poniedziałek, 18 maja 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Nic nie odpowiedziałem na jego słowa, bo czułem, że nie wymagają one żadnego komentarza. Jak dla mnie odrobinkę przesadzał. Gdyby nie ja, pewnie w końcu wyszedłby dalej niż sięgają jego ziemie, chociażby z nudy. Sto pięćdziesiąt lat w jednym miejscu, mnie by to w końcu zaczynało mierzić. 
Cisza była przyjemna, przerywana jedynie wiatrem szumiącym w łysych koronach drzew i pohukiwaniem sowy. Jako, że mi było w ten sposób dobrze, utrzymywałem ten stan... co Serathionowi po pewnym czasie przestało się podobać. Oczywiście, on musiał coś mówić, coś robić, zwłaszcza, że później cały dzień dla mnie będzie musiał milczeć. Więc niech teraz sobie gada. Nawet głupoty. Ja i posłucham, i odpowiem, jeśli będzie taka potrzeba. W końcu, kiedy śpię, naprawdę nie mogę na niego narzekać. Nie wierci się, nie gada, tylko leży grzecznie przy moim boku... no chyba, że o czymś nie wiem. Przy nim zdarza mi się naprawdę mocno zasnąć. Przez to, że był obok mnie, czułem naprawdę wewnętrzny spokój, i pewność, że nic nie się nie stanie, bo gdyby coś tutaj się działo, ktoś się na mnie czaił, on zaraz by mnie obudził. To było duże ułatwienie. Dotychczas jak byłem sam, musiałem spać z jednym okiem otwartym. Spanie w ciągłej gotowości jest trudne. A jednak, niby to śpię lepiej, a nie potrafię się wyspać. Na jakiej postawie to działa? Nie mam pojęcia. 
– Myślisz, że trafimy na jakiś festyn, jak teraz znajdziemy się w mieście? – spytał w pewnym momencie. 
– Najbliższe, co ludzie by mogli świętować... To chyba nadejście wiosny. A do tego jeszcze trochę czasu. No chyba, że będzie jakieś lokalne wydarzenie, o którym mogę nie wiedzieć. Wszystko się okaże – odpowiedziałem zgodnie ze swoją wiedzą. Ludzie są przedziwni. Każde społeczeństwo ma swoje małe obyczaje i święta. A ja wszystkich nie znam. To nawet nie jest możliwe. 
– Może będzie coś fajnego – westchnął cicho, niepocieszony. – Powinniśmy chyba znaleźć miejsce do nocowania. Muszę mieć jeszcze czas, by coś dla ciebie upolować. 
– I dla siebie. Też powinieneś coś zjeść – przypomniałem mu, schodząc z gościńca, głębiej w las. Nie chciałbym rozbijać namiotu przy drodze. Za dużo ciekawskich oczu. 
– Tak, tak, zjem. A ty dopilnuj, byś dobrze namiot postawił. Nie chcę przypadkiem umrzeć – odparł, poprawiając się na siodle. – Już mnie tyłek boli od tego siedzenia. Okropne to. 
– Następnym razem możesz biec obok – zaproponowałem mu, rozglądając się dookoła. Dobrze byłoby znów znaleźć jakieś większe drzewo, za którym byśmy mogli się skryć. Raz nam się udało, i kto wie, może uda nam się kolejny raz? Chociaż, zbliżamy się do miasta, puszcza nie jest tak gęsta, drzewa są młodsze i rzadsze. 
– Mhm. Już lecę, jak jakiś plebs – prychnął. 
– Skoro się z plebsem spotykasz, to w sumie jesteś jak taki plebs, nie? – zauważyłem, uśmiechnąłem się delikatnie. Jak ja go uwielbiałem irytować... kiedyś się to na mnie zemści, z pewnością. 

<Różyczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz