Serathion mnie dzisiaj mocno zaskoczył. Nie spodziewałem się, że mnie ugryzie, i doprowadzi poziom krwi w moim organizmie do tego poziomu, w którym to odpływam. A jednak... zrobił to. W jednej chwili wszystko wydawało mi się takie odległe, a powieki ciężkie. Serathion nie potrzebował wiele, byłem w takim stanie, że wystarczyły dwa, może trzy łyki i ja już odpłynąłem, nie ogarniając, co się dzieje.
Obudziłem się kilka dobrych godzin później, o czym świadczył mrok za oknem. Już jest ciemno? Ale... jak to? Ile ja spałem? Czemu tak długo spałem? I gdzie jest Serathion? Gdzie on znów poszedł? Podniosłem się gwałtownie z łóżka, przez co śpiący na mojej klatce piersiowej kociak zsunął się na materac, miaucząc z wyrzutem. Nie przejąłem się tym i wstałem z łóżka... a przynajmniej próbowałem. Ledwo stanąłem na nogi, i jakoś tak w głowie mi się zakręciło i jak szybko wstałem, tak szybko znalazłem się z powrotem na łóżku. Pociemniało mi przed oczami, zakręciło w głowie, kolana jakieś takie miękkie się zrobiły... cholera, niedobrze. Nie mogłem leżeć. Serathion wyszedł, Bóg wie jeden, gdzie poszedł, co robi i co mu się dzieje. Musiałem iść za nim. Jak ten wampir będzie chciał mu zrobić krzywdę, bo poczuje się oszukany? Nie wiadomo, co się dzieje w głowie takiego wampira.
Futerko miauknął cicho, podchodząc do mnie i wskakując na moje kolana. Serathion pewnie mu kazał mnie pilnować, i ten mały kociak wziął sobie mocno do serca. Jego przecież będzie słuchał cały czas, ale żeby mnie posłuchać, to w życiu. A ja go tutaj przyprowadziłem, karmię, i wszystko...
- Muszę iść. Coś mu się może stać – mruknąłem cicho, podnosząc się z łóżka po raz drugi. Podszedłem do drzwi, nacisnąłem klamkę... i nic. Serathion mnie tu zamknął. Cwaniak, przemyślał to. Wróciłem powoli do łóżka, czując, jak moje możliwości się kurczą. Zamknął mnie we własnym pokoju... nie ma sensu zwracać na siebie uwagi, bo Dona pewnie i mnie wypuściła, ale Serathiona już z powrotem by nie wpuściła. No i byłby szum, a tego wolałbym uniknąć. Jeśli bym był bardzo był zdesperowany, mógłbym spróbować wyjść przez okno, ale... nie, to byłaby głupota. Jestem zbyt osłabiony. Ręce i kolana dalej mi drżą, rany bolą. A biorąc pod uwagę, jak głęboką mam ranę ręki, upadek byłby wysoce prawdopodobny.
- I co ja mam teraz zrobić - wymamrotałem, kładąc się na łóżku. Futerko od razu wykorzystał okazję, wchodząc na mnie i zwijając się w kulkę. - Gdzie on poszedł? Kiedy wróci? Mnie każe tu być, a sam się naraża... powinien być tutaj.
Futerko burknął cicho, układając się wygodniej. Jak dobrze, że jest jeszcze malutki i pomimo tego, że dupę ma dużą, nie waży jakoś dużo. Chociaż, z łaski swojej mógłby się położyć gdzieś indziej, a nie na mojej ranie. - Na mnie krzyczy, a sam chodzi, i jeszcze mnie zamyka. Bezczelny jest. Martwię się o niego – dodałem ciszej, bezwiednie głaszcząc kota, bo tylko to mi pozostało.
<Różyczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz