wtorek, 5 maja 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Kiedy tylko przesunąłem go bliżej siebie i zamknąłem w uścisku, wtulając nos w jego włosy poczułem, że jego zapach już zaczął być inny. Róża zaczynała grać drugie, jak nie jakieś trzecie czy nawet czwarte skrzypce. Gdybym go nie znał i nie wiedział, że do tego zapachu zawsze dążył, w ogóle byłoby to dla mnie niewyczuwalne. Ale jeszcze nie śmierdział trupem. Pachniał... sam nie wiem. Trochę koniem, to na pewno, w końcu całe noce spędzamy w siodle. I chyba trochę mną. Znaczy, podejrzewałem, że to ja mam taki zapach, bo skąd inaczej wyjaśnić mieszankę skóry, piżma, szałwi i bursztynu? Dziwnie czuć swój zapach na czyjejś skórze. Ale przyznać musiałem... pasowało mu to. A mnie nawet się podobało, że nosił mój zapach. Wtedy już miałem pewność, że jest on mój i tylko mój. 
Tego popołudnia nie obudziłem się sam. Coś bezceremonialnie zaczęło po mnie łazić. Coś całkiem ciężkiego. Od niechcenia odwinąłem od siebie Futerko, czemu to mnie męczy? Przecież Serathion jest obok, nie śpi, może mu poświęcić trochę czasu, ale nie, bo trzeba mi trochę napsuć krwi. Mała paskuda. 
– Tobie to się chyba nudzi w życiu, co, czorcie? – wymamrotałem, przecierając zmęczone oczy. Zdecydowanie jeszcze bym pospał godzinę, albo dwie, ale teraz już ciężko mi będzie znów zasnąć. Chyba lepiej dla mnie byłoby, gdybym wstał i zaczął się ogarniać. I przygotowałbym sobie obiad, no i temu małemu futrzakowi też coś trzeba przygotować, bo mnie zje. 
– Wydaje mi się, że chyba chce wyjść na dwór. Z pewnych powodów nie jestem w stanie go wypuścić – odpowiedział Serathion, zabierając go z mojej twarzy. Jak miło z jego strony, że zrobił to teraz 
– Rozumiem. Wyjdzie ze mną. I tak już nie zasnę – odpowiedziałem, przeciągając się leniwie. Ależ mi się nic nie chciało... nie miałem jednak wyjścia. Musiałem się zbierać. Dla Serathiona. To była naprawdę dobra motywacja i nawet mi pomagała. Nie będę robił coś dla siebie, a właśnie dla niego. – I nie martw się, będę uważać przy wychodzeniu. Nie wpadnie nawet najmniejszy promyk słońca – dodałem, uśmiechając się do niego lekko, i zaraz po tym powoli i ostrożnie opuściłem namiot, wpierw oczywiście wypuszczając kota, który wypruł przed siebie jak torpeda. 
Czując cieplutkie promienie słońca na policzkach mimowolnie wyciągnąłem twarz ku słońcu. Ale to było przyjemne... jakże brakowało mi tego ciepła. Już nie mogłem się doczekać wiosny pełną parą. Rozpaliłem ogień, nastawiłem sobie garnek z obiadem i zacząłem, pogadałem trochę do Onyksa... cóż, początek był całkowicie normalny. To dobrze. Podczas podróży lubię powtarzalność. Im mniej dziwnych wydarzeń na drodze tym lepiej. Niedaleko, też była woda, po którą zaraz pójdę, by umyć jak najlepiej siebie, zęby... dzięki temu, że idziemy nad morze, zawsze gdzieś w pobliżu będzie rzeka. W końcu, tak najłatwiej tam dotrzeć, trzymając się blisko rzeki, bo takowa zawsze wpada do morza. Gorzej, jak przy górzystym terenie zacznie znikać pomiędzy skałami... no, ale po to mam mapę i plan podróży. Jestem przygotowany na większość rzeczy. 
– No masz marchewkę. Żebyś trochę mnie bardziej polubił – powiedziałem lekko rozbawiony do Onyksa, który już poruszał znacząco swoimi nozdrzami. Ciekawe, czy już jest do nas bardziej przywiązany, czy dalej jesteśmy dla niego jakimiś ludźmi. – Napiłbyś się, co? Przyniosę ci niedługo wody, dam paszy... jeszcze góra dwa dni i dotrzemy do miasta. I zaprowadzę cię wtedy do kowala, ogarnie te twoje kopyta... Ciekawe, czy ci się to podoba, ta mała podróż. Czy może jednak wolałeś swoją wielką stajnię i pastwiska – mówiłem sobie do niego, krojąc warzywa. Gdyby Serathion tu był, pewnie bym do niego mówił, ale on ukrywał się w namiocie, i jeszcze przez jakieś półtorej godziny będzie musiał tam siedzieć. Szkoda, że nigdy nie będzie w stanie poczuć słońca na swojej skórze w ten pozytywny, w przyjemny sposób. To naprawdę niesamowite uczucie. 

<Różyczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz