Widziałem, jak spojrzenie mojego gościa zostaje na Serathionie zbyt długo. Nie było to jednak spojrzenie podejrzliwe, a pełne pożądania. Z jednej strony, to dobrze. To nie Serathion jest obiektem jego polowań. Albo jest, tylko go nie rozpoznał... Tak czy siak, dobrze to wróży nam. Chociaż, mógłby tak intensywnie na niego nie patrzeć.
Odchrząknąłem i podszedłem do okna, by rozsunąć zasłony. Mój panie, jak ja dawno nie widziałem światła słonecznego. Nie tak bezpośrednio. Przedziwne uczucie. Jeszcze chwila i będę jak Serathion żył tylko nocą. I tak pewnie będzie wyglądało podczas podróży... ale do tego jeszcze chwila. Z każdym dniem coraz bliżej do tej daty, ale dalej wydaje się być jeszcze tak odległe i nierealne.
– Trochę nam przeszkodziłeś – mruknąłem niechętnie. Zdałem sobie sprawę, że dalej byłem jedynie w ręczniku... ale to też dobrze. Będę miał pretekst, by go wyprosić, i na powrót zakryć okna. – Co chcesz? – zapytałem, nie ukrywając swojej niechęci. W końcu, miałem mieć miły, spokojny dzień, a on mi się tu wparował z butami, kto miło by go przyjął?
– Potrzebuję pomocy. Jestem niemalże pewien, że ukrywa się tu groźny wampir, jeden z wyższych. I uznałem, że skoro mam tu kolegę łowcę, to pomoc takowego może wykorzystam. Zawsze to pójdzie szybciej – uśmiechnął się do mnie ładnie, miło. Co z tym człowiekiem było nie tak? Ktoś miły w tej branży? To aż nazbyt podejrzane. Albo po prostu był głupim młodzikiem, który jeszcze wierzy w to, że uda mu się zbawić cały świat. Trochę nawet urocze, że jeszcze istnieją tacy łowcy.
– Chciało ci się w zimę podróżować? – spytałem, unosząc jedną brew. Pieszo, w te mrozy... aż mi się zimno robi na samą myśl.
– Jak się nie ma wyjścia, to się podróżuje – odpowiedział lekko. – Możemy omówić warunki współpracy?
– Możemy, jeśli też przy okazji omówimy moje wynagrodzenie – powiedziałem, chcąc go do siebie zniechęcić. Niech stąd idzie, nie chcę z nim tu być.
– Cóż... rozumiem, życie do tanich nie należy. I pieniądze nie będą problemem, mój pracodawca jest bardzo hojny – odpowiedział. Nie spodobało mi się to. Zlecenie na Serathiona rozpoczynało się tak samo. Cóż, zobaczymy, co to takiego.
– Zatem spotkamy się na dole. Muszę się ubrać – rzuciłem, patrząc na niego wymownie. Jego spojrzenie od razu powędrowało na moją klatkę piersiową, a na jego policzkach pojawił się rumieniec. Ciekawe... raczej nie spotkałem się z tym, by to jakiś mężczyzna obdarzał mnie zainteresowaniem. Kobiety owszem, ale faceci? No, chyba że Serathion, ale z nim to w ogóle było coś zupełnie innego.
– Pewnie, rozumiem – odpowiedział, spuszczając wzrok, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jedyne, co mam na sobie, to ręcznik na biodrach. – Poczekam więc na dole.
Poczekałem spokojnie, jak James opuści pokój, a kiedy to już się wydarzyło, zakryłem okno i podszedłem do drzwi łazienki, pukając w nie i dając tym samym znać mojej Różyczce, że najwyższa pora wyjść. Było w końcu bezpiecznie.
– Słyszałeś? Musi mu chodzić o mnie – powiedział roztrzęsiony, kiedy tylko wyszedł.
– Nie poznał cię. Ani nie padło twoje imię. Dowiem się, o co chodzi, i najwyżej go wywiodę w pole – uspokoiłem go, tuląc go do siebie. Nim cokolwiek innego zrobię, w pierwszej chwili muszę go uspokoić.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz