środa, 6 maja 2026

Od Soreya CD Mikleo

 To był dobry pomysł, by znów zaczął ćwiczyć, i by dzieci także zaczęły się szkolić. Skoro chcą opuścić dom, muszą wiedzieć, jak się bronić. Bo chociaż bardzo chcę im dać bezpieczeństwo, nie mogę być w dwóch miejscach na raz. Nie zawsze zdążę. Nie zawsze będę obecny. Oczywiście najpewniej będę się czuł, kiedy to ja będę przy Mikim, ale faktycznie, lepiej, by potrafił się obronić. Albo chociaż powstrzymać napastnika na tyle długo, bym do niego zdążył dotrzeć. 
– Pobyt w rzece sprawił, że czujesz się lepiej? – zapytałem łagodnie, chwytając jego lodowatą rękę i przyciągając blisko do mojego ciała. Może nic złego na nas tu nie czyha, ale jeżeli jakimś cudem coś by się do nas podkradło, mógłbym sprawnie Mikleo ochronić sobą. 
– Tak. Jeszcze musi minąć chwila, nim mój organizm nadrobi utratę krwi, ale jest lepiej. Pomaga mi też twoja obecność – przyznał, trochę to łechcąc moje ego. Pewnie specjalnie. Czasem tak mi się lubił podlizywać, a mnie to wcale nie przeszkadzało. Kto w końcu nie lubi słuchać pochwał. 
– Rozumiem. Daj mi więc znać, jak będziesz czegoś potrzebował. Czegokolwiek. Zrobię dla ciebie wszystko – obiecałem mu, nachylając się tak, by ucałować go w skroń. Teraz był taki kruchy, delikatny... musiałem go traktować z delikatnością. Nie naciskać. Pilnować. Wspierać. Żebym tylko tego nie zniszczył... tak łatwo potrafię coś zepsuć, kiedy zbytnio się staram. 
– Ale tak wszystko, wszystko? – zapytał, a jego słowa były podszyte... sam nie wiem, jakby miał coś konkretnego na myśli. 
– Wszystko, co tylko będę w stanie, Owieczko. Też moje możliwości są troszkę ograniczone, chociaż bardzo bym chciał zrobić dla ciebie wszystko – odpowiedziałem, uśmiechając się łagodnie. 
– Zapamiętam sobie na przyszłość – uśmiechnął się tajemniczo. Co to miało znaczyć...? 
– Najpierw musisz zebrać siły. Jutro będziemy ćwiczyć, tak? A ja nie będę cię szczędził – zaznaczyłem. Skoro na nauczyć się chronić przed demonem, będę się musiał się zachowywać jak demon, oczywiście bez robienia mu krzywdy, no ale wymęczyć już go wymęczę porządnie. Muszę mieć w końcu pewność, że sobie poradzi. – Będziemy mieć co zrobić na obiad? Może powinienem pójść do miasta, coś kupić? 
– Oo, tak. Przeszedłbym się z tobą – uśmiechnął się do mnie ładnie, a ja poczułem, że nie będzie łatwo mu odmówić. Nie, kiedy widzę ten uśmiech i te oczy. Ale, na dobre mu to wyjdzie. Tak. Zajmie głowę. Rozejrzy się po nowym otoczeniu, zrobi zakupy, które to tak lubi, a ja nienawidzę. Kupuję, co trzeba, i jak najszybciej opuszczam rynek. A on i wybiera go jedzenie, i wybiera, i sprawdza... jeny, jak tak można? Że go to nie nudzi. 
– No to pójdziemy. Się tylko doprowadzisz do porządku, zrobimy listę zakupów i możemy iść – powiedziałem, siląc się na delikatny uśmiech. Nie robić mu żadnych wyrzutów, nie przesadzać, nie pospieszać, nie być dla niego wrzodem na dupie. To jest dopiero dla mnie wyzwanie. Zwłaszcza, że ludzie tutaj naprawdę mnie denerwowało, delikatnie to ujmując. Zbyt wielką uwagę zwracali na Mikleo. A Mikleo przecież bym mój. Tylko mój. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz