Szczerze mówiąc, prezent od mojego męża naprawdę mnie poruszył. Orchidea to przecież nie jest zwykły kwiat. Nie rośnie byle gdzie, nie jest dostępna na każdym kroku, jest delikatna, wyjątkowa, trochę wymagająca. I właśnie dlatego tak bardzo ucieszyło mnie, że podarował mi coś tak pięknego. To nie był przypadkowy wybór. To był prezent z myślą, z uczuciem.
Zawsze kochałem kwiaty, więc wiedziałem, że to coś, czym nigdy nie pogardzę. I choć wiem, że wielu uważa, że mężczyzna nie powinien zachwycać się kwiatami, że to niemęskie, że powinien cieszyć się z zupełnie innych rzeczy, ja nigdy się w to nie wpisywałem. Zawsze byłem inny. Zakochałem się w mężczyźnie. Mój charakter, moje zachowanie, nawet mój wygląd częściej przypominały ten kobiecy. Może ktoś powiedziałby, że coś było ze mną nie tak… ale kiedy miałem u swojego boku osobę, która mnie kochała i akceptowała takim, jakim jestem, to wszystko przestawało mieć znaczenie.
- Jest naprawdę piękna - Przyznałem szczerze, a uśmiech, który pojawił się na mojej twarzy, nie był ani udawany, ani wymuszony. To nie był żart. Po prostu kochałem kwiaty i nigdy tego nie ukrywałem.
Dzieciaki, tak jak ja, z zachwytem podziwiały delikatne płatki orchidei. Wiedziałem, że będę musiał nauczyć się ją pielęgnować, takiego okazu jeszcze nigdy nie miałem. Oczywiście byłem świadomy, że nie wolno jej zbyt często podlewać i że nie powinna stać w pełnym słońcu. Reszta jednak pozostawała dla mnie tajemnicą. Na szczęście zawsze trochę znałem się na roślinach, więc wierzyłem, że dam sobie radę. Ta orchidea stała się dla mnie czymś więcej niż tylko kwiatem, była symbolem troski i miłości.
Sorey uśmiechnął się do mnie ciepło, nie kryjąc zadowolenia z prezentu, który dla mnie wybrał. W jego spojrzeniu było coś, co mówiło więcej niż słowa, jakby chciał powiedzieć. Wiem, kim jesteś. I właśnie za to cię kocham.
I nagle święta stały się jeszcze piękniejsze. Oczywiście od początku były pełne ciepła i radości, ale te prezenty, nie tyle same w sobie, co uczucia, które za nimi stały, sprawiły, że uśmiech sam pojawiał się na ustach. Dom wypełnił się spokojem, śmiechem dzieci i zapachem świątecznych potraw, a pośród tego wszystkiego stała ona, orchidea. Delikatna, wyjątkowa. Tak jak chwila, którą właśnie przeżywałem.
Reszta świąt upłynęła już spokojnie. Bez stresu, bez pośpiechu, bez nerwów. Czas jakby zwolnił, pozwalając nam po prostu być razem. Dzieci zajęły się swoimi prezentami, oglądając je z każdej strony, a kiedy najadły się do syta, odeszły od stołu i znikały w swoich pokojach, zamykając za sobą drzwi z cichym trzaskiem. Zostawili nas samych, przy kieliszkach wina, które wciąż powoli sączyliśmy.
W domu zapanowała cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara. W powietrzu unosił się zapach potraw i igieł choinki.
Z łagodnym uśmiechem. Spojrzałem na męża.
- Bardzo się cieszę, że spędziłeś z nami Wigilię. To wyjątkowy dzień, który powinno świętować się razem. Nawet dzieci były szczęśliwsze, kiedy byłeś z nami. Jestem pewien, że gdyby cię nie było, te święta nie wyglądałyby tak samo. - Nachyliłem się i złożyłem na jego policzku delikatny pocałunek. Uśmiechnąłem się łagodnie, z wdzięcznością, ale i z cichą świadomością, że wiem, jak wiele go to kosztowało. Może nie do końca chciał, może miał inne plany, może wolał spędzić ten czas inaczej. A jednak był tu. Z nami. I to wystarczyło.
Przy nim wszystko było łatwiejsze.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz