Dona coś powinnam mieć na ból. W porządku… W takim razie, gdy tylko słońce zajdzie, pójdę po tabletki i jedzenie dla mojego partnera oraz kociaka.
- W porządku. Skoro Dona może coś mieć, przyniosę ci leki, gdy tylko zajdzie słońce — Odparłem, unosząc się do siadu i przeciągając leniwie zesztywniałe mięśnie.
- Nie trzeba. Nic mi nie będzie - Stwierdził z bladym uśmiechem, który zupełnie nie pasował do jego zmęczonych oczu.
Wyglądał naprawdę źle. Skórę miał ziemistą, pod oczami zarysowały się cienie, a oddech był zbyt płytki, zbyt nierówny. A jednak uparcie odmawiał pomocy. Może to i lepiej przynajmniej nie będzie pajacował ani próbował udowadniać, że jest silniejszy, niż w rzeczywistości był. To zdecydowanie ułatwiało sprawę.
- Jeśli taka jest twoja decyzja, nie będę cię do niczego namawiał - Powiedziałem spokojnie, zsuwając nogi z łóżka. Miałem już dość leżenia. Przy nim naprawdę się rozleniwiłem. To aż niewiarygodne, jak zwykły człowiek potrafi zmienić nawet wampira.
Przez chwilę stałem w milczeniu, wsłuchując się w jego oddech. W pokoju panował półmrok, ciężki i duszny, przesiąknięty zapachem zmęczenia i kociej sierści. Z zewnątrz dochodził ostatni blask zachodzącego słońca, dla niego zwyczajny koniec dnia, dla mnie dopiero początek.
Spojrzałem na niego raz jeszcze. Niby twierdził, że nic mu nie jest, ale jego dłonie drżały lekko na kołdrze. Westchnąłem cicho. Nie zamierzałem go namawiać… ale to nie znaczyło, że go posłucham.
Gdy tylko słońce zniknie za horyzontem, i tak przyniosę leki.
- Wyglądasz naprawdę okropnie - Stwierdziłem bez cienia skrępowania, nie próbując nawet złagodzić brzmienia tych słów.
Uniósł brwi, po czym teatralnie przewrócił oczami.
- Ach, dziękuję ci za tę bezcenną szczerość. Gdyby nie ty, pewnie do końca dnia żyłbym w błogiej nieświadomości, że wyglądam cudownie - Mruknął z wyraźną ironią.
Uśmiechnąłem się pod nosem, z tą charakterystyczną, zaczepną satysfakcją.
- Nie ma za co. Wiesz przecież, że zawsze mówię prawdę. Nawet jeśli bywa bolesna. - Zrobiłem krok w jego stronę. Dzieląca nas odległość stopniała do kilku centymetrów. W jego spojrzeniu wciąż czaiła się udawana uraza, ale kąciki ust zdradzały coś zupełnie innego.
Nachyliłem się powoli, jakbym dawał mu czas na protest, którego i tak się nie spodziewałem. Moje palce musnęły jego policzek, a potem bez wahania przyciągnąłem go bliżej i złożyłem na jego miękkich ustach krótki, zadziorny pocałunek.
- Okropnie przystojnie - Dodałem szeptem tuż przy jego wargach.
Na te słowa zaśmiał się cicho, ale śmiech szybko urwał się w pół dźwięku. Odruchowo przyłożył dłoń do rany, jakby nagły ruch niepotrzebnie ją nadwyrężył.
- No oczywiście. Okropnie przystojny. Zwłaszcza teraz, kiedy wyglądam… tak jak wyglądam - Westchnął ciężko i opadł ostrożnie na łóżko, starając się nie poruszać zbyt gwałtownie.
Podszedłem bliżej, a mój uśmiech złagodniał.
- Dla mnie zawsze będziesz przystojny. Bez względu na to, jak będziesz wyglądał - O
Powiedziałem spokojnie, przeciągając się lekko i siadając na brzegu łóżka. - Najważniejsze, żebyś był zdrowy. Reszta naprawdę mnie nie interesuje. - Przez chwilę przyglądałem mu się w milczeniu, w którym nie było już żartu, tylko szczera troska. - Mam nadzieję, że wytrzymasz jeszcze tę godzinę - Dodałem ciszej. - Wcześniej nie dam rady nic wam przynieść. Ale jak tylko będę mógł, wszystko wam przyniosę. - Delikatnie odgarnąłem mu włosy z czoła, uważając, by nie sprawić mu bólu. - Spróbuj się nie ruszać. Nawet jeśli twoje ego bardzo cierpi - Mruknąłem z cieniem uśmiechu, chcąc rozładować napięcie.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz