Mimo że tak dobrze znałem te słowa wypowiadane z jego ust, za każdym razem moje serce reagowało tak samo. Przyspieszało, miękło, cieszyło się jak za pierwszym razem na dźwięk jego głosu.
- Też cię kocham - Wyszeptałem, czując, jak powoli odpływam do krainy snów, gdzie nikt ani nic nie było w stanie mnie zranić.
***
Na chwilę przebudziłem się, gdy Sorey położył się obok mnie, materac lekko ugiął się pod jego ciężarem. Przyciągnął mnie bliżej, jakby nawet przez sen nie potrafił znieść najmniejszego dystansu między nami, i złożył delikatny pocałunek na moim czole.
- Obudziłem cię? Przepraszam, nie chciałem - Wyszeptał cicho, poprawiając kołdrę, którą niechcący zsunął.
- Nic się nie stało - Mruknąłem sennie, wtulając się mocniej w jego ciepłe ciało. - Dobranoc… - Szepnąłem, zmęczony głosem.
- Dobranoc - Odpowiedział równie cicho.
I tyle pamiętałem, nim znów odpłynąłem.
***
Obudziłem się wczesnym rankiem. Światło dopiero zaczynało wślizgiwać się przez zasłony. Mój mąż jeszcze spał, jego oddech był równy i spokojny. Wiedząc, jak ma delikatny sen, próbowałem ostrożnie wysunąć się z jego objęć, chcąc pozwolić mu jeszcze chwilę odpocząć.
- Gdzie idziesz? - Usłyszałem zaspany, lekko zachrypnięty głos. Jego dłonie zacisnęły się mocniej na mojej talii.
- Chciałem wstać - Przyznałem cicho, choć w praktyce nie miałem najmniejszych szans się poruszyć. Trzymał mnie stanowczo, jakby bał się, że zniknę.
- Daj spokój. Dzieci jeszcze śpią. Jest wcześnie, nie ma powodu, żeby już wstawać - Mruknął, a jego dłoń powoli wsunęła się pod materiał mojej koszulki.
Zadrżałem, gdy jego palce zaczęły leniwie sunąć po mojej skórze, drażniąc wrażliwe miejsce na piersi.
- Sorey… - Wyszeptałem ostrzegawczo, zagryzając wargę, starając się nie wydać z siebie żadnego głośniejszego dźwięku.
- Tak mam na imię, owieczko - Odpowiedział cicho z rozbawieniem, muskając ustami mój płatek ucha.
- Nie rób… - Wydusiłem, choć moje ciało reagowało zupełnie inaczej niż słowa.
Jego dłonie poruszały się pewnie, jakby doskonale wiedziały, jak wywołać we mnie dreszcze. Każdy dotyk był powolny, celowy, aż oddech zaczął mi się rwać.
Sorey uśmiechnął się zadziornie i jeszcze przez chwilę przeciągał tę słodką torturę… po czym nagle odsunął się, zostawiając mnie rozpalonego i zdezorientowanego.
- Masz rację. Pora wstać - Stwierdził niewinnie, podnosząc się z łóżka.
- Jesteś okrutny - Mruknąłem, siadając i przeczesując dłonią włosy.
- Wiem. W końcu jestem demonem - Zaśmiał się cicho, składając krótki pocałunek na moim czole. - Za dwa dni, gdy dzieci pójdą do szkoły… dobrze się tobą zajmę. - W jego głosie brzmiała obietnica.
Westchnąłem ciężko i opadłem z powrotem na poduszkę. Musiałem się uspokoić. Kilka głębokich wdechów, powolnych wydechów… przekonać ciało, że to jeszcze nie ten moment.
A on doskonale wiedział, co robi.
Gdy Sorey zniknął w łazience, a drzwi zamknęły się za nim cicho, podniosłem się z łóżka. Przeciągnąłem się powoli, czując, jak mięśnie przyjemnie się napinają, starając się jednocześnie nie skupiać na cieple które wciąż pulsowało w podbrzuszu.
Nie zamierzałem jednak tak tego zostawić.
Podążyłem za nim do łazienki. Oparłem się przez chwilę o framugę drzwi, obserwując, jak pochyla się nad umywalką. Krople wody spływały po jego twarzy, włosy miał jeszcze lekko potargane snem. Wyglądał spokojnie.
Podszedłem bliżej. Stanąłem tuż za nim i bez słowa wsunąłem dłoń pod materiał jego spodni, drażniąc go bezczelnie, dokładnie tak, jak on przed chwilą drażnił mnie w łóżku. Moje palce poruszały się pewnie, niespiesznie, jakbym testował jego cierpliwość, w końcu i on zrobił mi to samo, a ja tylko się mu odwdzięczam.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz