czwartek, 12 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

Szczerze mówiąc, zupełnie nie interesowało mnie to, co do mnie mówił. Jego słowa przelatywały obok, jakby były tylko szumem. W tej chwili medyk kazał mu odpoczywać i dopilnuję, żeby tak właśnie było. Był poważnie ranny. A skoro był ranny, nie mógł ruszyć na spotkanie z wampirem.
Draven nie zna litości. Nie da mu szansy na uniknięcie ciosu. Będzie chciał go zabić, jestem tego pewien. A ja nie mogę do tego dopuścić. Ten łowca należy do mnie. I żaden wampir, choćby nie wiem jak potężny, nie ma prawa go dotknąć.
Nie skomentowałem jego odpowiedzi. Skupiłem się na jego włosach, które chciałem umyć. Ostrożnie, niemal z nabożną delikatnością, polewałem je wodą, uważając, by ani kropla nie spłynęła na bandaże. To mogłoby tylko pogorszyć jego stan, a ostatnią rzeczą, jakiej pragnąłem, było sprawić mu dodatkowy ból.
Myłem go powoli, zmywając zaschniętą krew z jego skóry. Ciemne smugi ustępowały pod dotykiem wody i mydła, odsłaniając bladą, poranioną skórę. Każda rana była dla mnie jak wyrzut sumienia.
- Od razu lepiej - Westchnąłem cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Pomogłem mu podnieść się z balii. Otuliłem go ręcznikiem i ostrożnie osuszyłem ciało, omijając opatrunki. Później podałem mu czyste ubrania i pomogłem się przebrać. Nawet jeśli obdarowywał mnie niechętnym spojrzeniem, nie zamierzałem ustąpić. Zaprowadziłem go do łóżka i delikatnie, lecz stanowczo zmusiłem, by się położył.
Nie pozwolę mu ruszyć na poszukiwanie Jamesa. Nie teraz.
Ja go odnajdę. Gdy tylko słońce zniknie za horyzontem, za niecałą godzinę. Do tego czasu nic złego się nie wydarzy. Dopilnuję tego.
Elian oczywiście próbował się stawiać. Uparcie powtarzał, że musi ratować drugiego młodego łowcę, że nie ma czasu na odpoczynek. Jakby jego własne życie nie miało żadnego znaczenia.
Pozwalałem mu mówić, ale w rzeczywistości wiedziałem swoje.
Nigdzie nie czułem obecności Jamesa. Gdyby ruszył na poszukiwanie wampira, wyczułbym to. Jego zapach, jego strach, choćby cień jego obecności. Tymczasem wokół panowała cisza. Jeśli już gdzieś się oddalił, to w zupełnie inną stronę. A to oznaczało jedno, nic mu się nie stanie.
Poza tym, z tego, co zrozumiałem, mój pobratymiec chciał pomścić mnie. Nie interesował go młody łowca. Szukał mnie.
A to zmieniało wszystko.
Nie zaryzykowałby teraz bezpośredniego starcia z młodzieńcem. To byłoby nierozsądne. Słońce wciąż wisiało nad horyzontem, a jego promienie potrafią być śmiertelne. Nawet dla takiego jak on. Nie będzie więc ryzykował. Poczeka. On zawsze potrafił czekać.
Elian jednak tego nie rozumiał. W jego oczach widziałem tylko determinację i gniew, tę naiwną potrzebę ratowania wszystkich wokół.
Nie pozwolę mu się zabić przez własną głupotę.
- Serathion… - Mruknął cicho.
Nawet nie próbował podnosić się z łóżka. Był zbyt zmęczony. Widziałem to w ciężko opadających powiekach, w sposobie, w jaki jego oddech stawał się coraz płytszy i wolniejszy. Nie miał już siły walczyć. I dobrze.
Zaraz odpłynie do krainy snów. Nie będę się z nim spierał. Nie teraz. Nie ma sensu tracić energii na dyskusje, skoro jego ciało i tak za chwilę odmówi mu posłuszeństwa. Niech zaśnie. Kiedy się obudzi, wszystko będzie już skończone.
Milczałem. Zamiast odpowiadać, położyłem się obok niego, ostrożnie, by nie naruszyć opatrunków..
Wiedziałem, że moja obecność wystarczy.
Mój zapach, chłód mojego ciała, spokojny rytm oddechu, czy tego chce, czy nie, jego organizm zareaguje. Zawsze reaguje. A ja byłam doskonale tego pewien. 

<Elianie? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz