środa, 20 maja 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Słysząc jego słowa oczami wyobraźni już widziałem, jak Serathion cały nasz pobyt tam spędza w namiocie. Byłby przeszczęśliwy, a mi to nie robiło żadnej różnicy. Póki byłoby ciepło, mógłbym spędzić ten czas pod namiotem. 
– A czemu nie? Gdyby było ciepło... co to byłby za problem? – powiedziałem poważnym tonem, chociaż w rzeczywistości sobie żartowałem. On by się prędzej za przeproszeniem zesrał niż ze mną spędził tak długi czas w namiocie. Wyraźnie dał mi znać, że on sobie tego nie wyobraża. 
– No chyba cię pogrzało. Gdzie ja się wykąpię bez mojego olejku? Skąd wino wezmę? A jak będę sobie chciał nagi pochodzić to co? Mam się przejść nago po plaży? – tak się oburzył, że nawet koń potrząsnął łbem, cicho rżąc. 
– Domyślam się, że nie byłbyś zachwycony – zaśmiałem się cicho. – Jeszcze nie wiem. Wiesz, nie musimy się zatrzymywać w jednym mieście, możemy podróżować wybrzeżem. Jest tam kilka miejscowości, możliwości trochę mamy. 
– Oj nie, po tak długiej podróży chcę gdzieś na chwilę odsapnąć – odparł, przez co musiałem się zastanowić chwilę. 
– Rozumiem... cóż, zawsze możemy wynająć pokój na miesiąc. Ewentualnie jakąś chatkę by udało się wynająć...? Ale na to pewnie będą potrzebne pieniądze. Dużo pieniędzy. Wiele zależeć będzie od tego, ile uda mi się pieniędzy zebrać – odpowiedziałem już tym razem nieco bardziej poważnie. Tak właściwie, wielkiego planu na pobyt nad morzem nie miałem. Było na to za wcześnie. Jak będziemy bliżej, będę wiedzieć więcej... 
– Wiesz, że zawsze mogę się uśmiechnąć i albo zdobyć więcej pieniędzy, albo zniżkę uzyskać... – zaproponował, ale pokręciłem głową. Nie chciałem iść na łatwiznę aż tak. To byłoby po prostu złe. Wiem, że świat ogólnie jest zły, ale nie daje mi to przyzwolenia, by tak samo źle się zachowywać. W ten sposób nic się nie zmieni. 
– Myślę, że obejdzie się bez tego – odpowiedziałem, co Serathion skomentował głośnym, pełnym frustracji westchnieniem. 
– Dzięki temu moglibyśmy mieć wszystko. Niepotrzebnie się przed tym wzbraniasz – mruknął, pusząc swoje policzki. 
– I czujesz satysfakcję, kiedy dostajesz wszystkiego czego chcesz jedynie wachlując rzęsami? 
– Tak, zwłaszcza, kiedy mogę wejść do balii wypełnionej pachnącą wodą – odparł bez wahania. No tak, jak wszystko do tej pory dostawał, bo ładnie się uśmiechnął, to dalej chce zachować ten prestiż. Ja chcę tylko przeżyć, i może odrobinkę chociaż ten świat naprawić. To diametralna różnica pomiędzy nami. 
– Jakby się miało wszystko na wyciągnięcie ręki, życie straciłoby sens. Nie byłoby do czego dążyć. Nie byłoby marzeń, planów. Byłoby łatwiej, owszem, ale szybko wszystko by cię nudziło – skwitowałem, rozglądając się dookoła. Jak dobrze, że po zmierzchu mało kto podróżował. Jakoś nie miałem szczególnej ochoty na spotkanie nowych ludzi, nawet jeśli miałbym ich po prostu mijać. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Westchnąłem cicho, gdy jego słowa w końcu do mnie dotarły. Oczywiście miał rację, wszystko było lepsze od głodówki, a kawałek suchego mięsa chociaż na chwilę potrafił uciszyć pustkę w żołądku. Mimo to nie potrafiłem pozbyć się myśli, że powinniśmy zatrzymać się wcześniej, pozwolić mu odpocząć i zjeść porządną kolację. Dla niego bez wahania upolowałbym dzika, jelenia, sarnę, nawet zająca, jeśli tylko tyle udałoby mi się znaleźć.
- Może kiedyś chodziłeś głodny, ale od dziś już nie musisz. Dopóki jestem obok, zadbam o to, żebyś zawsze miał co jeść… przynajmniej na tyle, na ile potrafię - Wyjaśniłem spokojnie.
Nie mogłem dać mu wykwintnych dań ani stołu uginającego się od jedzenia. Nie mieliśmy pieniędzy, a los odkąd jestem z nim nigdy szczególnie nam nie sprzyjał. Mogłem jednak zdobyć dla niego mięso własnymi rękami, upolować coś, co później sam mógłby przygotować. A może kiedyś wszystko się odmieni. Może nadejdzie dzień, w którym nie będzie już musiał liczyć każdego kawałka chleba.
- Myślę, że dam sobie radę. Dziś, a nawet jutro do wieczora mogę obyć się bez porządnego jedzenia. Naprawdę, suche mięso mi wystarczy. I nie musisz się o mnie aż tak martwić - Zapewnił mnie łagodnie.
Potem pochylił się i musnął ustami mój policzek, jakby chciał uciszyć wszystkie dalsze protesty, zanim jeszcze zdążą paść. Zaraz potem zaczął pakować nasze rzeczy i przygotowywać konia do drogi.
Chciałem jeszcze coś powiedzieć, zatrzymać go choć na chwilę i wrócić do tej rozmowy, ale on uciął temat definitywnie. Nie pozostawił mi miejsca na sprzeciw.
Pomógł mi wsiąść na konia, a chwilę później sam usiadł za mną. Gdy tylko chwycił lejce, lekko popędził wierzchowca i ruszyliśmy dalej przed siebie. Miałem wrażenie, że zrobił to specjalnie, jakby droga i ruch mogły skutecznie zagłuszyć niewygodne słowa.
A co właściwie mogłem zrobić? Nic. Zupełnie nic.
Milczałem więc, czując, że właśnie tego ode mnie oczekiwał. Kłótnia nie miała sensu. Zwłaszcza rozmowa o czymś, o czym on najwyraźniej rozmawiać nie chciał.
Oczywiście nie było możliwości, żebym przez całą drogę nie odezwał się ani słowem. To byłoby do mnie kompletnie niepodobne. Ja po prostu musiałem mówić, albo robić cokolwiek innego, byle tylko nie umrzeć z nudów.
I owszem, mogłem przybrać mniej ludzką formę i lecieć obok konia. Wtedy przynajmniej coś by się wokół mnie działo, wiatr szarpałby skrzydła, a ruch pozwoliłby zająć myśli czymś innym niż ciszą. Jednak nawet to wydawało mi się zbyt nudne. W takiej postaci nie mógłbym swobodnie rozmawiać, a już wystarczająco męczyło mnie milczenie wtedy, gdy on przesypiał całe dnie.
Dlatego westchnąłem przeciągle i oparłem głowę o jego ramię, przez chwilę wsłuchując się jedynie w miarowy stukot końskich kopyt. Cisza ciągnęła się między nami zdecydowanie zbyt długo.
- Wiesz, że jeśli jeszcze chwilę będziemy jechali w kompletnej ciszy, to chyba naprawdę oszaleję? - Mruknąłem w końcu z lekkim rozbawieniem. - Możesz udawać, że temat jedzenia nie istnieje, ale nie licz na to, że nagle stanę się cichy i spokojny. To akurat nigdy ci się nie uda. - Uniósł tylko lekko głowę, a ja miałem dziwne wrażenie, że mimo wszystko ledwo powstrzymywał uśmiech.
- A o czym chcesz porozmawiać? - Zapytał, jak zwykle chcąc abym to ja zaczą jakiś temat..
- Sam nie wiem, chyba nie ma większego znaczenia jaki temat byśmy poruszyli. Chciałbym po prostu aby między nami nie było cicho, chciałbym już zobaczyć może tylko wiesz, zastanawiam się gdzie będziemy tam mieszkać, nie chcę całej przygody nad morzem spędzić w namiocie - Stwierdziłem mówiąc szczerze to co myślę.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Zasnąłem niemalże od razu, trochę zmęczony dzisiejszym dniem. Trochę się dzisiaj w końcu działo, w końcu dwadzieścia cztery godziny temu jeszcze byliśmy w gospodzie, a teraz już jesteśmy bliżej miasta. Pokonaliśmy niemały kawałek, a jeszcze później musiałem się zająć rozłożeniem obozowiska, zwierzakami, i rzeczami Serathiona. Trochę tego było, chyba troszkę miałem prawo być zmęczony. 
Nie obudziłem się sam. Poczułem, że Serathion się rusza, więc i ja otworzyłem oczy. Zauważyłem, jak moja Różyczka wypuszcza nażartego Futerko na zewnątrz. Chociaż on jeden był szczęśliwy... Jak na tak małego kota, sporo tego zająca opierdzielił. Skąd on miał na to wszystko miejsce, nie mam pojęcia. Oby tylko po nim się nie pochorował. 
– Wybacz. Nie chciałem się budzić – odpowiedział Serathion, kiedy zauważył, że już nie śpię. 
– Nic się nie stało – odpowiedziałem, przeciągając się leniwie. Zerknąłem też przy okazji na swoje dłonie, na szczęście palców sobie nie odmroziłem, były już normalnego koloru. Jak strasznie mnie one bolały, kiedy musiałem je wkładać do tej lodowatej wody. Mam nadzieję, że przez długi czas nie będę musiał tego powtarzać. – Już jest zmierzch? 
– Tak. Ale jak jeszcze potrzebujesz się zdrzemnąć... – zaproponował, na co pokręciłem głową i powoli wygramoliłem się z namiotu. Pakując wszystko zdałem sobie sprawę, że jednak brakowało mi tego ciepłego posiłku i byłem głodny. Nie zamierzałem jednak prosić go o upolowanie czegoś. Teraz musieliśmy ruszać. – Na pewno nie chcesz odpocząć? 
– Jak ktoś tu odpoczywać powinien, to ty, bo to ty zostałeś zaatakowany – odpowiedziałem, zerkając na niego z uwagą. Czy krew, którą ostatnio wypił, mu wystarczyła? Nad rankiem znów powinienem go nakarmić, a może nawet wcześniej, zanim wyruszy na polowanie. Bo jeżeli znów go coś zaatakuje, lepiej, by mógł się szybko regenerować. 
– Ze mną wszystko w porządku – potwierdził, zerkając na mnie z uwagą, jakby starał się ze mnie coś wyczytać. Zaraz po tym jednak zaczął mi pomagać z pakowaniem się, dzięki czemu całkiem szybko już byliśmy gotowi do drogi. 
– Ale ty gruby jesteś – powiedziałem do Futerko, kiedy go sadzałem na przodzie siodła tak, by Serathion mógł go trzymać. Chociaż w sumie, po tym zającu to się nie powinienem dziwić. 
– Dużo zjadł tego zająca? – spytał Serathion, drapiąc go za uszkiem. 
– Cóż... wszystko, co najlepsze. Ale faktycznie, trochę sobie pojadł – odpowiedziałem, zasiadając za nim i kierując konia w stronę gościńca. Według moich wyliczeń, jutro jakoś w środku nocy powinniśmy dotrzeć do miasta. 
– Powinniśmy dzisiaj wcześniej się zatrzymać, byś mógł coś sobie do jedzenia przygotować. Słyszę, że jesteś głodny – moja Różyczka mi nie odpuszczała, oczywiście. Nie byłby sobą, gdyby mi odpuścił. 
– Niejednokrotnie byłem znacznie bardziej głodny. Przetrwam kilka godzin jedynie na ususzonym mięsie. To nawet bardziej zapycha niż takie świeże mięso – uspokoiłem go, nie mając problemu z tym jedzeniem, a może raczej niejedzeniem. Było gorzej w moim życiu, zdecydowanie. To... to to jest pikuś. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Siedząc w namiocie, uważnie obejrzałem swoje ciało, chcąc upewnić się, że nie odniosłem żadnych poważniejszych obrażeń. Na szczęście nie wyglądało to źle. Wypiłem wystarczająco dużo krwi mojego partnera poprzedniego dnia, dzięki czemu rany goiły się szybciej, a siły stopniowo wracały do mojego ciała.
Powoli przesuwałem spojrzeniem po skórze znaczonej zaschniętą krwią i śladami walki. Dopiero wtedy zerknąłem na Eliana, który właśnie wszedł do namiotu z miską wody i ścierką. Ostrożnie odsunął materiał wejścia, pilnując, by ani jeden promień słońca nie przedostał się do środka.
- Wszystko w porządku? - Zapytał cicho, obserwując mnie uważnie, gdy zacząłem zmywać z siebie krew, własną i wilkołaka.
- Tak, spokojnie. Jestem cały - Zapewniłem go, posyłając mu delikatny uśmiech.
Wilgotna ścierka przyniosła ulgę lodowatej skórze, a ciepła woda stopniowo usuwała lepki ślad minionej nocy.
- A ty nie miałeś przypadkiem zająć się zającem? - Spytałem po chwili, marszcząc lekko brwi. Dopiero teraz dotarło do mnie, że zamiast pilnować zwierzyny, siedział tutaj ze mną.
Elian westchnął z rozbawieniem.
- Futerko dobrał się do niego pierwszy - Odparł. - A szczerze mówiąc, nie mam wielkiej ochoty zjadać czegoś, co wcześniej przeżuł kot. - Na widok mojego zmartwionego spojrzenia uśmiechnął się łagodnie. Usiadł bliżej i delikatnie położył dłoń na moim policzku. - Nie martw się, Różyczko - Powiedział miękko. - Poradzę sobie. Mam jeszcze trochę suchego mięsa… a poza tym nie jestem głodny. - Przyglądał mi się uważnie, jakby szukał oznak bólu, którego sam nie chciałem pokazać. - Zaraz wrócę - Dodał po chwili.
Ostrożnie opuścił namiot, dbając o to, by nie odsłonić wejścia zbyt szeroko. Słońce było dla mnie zbyt niebezpieczne, a on zdawał się pamiętać o tym lepiej niż ja sam.
Westchnąłem cicho i wróciłem do obmywania ciała. Woda szybko przybrała różowawy odcień, a wraz z kolejnymi śladami krwi znikało też nieprzyjemne uczucie ciężaru po walce. Gdy skończyłem, sięgnąłem po czystą koszulę. Materiał przyjemnie otulił skórę i niemal od razu poczułem się bardziej sobą, mniej jak ofiara nocnego starcia, a bardziej ktoś, kto zdołał je przetrwać.
- Elian, możesz zabrać wodę - Zawołałem, odsuwając się pod ścianę namiotu, by mógł bezpiecznie wejść i zabrać miskę.
Przez krótką chwilę wsłuchiwałem się w odgłos jego kroków za płótnem, czekając na powrót, który z niewiadomego powodu dawał mi więcej spokoju, niż chciałem przed sobą przyznać.
Mój partner zabrał miskę z wodą, a potem zniknął gdzieś na zewnątrz. Minęło niemal pół godziny, może więcej, zanim ponownie usłyszałem jego kroki przy namiocie. Sam nie wiedziałem, co tak długo robił. Przecież powinien odpoczywać po nocy, zamiast kręcić się gdzieś poza moim zasięgiem i zajmować kolejnymi obowiązkami.
Materiał namiotu poruszył się lekko, gdy Elian wszedł do środka, ostrożnie zasłaniając za sobą wejście.
- Już jestem - Odezwał się spokojnie.
Spojrzałem na niego i dopiero wtedy zauważyłem, co trzymał w dłoniach. Mój płaszcz.
Podał mi go ostrożnie. Rozdarcia zostały zszyte tak starannie, jak tylko było to możliwe. Szwy wciąż były widoczne, ale materiał wyglądał znacznie lepiej niż wcześniej.
- Mogłeś zrobić to później. Teraz powinieneś odpoczywać. - Elian jedynie wzruszył lekko ramionami, jakby nie widział w tym nic szczególnego.
- Mogłem. Ale wolałem zrobić to teraz. - Oczywiście, że tak uważał. Zawsze znajdował coś ważniejszego od własnego odpoczynku, a najwyraźniej dziś tym najważniejszym był mój płaszcz.
Elian usiadł na kocu i bez większego wysiłku przyciągnął mnie do siebie, tak blisko, jak tylko było to możliwe. Jego ramiona otuliły mnie szczelnie, a ciepło jego ciała niemal natychmiast przyniosło dziwnie kojące poczucie bezpieczeństwa..
Wtuliłem się w niego ostrożnie, opierając głowę o jego pierś. Przez chwilę słyszałem jedynie spokojny rytm jego oddechu i ciche odgłosy dochodzące spoza namiotu.
Nie chcąc mu przeszkadzać, pozostałem nieruchomo w jego objęciach, pozwalając mu wreszcie odpocząć.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Kiedy bolesne wycie przerwało przyjemną ciszę, odruchowo chwyciłem za swoją kuszę, nasłuchując uważnie. Było to daleko od nas, a jednak zaniepokoiło mnie to. Obawiałem się, że coś zaatakowało Serathiona, nie mam tylko pojęcia, co. Przez chwilę zastanawiałem się, czy za nim nie pójść ale ostatecznie uznałem, że nie był to najlepszy pomysł. Jeśli zostawiłbym zwierzaki sam, zwłaszcza Onyksa, byłby idealnym kąskiem dla wilków i dzikich psów. A Serathion... Serathion przecież potrafi o siebie zadbać. Niedawno jadł, więc powinien być odpowiednio silny. Zerknąłem z niepokojem na horyzont. Bardziej martwiło mnie słońce. W końcu, gdzie by się tu mógł schować...? Żadnych jaskiń i liści w koronach drzew. Miał tylko swój płaszcz. No chyba, że zmieniłby się w nietoperza, i schował się w jakiejś dziupli, a gdyby tak zrobił... cholera, nie wytropiłbym go, bo i jak? Gdybym miał psa... to może byłoby to możliwe. Trzebaby tylko takiego kundelka wyszkolić. Ale też najpierw trzeba go mieć. 
Kiedy do wschodu słońca pozostało kilka minut, Serathion w końcu pojawił się przy mnie, ale widać było na pierwszy rzut oka, że coś było nie tak. Jego ubrania były poszarpane i zakrwawione. Pytanie tylko, czy jego krwią? Czy krwią jego wroga?
– Co się stało? – spytałem, kiedy rzucił w moją stronę upolowanego zająca. 
– Wilkołak. Młody. Słaby, ale zaskoczył mnie szybkością. Jeszcze chwila i wszystko mi się zagoi – powiedział, ukrywając się pod materiałem namiotu. 
– Zdejmij koszulę i płaszcz. Już nie są do odratowania, ale może chociaż trochę zmyję tę krew, by się nie rzucała w oczy aż tak, kiedy dotrzemy do miasta. I zszyję – powiedziałem, zerkając na niebo. Jak późnej będę wracał do namiotu, będę musiał uważać, by nie wpuścić żadnego promyka do środka. 
– A po co? Jeszcze jakieś koszule mam – stwierdził, trochę nie myśląc jak ja. 
– Koszulę mogę spalić, owszem. Ale płaszcz? Nie mam dodatkowego płaszcza dla ciebie, ani żadnej kurtki. A jak wjedziemy do miasta, a ty nie posiadając płaszcza nie masz hipotermii, wzbudzisz podejrzenia. Tam kupię ci nowy, czysty i cały, ale do tej pory będziesz musiał wytrzymać w nim – wyjaśniłem, na co Serathion cicho westchnął, ale podał mi i koszulę, i płaszcz. 
– Tylko uważaj, jak będziesz wchodził, a słońce będzie na niebie – mruknął, zamykając wejście. 
– Będę, spokojnie. Zerknąć na twoją ranę? Może ci użyczyć trochę krwi? Albo przyniosę ci miskę z wodą i gąbką. Trochę się chociaż obmyjesz z tej krwi – zaproponowałem, chcąc mu jak zawsze zapewnić jak największy komfort. 
– Wodę z gąbką poproszę. Nie lubię uczucia zaschniętej krwi na skórze – odpowiedział za materiału. 
Zabrałem się zatem do pracy. Zerknąłem jeszcze ja zająca, którego przyniósł Serathion, ale okazało się, że Futerko już się nim zajął. I jak mam być szczery, nie chciałbym dokańczać resztek po kocie. Zresztą, i tak nie będę miał siły później jeszcze zabrać się za jedzenie. I pranie w lodowatej wodzie, i później tymi zmarzniętymi palcami jeszcze szyć... zdecydowanie będę padnięty. Wpierw jednak musiałem zadbać o moją Różyczkę. Przyniosę mu wodę, żeby zmył krew. A później ogarnę ten płaszcz. Tak, w tej kolejności. 

<Różyczko? c:>

wtorek, 19 maja 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Poszukiwanie zdobyczy problemem nie było. Las o tej porze roku obfitował w drobną zwierzynę, a dla kogoś takiego jak ja odnalezienie tropu było niemal dziecinnie proste. Znacznie bardziej problematyczne okazało się jednak to, co podążało za mną.
Czułem jego zapach wyraźnie ciężki, dziki i przesiąknięty krwią oraz mokrą sierścią. Istota kryjąca się w ciemności nie próbowała nawet zatrzeć swojej obecności. Tak samo jak ja wiedziałem, że mnie śledzi, tak ona doskonale zdawała sobie sprawę, że została odkryta.
Zatrzymałem się i powoli odwróciłem w stronę gęstych krzaków.
- Mógłbyś już przestać się chować? To głupie. I tak wiem, że tam jesteś - Odezwałem się spokojnie.
Przez moment panowała cisza, zakłócana jedynie szelestem liści poruszanych nocnym wiatrem. W końcu z zarośli wyłoniła się masywna sylwetka wilkołaka.
Był spory, choć od razu rozpoznałem jego niedojrzałość. Młody. Bardzo młody. Dla mnie stanowił niewielkie zagrożenie, choć sam najwyraźniej uważał inaczej. Musiał wierzyć, że jest w stanie rzucić wyzwanie wampirowi. Albo był głupi, albo nikt nigdy nie nauczył go ostrożności wobec takich jak ja.
Kiedy wyszedł na blade światło księżyca, zauważyłem pokrywające jego ciało blizny. Niektóre stare i poszarpane, inne świeże, wciąż sączące krew spod skołtunionej sierści. Nie byłem pierwszym drapieżnikiem, który stanął na jego drodze. Ślady po ostrzach i pazurach mówiły same za siebie, ścigali go zarówno ludzie, jak i inne bestie.
A jednak nadal walczył.
To było równie godne podziwu, co bezmyślne.
- Odejdź - Powiedziałem chłodno, nie odrywając od niego wzroku. - Los już wystarczająco cię pokarał. - Wilkołak obnażył kły i wyszedł jeszcze krok do przodu.
- Wchodzisz na mój teren. Nie mogę puścić ci tego płazem - Warknął.
Uniosłem brew, bardziej rozbawiony niż zaniepokojony.
Jego teren?
Nie czułem tu żadnych granic. Żadnych znaków świadczących o tym, że miejsce do kogokolwiek należy. Był samotny i najwyraźniej pomylił samotność z prawem własności.
- Na twój? - Prychnąłem. - Śmiem wątpić. - Przez krótką chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Powietrze między nami zgęstniało od napięcia.
Potem ryknął.
Rzucił się na mnie gwałtownie, bardziej kierowany gniewem niż rozsądkiem. Ziemia zatrzęsła się pod ciężarem jego łap, a powietrze przeciął świst pazurów.
Nie miałem wyboru.
Uniknąłem pierwszego ataku, pozwalając, by impet poniósł go dalej, lecz był szybszy, niż przypuszczałem. Jego pazury zahaczyły moje ramię, rozrywając materiał płaszcza i ciało pod nim. Ostry ból przeszył bark, a ciepła krew spłynęła po skórze.
Naderwanie.
Nic poważnego.
Byłem wampirem. Takie rany goiły się szybciej powiedziałbym, że jak na psie.
Wilkołak zawrócił i zaatakował ponownie, ciężko dysząc. W jego oczach widziałem desperację, nie walczył dla dominacji ani sławy. Walczył, bo nie znał niczego innego.
Tym razem zakończyłem to szybko.
Uchwyciłem jego łapę, wykorzystując własny ciężar i siłę, po czym jednym gwałtownym ruchem powaliłem bestię na ziemię. Rozległ się głuchy trzask, a wilkołak zawył boleśnie. Nim zdołał się podnieść, moje pazury przecięły jego bok.
Krew trysnęła na wilgotną ziemię.
Bestia zachwiała się i opadła ciężko na łapy.
Jeszcze przez chwilę próbował utrzymać się na nogach, warcząc słabo przez zakrwawiony pysk, lecz życie powoli uchodziło z jego ciała. Jego oczy przygasły, a ciężki oddech z każdą sekundą stawał się płytszy, aż w końcu całkowicie ucichł.
Las ponownie pogrążył się w ciszy. A ja przez chwilę patrzyłem na nieruchome ciało tylko przez moment.
Nie miałem czasu na dłuższe rozmyślania.
Schyliłem się po zająca, którego upolowałem jeszcze przed tym niepotrzebnym spotkaniem, i ruszyłem z powrotem. Ramię pulsowało bólem, ale w tej chwili to nie było najważniejsze, najważniejsze był wschód słońca który powoli nadchodził.

<Elianie? C:>

poniedziałek, 18 maja 2026

Od Eliana CD Serathiona

 No... cóż, miał rację. Przyciągałem pecha, o czym wiedział przecież od samego początku. Nigdy tego nie ukrywałem, znał moją przeszłość, mój stan majątkowy, i jednak jest tu dalej. A mógłby sobie oczarować jakiegoś bogatego kreatyna i żyć takim życiem, jak do tej pory. Sam wybrał swój los. 
– Może dlatego, że mam silniejszą aurę – odbiłem piłeczkę, kompletnie tym nie przejęty. Byłem w końcu biedakiem i biedakiem pozostanę. – Aby być bogatym w tym świecie, trzeba albo mieć szczęście, które już całkowicie w moim życiu wykorzystałem, albo się w takiej rodzinie urodzić, albo się wżenić. Jak widzisz, prześladuje mnie taki pech, że nawet próba wjebania się do bogatej rodziny niż mi nie dała, bo zaraz wszystko tracisz. Mój pech przechodzi na ciebie – ucałowałem go w policzek, po czym zatrzymałem konia. – Tutaj się zatrzymamy. Myślę, że to nie najgorsze miejsce. Trochę dalej od gościńca, krzaków nie za dużo... Na ten moment lepszego nie znajdziemy. Widzisz? Przejąłeś trochę mojego pecha i od razu jakoś lepiej mi się w życiu wiedzie – puściłem mu oczko, bez większego problemu schodząc z grzbietu naszego wierzchowca. 
– Dajesz mi wiele niesamowitych rzeczy. Swoją osobę, swoją krew, swojego kutasa, swojego pecha... mam w czym wybierać – odpowiedział, patrząc na mnie wymownie. Od razu pomogłem mu zejść z konia, trochę się zastanawiając, czy faktycznie nie jeszcze nie opanował, jak wchodzi się i schodzi z wierzchowca, bo to jednak takie proste nie jest, czy może szuka jakiegoś pretekstu, bym go dotknął, chociaż na chwilę. 
– Jestem człowiekiem wielu talentów – powiedziałem, uśmiechając się do niego delikatnie. – Żeby nie marnować czasu, idź coś dla siebie upolować. Rozłożę namiot i zajmę się zwierzakami. 
– A dla ciebie? I dla Futerko, też coś muszę mieć. Przyniosę wam coś – powiedział, po czym w jednej chwili mi zniknął z oczu. Oczywiście, nie byłby sobą, gdyby o nas nie zadbał i czegoś nam nie przyniósł. Dobrze, że uzupełniając zapasy wybierałem dodatki, nie mięso. W sumie, to nawet lepiej, że coś porobi. Poczuje się lepiej. 
Wpierw zająłem się namiotem, przy czym trochę „pomagał“ mi Futerko. Czemu on się mnie uczepił? A nie poszedł za Serathionem? Z nim miał lepszą relację niż ze mną, a się mnie uczepił. Jakoś udało mi się postawić bezpieczny namiot dla mojej Różyczki. Znaczy, dla mnie też, ale dla niego to było konieczne do przeżycia. Ja bez namiotu jakoś bym dał sobie radę. Byłoby to ciężkie, ale nie niewykonalne. 
– Tak, się tobą zajmę. Już ci to zdejmuję, by kręgosłup ci mógł odpocząć, tak – wróciłem się do konia, poświęcając mu uwagę. Trochę się zmartwiłem, że Serathiona długo nie ma. Trochę mi zeszło z tym namiotem, więc już powinien się pojawić, a wschód słońca tuż tuż... 

<Różyczko? c:>