niedziela, 8 lutego 2026

Od Mikleo CD Soreya

Uniosłem brew, przyglądając mu się uważnie. Czy on mówił to całkiem serio? Przecież znałem go doskonale. Wiedziałem, że właśnie grę w dobrze znaną mi grę.
Wszystko przedłużał. Każdy drobiazg, każdą czynność, byle tylko jak najpóźniej rozpocząć wigilię. I jeśli myślał, że tego nie widzę albo że dam się na to nabrać, to grubo się mylił.
Znam go od wielu, wielu lat. Pamiętam jego ludzkie wcielenie. Pamiętam anielskie. A demoniczne zdążyłem poznać aż za dobrze. I wszystkie one miały jedną wspólną cechę: kiedy tylko coś zaczynało go stresować, robił wszystko, by odwlec to w czasie. Każdy możliwy moment przeciągał do granic, byle tylko nie dopuścić do tej jednej, najbardziej nerwowej chwili.
I chyba nigdy się to nie zmieni. Nieważne, kim będzie. Nieważne, jakie przybierze oblicze. Charakter zawsze pozostanie ten sam.
- Kotku, ty tak poważnie? - Wyszeptałem, unosząc kącik ust. - Przypominam ci, że znamy się od lat. Znam każde twoje zachowanie, każdy humorek, każde mistrzowskie odwracanie kota ogonem. I dokładnie to samo robisz teraz. - Spojrzałem mu prosto w oczy. - Myślisz, że możesz mną aż tak manipulować? - Dodałem ciszej. - Za dobrze cię znam, mój drogi. Nie pozwolę ci już niczego przedłużać. Idziemy, spędzimy te święta najlepiej, jak się da… a później, jeśli będziesz grzeczny, jakoś ci to wynagrodzę. - Delikatnie pocałowałem go w usta i uśmiechnąłem się do niego łagodnie.
- Oj tak, będziesz musiał mi się za to wszystko odwdzięczyć - Mruknął z rozbawieniem, chwytając moją dłoń i pociągając mnie w stronę salonu, gdzie wszystko było już przygotowane.
Musiałem przyznać, że wyglądało to naprawdę pięknie. Dzieciaki bardzo się postarały, każdy detal był na swoim miejscu. Byłem im za to ogromnie wdzięczny. Zostawiliśmy ich na chwilę samych i zrobili dokładnie to, o co ich prosiliśmy.
- Świetnie - Odezwałem się w końcu. - Wszystko mamy gotowe. A więc pora rozpocząć święta.
Zająłem swoje miejsce przy stole i tym samym rozpoczęliśmy wigilijną kolację, oczywiście od opłatka. Każdy z nas się nim podzielił, składając sobie życzenia zdrowych, spokojnych świąt.
I przez tę jedną chwilę naprawdę poczułem, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy być.
Wspólna Wigilia była naprawdę bardzo przyjemna. Dzieci cieszyły się jak nigdy dotąd, a Sorey, mimo swojego zwykle negatywnego podejścia do świąt, starał się zachowywać najlepiej, jak tylko potrafił. Cieszył się nimi… a może po prostu udawał, że się cieszy. To drugie było bardziej prawdopodobne, ale w tamtej chwili nie miało to żadnego znaczenia.
Najważniejsze było to, że wszystko było dobrze. Dokładnie tak, jak być powinno.
Wspólne święta, rozmowy przeciągające się długo po kolacji, śmiech przeplatający się z kolejnymi porcjami ulubionych potraw. Jedliśmy więcej, niż planowaliśmy, rozmawialiśmy głośniej, niż zwykle, a śmiech nie opuszczał nas ani na moment.
I właśnie w tym tkwiła magia tego wieczoru, w prostych chwilach, w obecności bliskich i w poczuciu, że przez ten jeden wieczór świat naprawdę zwolnił.
- I co, było aż tak źle? - Zapytałem z lekkim uśmiechem, gdy nasze dzieciaki ruszyły w stronę prezentów.
Oczywiście to one były teraz najważniejsze, przynajmniej w ich oczach. W końcu jakie byłyby święta bez podarków, na które czekało się tak długo, z niecierpliwością odliczając każdy kolejny dzień?
Patrzyłem na nich przez chwilę, słuchając śmiechu i szelestu rozrywanego papieru, i pomyślałem, że właśnie dla takich momentów warto było się zatrzymać.

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz