wtorek, 24 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Byłem mu ogromnie wdzięczny za to, że chciał się dla mnie poświęcić. Nie musiał. Wystarczała sama świadomość, że był gotów to zrobić. Teraz musisz kupić się na sobie, musi odpocząć a gdy już będzie dobrze, będzie mógł robić to na co będzie miało ochotę.
Postanowiłem spróbować jeszcze raz, pobawić się w medytację, choć w moim przypadku brzmiało to niemal ironicznie. Może tym razem coś z tego wyjdzie. Może odnajdę w sobie choć namiastkę spokoju, który dla niego był tak naturalny. A on w tym czasie odetchnie, zregeneruje siły i szybciej dojdzie do siebie. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Jego zdrowie było dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego.
Wydawało mi się, że kiedy znów zacznie czuć, prawdziwie i głęboko, wszystko wróci na swoje miejsce. Nie byłem jednak pewien, czy tak to działa u ludzi. Człowiekiem przecież nie byłem. Przez lata obserwowałem ich z bliska, poznawałem ich emocje, słabości i pragnienia, ale wciąż pozostawali dla mnie zagadką. Ich kruche ciała, ich sen, ich zmęczenie, to wszystko było mi obce i chyba takie już pozostanie....
Nie odpowiadając na jego słowa, zamknąłem oczy i pozwoliłem, by cisza mnie otuliła. Trwałem w bezruchu, skupiając się na własnym oddechu, choć nie potrzebowałem go tak jak on. Próbowałem się regenerować w jedyny sposób, jaki znałem, poprzez bezruch i koncentrację.
Wsłuchiwałem się w oddech Eliana, który z każdą chwilą stawał się płytszy i spokojniejszy. Zasnął. Jego serce biło miarowo, miękko, jak cichy zegar odmierzający czas, którego dla mnie nigdy nie miało zabraknąć. Mogłem trwać przy nim i cieszyć się jego spokojem, starając się nie myśleć. Niestety, to było najtrudniejsze.
Jako wampir nie znałem snu. Nie znałem tej słodkiej nieświadomości, w której ciało oddaje się odpoczynkowi, a umysł milknie. Nauka rozluźniania ciała była dla mnie walką z własną naturą. Medytacja nie przychodziła tak łatwo, jak mogłoby się wydawać. To, co dla mojego partnera było czymś instynktownym i prostym, dla mnie stawało się wyzwaniem.
Przez sto pięćdziesiąt lat radziłem sobie z dniami na różne sposoby, raz lepiej, raz gorzej. Za dnia przesiadywałem w zamku, przechadzając się pustymi korytarzami, zaglądając do komnat, jakbym wciąż czegoś szukał. Może sensu. Może zajęcia. Może zapomnienia. Czekałem na nadejście nocy, która była moim prawdziwym czasem.
Teraz jednak było inaczej. Teraz mogłem leżeć u boku ukochanej osoby i wsłuchiwać się w bicie jego serca. Ten dźwięk przynosił mi ukojenie, jakiego nie dawała żadna noc, żadne polowanie, żadna wieczność. W jego oddechu odnajdywałem spokój, którego tak bardzo potrzebowałem. I choć nie potrafiłem zasnąć, mogłem przynajmniej trwać czuwając, kochając, oddychając ciszą razem z nim.
I choć to ja pragnąłem, by mój partner wreszcie zasnął, gdy jego oddech wyrównał się, a powieki opadły w spokojnym śnie, poczułem, jak powoli zaczyna ogarniać mnie nuda. Cisza, która przed chwilą wydawała się błogosławieństwem, teraz stawała się zbyt gęsta.
Lubiłem, kiedy do mnie mówił. Kiedy jego głos wypełniał przestrzeń między nami, kiedy opowiadał o rzeczach zwyczajnych i zupełnie nieistotnych, a ja mogłem wsłuchiwać się w każdy ton. Lubiłem samą świadomość, że spędza ze mną czas, nawet jeśli była to tylko chwila, nawet jeśli milczeliśmy razem.
Teraz jednak musiałem być grzeczny. Spokojny. Nieruchomy.
Nie mogłem poruszyć nawet dłonią, nie mogłem zmienić ułożenia ciała, by przypadkiem nie wybudzić go ze snu. Każde, nawet najdrobniejsze drgnienie mogło zakłócić jego odpoczynek. A przecież to ja nalegałem, by się położył. To ja powtarzałem, że musi odzyskać siły.
Nie mogłem teraz narzekać i grzecznie czekać na jego przebudzenie się..

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz