poniedziałek, 9 lutego 2026

Od Soreya CD Mikleo

 Było dzisiaj dziwnie. Bardzo niecodziennie, dawno nie miałem przed sobą takiego dnia. Czasem czułem się trochę nie na miejscu, było zbyt cukierkowo jak dla mnie. Chciałem zniknąć, gdzieś wyjść, nie przeszkadzać im w tej chwili, ale nie miałem za bardzo takiej możliwości. Mikleo bacznie mnie obserwował, nie pozwoliłby mi nigdzie iść, tak więc musiałem siedzieć, uśmiechać się i jeść co nieco. A samo jedzenie to też było swoją drogą przedziwne. Dawno nie jadłem takiego zwykłego jedzenia, co najwyżej piłem alkohol, ale to coś zupełnie innego. 
– Dziwnie jest – przyznałem, opierając się wygodniej o krzesło. Dobrze, że nie posłuchałem dzieciaków i zdecydowałem się na kupienie im jakichś prezentów. W końcu, jakby wyglądała ta chwila? Byłyby zawiedzione, a ja czułbym się głupio, bo jako jedyny otrzymałbym górę prezentów. 
– Tak to jest, jak się odzwyczaisz od spędzania czasu z najbliższymi dla siebie ludźmi – odpowiedział, uśmiechając się do mnie delikatnie. – Spedzałbyś z nami więcej czasu. Dzieciaki tego potrzebują. 
– To się okaże. Mam nadzieję, że bardzo nie naruszyłem ich aury – powiedziałem zmartwiony. Dużo czasu z nimi spędziłem, i spędzę jeszcze więcej. Martwiło mnie to. 
– Na pewno nie. Dzieciaki są silne. Mają w końcu nasze geny – powiedział, uspokajając mnie. Zbyt kochany. Zbyt miły. Nie zasługiwałem na tak Mike słowa. – Może się napijemy? Chyba mamy jeszcze jakieś wino – zaproponował, uśmiechając się do mnie znacząco. 
– Alkohol? W święta? Nie poznaję cię – zapytałem, mocno zaskoczony jego propozycją. No tego ja się po moim aniołku nie spodziewałem. 
– Cóż, jeden kieliszek jeszcze nikomu krzywdy nie zrobił – uśmiechnął się lekko, podnosząc się z krzesła. – Zaraz wrócę – dodał, kierując się do piwnicy. Czy my coś jeszcze w zapasach mamy...? Wydaje mi się, że coś jednak zawsze coś tam powinno być. Dawno już żeśmy nic razem nie pili, i nie wiem, czy ten dzień jest na to dobry. Ale skoro Miki ma ochotę, możemy się napić. On odpłynie wcześniej, dzieciaki pewnie też pójdą spać, a ja tutaj posprzątam. 
Czekając na Mikleo przyniosłem nam kieliszki i obserwowałem z daleka, jak dzieci oglądają prezenty. Tak, to był bardzo dobry pomysł, by coś im kupić. Moja obecność to tu dla nich za mało, a powiedziały tak, by mi przykro nie było. Na pewno tylko o to chodziło. 
– Jestem – usłyszałem słodziutki głos mojego męża. – Ostatnia butelka. Następnym razem znów musisz coś kupić. Chociaż, nie rozumiem, czemu nie weźmiesz całej skrzynki na zapas – dodał, stawiając przede mną butelkę, bym ją otworzył. 
– Jak to dlaczego? Jak ostatnim razem mieliśmy tak duży zapas, to zniknęło w jeden dzień, nie pamiętasz? – powiedziałem cicho, uśmiechając się do niego znacząco. Doskonale pamiętałem tamten wieczór, jego śliczne przekleństwo i później odchorowywanie tego całego wypitego alkoholu. To ostatnie było najmniej przyjemną częścią, no ale ktoś to po nim sprzątać musiał. Nie miałbym serca zostawić go z tym całym bałaganem samego, i to jeszcze w tak tragicznym stanie. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz