Moje zadanie wydawało się proste, znaleźć niewielką ofiarę, coś pokroju zająca. Zwierzę na tyle małe, by można je było szybko upolować i zjeść bez zbędnego zachodu, a jednocześnie wystarczające, by zaspokoić głód. Nie chciałem przecież wracać z czymś zbyt dużym, tylko po to, by później słuchać narzekań, że w gospodzie nie będzie miał co z tym zrobić.
Westchnąłem cicho, przemierzając kolejne odcinki drogi. Podczas tej wędrówki natrafiłem na wiele zwierząt, aż za wiele, ale żadne z nich nie było tym, którego akurat potrzebowałem. Jak na złość. Zawsze tak jest to, czego szukasz, znika bez śladu, a to, co zbędne, uparcie wchodzi ci w drogę.
Zatrzymałem się na moment i rozejrzałem wokół, marszcząc brwi.
- Ależ oczywiście… żadnego zająca - Mruknąłem pod nosem z wyraźną irytacją. - Czy każdy zwierzak musi mi dziś działać na nerwy? - Pytanie zawisło w powietrzu bez odpowiedzi. Zresztą, kogo niby miałem o to zapytać? Las milczał, jakby celowo ignorował moją frustrację. Zacisnąłem szczękę, czując, jak powoli zaczynam tracić cierpliwość.
Jeszcze chwila… a naprawdę moja dobroć się skończy.
W końcu, gdzieś w gęstwinie lasu, dostrzegłem zająca. Od razu rzuciło mi się w oczy, że to samiec większy, masywniejszy niż typowe samice. Idealny. W sam raz na porządny posiłek.
Bezszelestnie zbliżyłem się do niego, stawiając każdy krok z wyuczoną ostrożnością. W jednej chwili byłem już tuż obok. Jednym, pewnym ruchem chwyciłem go i skręciłem kark. Krótko, skutecznie. Bez zbędnego cierpienia.
Może i było to brutalne… ale takie jest życie. Ja potrzebowałem krwi, mój partner potrzebował mięsa, w pewnym sensie obaj na tym korzystaliśmy. A jeśli ktoś chciałby nazwać to grzechem… cóż. Gdyby Stwórca miał coś przeciwko, pewnie już dawno by to okazał. Tymczasem świat trwa dalej, zupełnie obojętny na takie drobiazgi.
Podniosłem zająca i, całkiem zadowolony, ruszyłem z powrotem. Wkrótce dotarłem do Eliana, który właśnie kończył przygotowania do dalszej drogi.
- Proszę - Rzuciłem, podając mu zdobycz. - Dorodny zając. Powinien wystarczyć ci przynajmniej na jutro. - Otrzepałem dłonie i ubranie z niewidzialnego kurzu, jakby sam gest miał zamknąć całą tę sprawę.
- Dziękuję. A ty sam przypadkiem nie jesteś głodny? - Zapytał, przyglądając się uważnie zającowi. - Nie wygląda, jakbyś wypił z niego zbyt wiele krwi. A przypomnę, że tak samo jak ja potrzebuję mięsa tak ty potrzebujesz krwi, bardziej ludzkiej niż zwierzęcej jednak skoro już nie chcesz pić tej ludzkiej, to chociaż mogłeś zbić trochę więcej z tego zająca - Miałem wrażenie, że mówi do mnie jak do dziecka. Jakby zapominał, że jestem od niego znacznie starszy. Sto pięćdziesiąt lat to wystarczająco dużo, by znać własne ciało i jego potrzeby.
Jeśli zgłodnieję, poradzę sobie. Czy to jego kosztem, czy jakiegoś nieszczęsnego zwierzęcia.
- Piję tyle, ile potrzebuję i tyle ile pić mogę - Odpowiedziałem spokojnie. - Na więcej przyjdzie jeszcze czas. Zwłaszcza jeśli trafi się… lepsza krew. - Jak zwykle nie przejąłem się jego troską. Nigdy nie rozumiał, że głód to coś, nad czym mam pełną kontrolę. Albo raczej uważam, że tą kontrolę mam.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz