W końcu, powoli, przez ciemność, w której byłem zanurzony, docierały do mnie bodźce. Przede wszystkim ból, moje podbrzusze i plecy promieniowały bólem, przez który miałem ochotę krzyczeć, ale moje gardło, usta, były strasznie suche, jakbym nie pił wieki. Otworzyłem niemrawo oczy i zaraz je zamknąłem. Słońce wpadające do pomieszczenia było trochę zbyt jaskrawe. Po chwili podjąłem jeszcze jedną próbę, mocno je mrużąc. Był ranek, późny ranek. A kiedy ostatnim razem byłem przytomny... sam nie wiem. Pamiętam ból. Mnóstwo bólu. I krwi. I dzieci.
Dzieci.
Spojrzałem na dół, na mój brzuch, który był jakiś taki... mały. Płaski. Rozejrzałem się dookoła, szukając znaku jakiegokolwiek życia. Byłem sam. Ani śladu kotów, Haru, medyka, kołysek... Oblał mnie zimny pot. Kompletnie nie pamiętałem, czy krzyczały. A jak tego nie pamiętałem, bo to się nie wydarzyło? Musiałem teraz pogadać z kimś... Z kimkolwiek. Musiałem się dowiedzieć, co się stało z moimi dziećmi.
Podniosłem się z łóżka bardzo szybko, chcąc skierować się od razu do drzwi. Moje nogi były jednak jakby takie zrobione z waty i zaraz się krzyknąłem cicho z bólu. Jakbym w brzuchu miał jakieś odłamki szkła... To tak powinno być? Podpierając się o łóżko powoli próbowałem jakoś się podnieść, co nie było takie proste. Moje ręce, całe ciało się trzęsło. Byłem strasznie słaby, co odczułem właśnie w tej chwili.
Po krótkim czasie usłyszałem czyjeś kroki na korytarzu i niedługo po tym do pokoju wpadł Haru.
– Obudziłeś się... już ci pomagam – usłyszałem jego głos pełen ulgi. – Wszystko w porządku? Spadłeś? Boli cię coś?
– Dzieci... co z nimi? – zignorowałem wszystkie jego pytania. To, jak ja się czułem, nie miało najmniejszego znaczenia.
– Wszystko z nimi w porządku. Były głodne, służba je nakarmiła, i jak czujesz się na siłach, mogę ci je przynieść – powiedział łagodnie, poprawiając moje włosy. – Chyba, że wolisz najpierw się czegoś napić, coś zjeść...
– Muszę je zobaczyć – zdecydowałem od razu. Może i mówił, że wszystko z nimi w porządku, ale musiałem je zobaczyć na własne oczy. Może nie brałbym ich na ręce, bo jeszcze zrobiłbym im krzywdę... ale musiałem je zobaczyć. Tylko wtedy będę spokojny.
– W porządku. Poczekaj na nas chwilę, nie ruszaj się z łóżka – poprosił i kiedy upewnił się, że siedzę pewnie, zniknął z pokoju. Nerwowo zagryzłem wargę... nic o nich nie wiem. Wiem tylko, że wszystko jest w porządku, ale nawet nie zapytałem, jakiej są płci. Albo jak je nazwał. Chociaż, czy beze mnie by nadał im imię? Owszem, mieliśmy wybrane, ale to w przypadku jednego dziecka. A jak urodziła się dwójka chłopców? Albo dwie dziewczynki? Musimy wtedy szybko wymyślić to drugie imię...
– Jesteśmy – usłyszałem w końcu głos mojego męża. Haru do mnie wrócił, niosąc na rękach dwójkę naszych dzieci. Jak on sobie z nimi daje radę...? Ja już wiem, że teraz nie dam rady z jednym z nich. – Chłopiec i dziewczynka. Pomimo tego, że urodzone przedwcześnie, medyk nie dostrzegł żadnych nieprawidłowości. Połóż się wygodnie, weźmiesz je w ramiona. Musisz to nadrobić.
– Co? Nie... Nie dam rady. Jeszcze je upuszczę. W twoich ramionach są bezpieczniejsze – powiedziałem, mimowolnie wyciągając głowę, by móc ujrzeć te drobne twarzyczki. Chciałem je przytulić do siebie, ale czułem, że to będzie dla nich zbyt niebezpieczne. W końcu, mógłbym je źle chwycić, albo upuścić, albo... sam nie wiem, na pewno coś by się znalazło.
<Piesku? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz