to sam. Ja nie będę go osłaniał. Nie będę go ratował. Nie będę po nim sprzątał.
- Dobrze. Jak sobie chcesz. - Wzruszyłem ramionami i odwróciłem się bez słowa. Niech robi, co uważa. To nie mój problem. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
Ruszyłem przed siebie, zostawiając go samego w brudnej, dusznej uliczce. Musiałem odnaleźć Dravena. I uświadomić mu, że wciąż żyję.
Na samą myśl o tym spotkaniu kącik moich ust drgnął. Mógł się wściec. Mógł próbować mnie zabić. Ale niewiele mógłby mi zrobić.
Wampiry wysokiej klasy nie zabijają się nawzajem.
A przynajmniej tak to powinno wyglądać.
Choć w świecie, w którym żyliśmy, zasady często były tylko iluzją, cienką granicą, którą łatwo było przekroczyć.
Gdy tylko opuściłem slumsy, powietrze stało się lżejsze. Mój węch natychmiast się wyostrzył. Wystarczył jeden głębszy oddech, bym bez trudu pochwycił zapach Dravena.
Ruszyłem jego tropem. Nie zamierzałem go ścigać. Chciałem się z nim spotkać.
- No proszę, proszę… - Rozległ się głos z mroku. - Jesteś całkiem żywy jak na trupa. - Zatrzymałem się, ale nie okazałem zaskoczenia. Powoli odwróciłem głowę w stronę, z której dobiegał głos. Wyszedł z cienia tak cicho, jakby był jego częścią. Znałem go. Choć nigdy nie byliśmy sobie bliscy. - Ponoć miałeś już nie żyć. Ten łowca śmierdział tobą. Teraz już wiem dlaczego. Owinąłeś go sobie wokół palca. Sprytne. Nigdy bym nie przypuszczał, że będziesz aż tak cwany… jak na takiego głupca. - Zadrwił.
Pozwoliłem mu w to wierzyć. Jeśli uznał, że zaczarowałem Eliana, tym lepiej. Może dzięki temu nie będzie go postrzegał jako zagrożenia. A ja nie zrobiłem mu nic złego.
- Nie jestem kretynem. Potrafię o siebie zadbać. A ty nie powinieneś tu być. Jeden wampir w tej okolicy w zupełności wystarczy. - Draven uśmiechnął się leniwie.
- Och, proszę cię. Zmieścimy się tu we dwóch. Podoba mi się to miasto. I nie zamierzam go opuszczać tak szybko. - Zanim zdążyłem zareagować, znalazł się tuż przede mną. Jego palce zacisnęły się na moich policzkach, mocno, niemal boleśnie. Jego oczy błysnęły w półmroku. - A poza tym… jesteś zbyt słaby, by mnie stąd przepędzić. - Puścił mnie nagle. I zniknął. Jakby nigdy go tu nie było..
Szczerze mówiąc, miałem już dość tej gry. Spojrzałem w stronę jaśniejącego powoli nieba. Do wschodu słońca została niecała godzina. Nie zamierzałem ryzykować bliższego spotkania z jego promieniami.
Zrobiłem, co mogłem. Resza, w ogóle mnie nie interesowała.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz