sobota, 7 lutego 2026

Od Daisuke CD Haru

 Było mi tak zwyczajnie w świecie po ludzku przykro. Przez większość swojeto życia moje urodziny kojarzyły mi się raczej z przykrym obowiązkiem wydania przyjęcia, udania się na niego, zabawiania gości, dbanie o każdy detal. Dopiero zeszłoroczne urodziny były takie, jakie chciałem... no, prawie. Byłyby idealne, gdyby ktoś się nie przypałętał. Haru jednak o nich pamiętał, przygotował mi tort, czego się nie spodziewałem, i było miło. A tego roku też liczyłem na niespodziankę. Nie musiała być droga, po co mi drogie rzeczy, skoro mam wszystko? Wystarczyłaby jakaś pierdółka. Własnoręcznie zrobione ciasto. Może kwiaty. A już na pewno wyszeptanie mi do ucha wszystkiego najlepszego na początek dnia. Wiem, że jest zapominalski i nawet muszę pamiętać za niego o pełni... ale liczyłem, że chociaż tę drobnostkę sobie do głowy wbił. 
Czekałem cierpliwie na mojego męża zastanawiając się nad tym, czy w ogóle do mnie dzisiaj wróci. I czy może nie przesadziłem. Może go nie powinienem wysyłać...? Przecież mógł tu być ze mną. Zrobić mi tort. Nie, bo zaraz zjadłbym cały, a ja już i tak wyglądam jak ogromna beczka. Ale może jakąś babeczkę...? Albo raczej babeczki, przecież jedną babeczkę ciężko zrobić. Sam nie wiem, co byłoby bardziej kaloryczne, jeden tort czy kilka babeczek. 
Usłyszałem w pewnym momencie otwierające się drzwi. Haru...? Chyba tak. Gdyby to był ktoś ze służby, albo w ogóle ktokolwiek inny, wpierw by zapukał. Trochę mu to zeszło. Niepotrzebnie kazałem mu coś z tym zrobić. W końcu, mógł być przez ten czas ze mną. Ale nie mogę mieć do niego o to pretensji. To moja wina. Mnóstwo rzeczy jest moją winą. I... i nie panuję nad tym. Sam czasem nie wiem, co mi jest. Przeraża mnie to, ale nic nie mogę zrobić. To wszystko jest silniejsze ode mnie. 
– Jestem. Ja... kupiłem ci małą rekompensatę. Wiem, że to niewiele, i nic ci tego nie wynagrodzi, ale może chociaż nieco poprawi humor – usłyszałem jego łagodny, pełen wyrzutów głos. 
Cicho westchnąłem, a następnie powoli przekręciłem się na drugi bok. To nie było takie proste. Z tym brzuchem musiałem zastanawiać się nad każdym krokiem. Chciałbym, żeby już zniknął. Żeby dzieci już przyszły na świat... Ale co mi to da? Dopóki będę je musiał karmić, będę musiał być kobietą. A jak dzieci nie rozpoznają mnie jak mężczyzny? Czy to znaczy, że będę musiał wrócić do bycia kobietą, dopóki nie będą bardziej świadome, by im to wytłumaczyć? Przecież... ja się załamię. Już teraz mam dosyć. – Proszę skarbie. Wszystkiego najlepszego. A jeśli będziesz chciał, później ci upiekę tort, czy jakieś inne słodkości... co tylko sobie wymarzysz – powiedział, podając mi małe pudełeczko oraz bukiet róż. I szczerze, bardziej niż tym pudełeczko zaintrygował mnie bukiet. 
– Róże? Skąd w tę porę roku udało ci się wytrząsnąć róże? – spytałem, biorąc bukiet do rąk. Przecież on musiał kosztować fortunę... 

<Piesku? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz