wtorek, 10 lutego 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Naprawdę martwiłem się o niego. Ta niepewność była najgorsza, niewiedza, czy przypadkiem nic złego mu się nie stanie, czy wampir, z którym miał się zmierzyć, nie skrzywdzi go w sposób, którego nie da się już cofnąć. Oczywiście wiedziałem, że nie jest pierwszym lepszym łowcą. Jest dorosły, doświadczony, potrafi o siebie zadbać. Co więcej, miał przy sobie młodego, niedoświadczonego łowcę i byłem niemal pewien, że w razie niebezpieczeństwa zrobi wszystko, by go ochronić. A jednak… mimo tej całej racjonalnej wiedzy wciąż się martwiłem. Bo w tej grze nigdy nie da się przewidzieć wszystkiego.
A co, jeśli Draven od samego początku wszystko zaplanował?
Co, jeśli wie, że ja i Elian jesteśmy razem?
Tylko… co właściwie by mu to dało?
Przecież nigdy nic mu nie zrobiłem. Nigdy nie mieliśmy ze sobą bliższego kontaktu. Owszem, znałem go. W świecie wampirów to nieuniknione. My, istoty z wyższych sfer, mimo wszystko doskonale wiemy o swoim istnieniu. Czasem mijamy się tu i tam, czasem, choć rzadko, spędzamy wspólnie czas na spotkaniach, które bardziej przypominają grę pozorów niż prawdziwe rozmowy. Ja jednak nigdy nie miałem z nim bliższej styczności. Znałem za to inne wampiry, które miały z nim przyjemność i żadne z nich nie mówiło o nim dobrze.
O ile… to rzeczywiście był on.
Bo przecież sam nigdy nie widziałem żadnych dokumentów. Nie widziałem obrazów, dowodów, niczego, co jednoznacznie potwierdzałoby, że to właśnie Draven stoi za tym wszystkim. Opierałem się jedynie na strzępach informacji, plotkach i relacjach łowcy, a to było zdecydowanie za mało, by mieć pewność.
Futerko, widząc jak bardzo się denerwuję, podszedł do mnie cicho i zaczął ocierać się o moje nogi, mrucząc ciepło. Jakby chciał choć na chwilę wyrwać mnie z tego spirytualnego chaosu myśli. To było… naprawdę miłe. Na moment poczułem ulgę, ale tylko na moment, bo zaraz potem niepokój wrócił ze zdwojoną siłą.
Najchętniej wyszedłbym za nimi. Sprawdziłbym, czy na pewno są bezpieczni, upewniłbym się na własne oczy, że nic im nie grozi. Ale nie mogłem. Na zewnątrz wysoko stało słońce, a ja, jako wampir, byłem skazany na to pomieszczenie, na cień i bezruch. Co więcej, on również się nie ruszył. Skoro ukrywał się właśnie teraz, za dnia, w bezpiecznym schronieniu… to jak oni w ogóle mieli zamiar go znaleźć?
Powinni szukać go nocą. Gdy wyjdzie, gdy poczuje się bezpieczny, gdy opuści swoje kryjówki. Teraz… teraz to wszystko wydawało się niemal bez sensu.
A jednak paradoksalnie wolałem, by szukali go właśnie teraz. Za dnia. W czasie, gdy w razie czego ludzie mogliby zareagować, wezwać pomoc, być świadkami. Bo noc… noc zawsze należała do potworów. I wtedy nikt nie byłby w stanie im pomóc.
Z nerwów zacząłem niemal wbijać kły w knykcie. Sam już nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Myśli krążyły chaotycznie, jedna gorsza od drugiej. Wyjść?
Nie. Nie mogłem wyjść. Wiedziałem, że na zewnątrz wciąż panował dzień.
A jednak… w tej chwili słońce nie przerażało mnie aż tak bardzo, jak powinno. Co było absurdalne, wręcz nierozsądne. Bardziej niż o własne przetrwanie bałem się o mojego partnera. Strach o niego przytłaczał wszystko inne, nawet instynkt samozachowawczy. Gdyby przyszło wybierać, nie byłem pewien, czy zawahałbym się choćby na moment.
Mimo to nie zdecydowałem się opuścić pokoju. Zostałem. Zmuszałem się do czekania, choć każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Postanowiłem, że zaczekam do wieczora. Jeśli nie wrócą… ruszę na poszukiwania.
I wtedy nie będę już przejmował się niczym.
Ani tym, czy ktoś mnie zobaczy.
Ani tym, że mogę pojawić się w nieodpowiedniej chwili.
Bo jeśli im coś się stanie, wszystkie konsekwencje przestaną mieć jakiekolwiek znaczenie.

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz