No... cóż, miał rację. Przyciągałem pecha, o czym wiedział przecież od samego początku. Nigdy tego nie ukrywałem, znał moją przeszłość, mój stan majątkowy, i jednak jest tu dalej. A mógłby sobie oczarować jakiegoś bogatego kreatyna i żyć takim życiem, jak do tej pory. Sam wybrał swój los.
– Może dlatego, że mam silniejszą aurę – odbiłem piłeczkę, kompletnie tym nie przejęty. Byłem w końcu biedakiem i biedakiem pozostanę. – Aby być bogatym w tym świecie, trzeba albo mieć szczęście, które już całkowicie w moim życiu wykorzystałem, albo się w takiej rodzinie urodzić, albo się wżenić. Jak widzisz, prześladuje mnie taki pech, że nawet próba wjebania się do bogatej rodziny niż mi nie dała, bo zaraz wszystko tracisz. Mój pech przechodzi na ciebie – ucałowałem go w policzek, po czym zatrzymałem konia. – Tutaj się zatrzymamy. Myślę, że to nie najgorsze miejsce. Trochę dalej od gościńca, krzaków nie za dużo... Na ten moment lepszego nie znajdziemy. Widzisz? Przejąłeś trochę mojego pecha i od razu jakoś lepiej mi się w życiu wiedzie – puściłem mu oczko, bez większego problemu schodząc z grzbietu naszego wierzchowca.
– Dajesz mi wiele niesamowitych rzeczy. Swoją osobę, swoją krew, swojego kutasa, swojego pecha... mam w czym wybierać – odpowiedział, patrząc na mnie wymownie. Od razu pomogłem mu zejść z konia, trochę się zastanawiając, czy faktycznie nie jeszcze nie opanował, jak wchodzi się i schodzi z wierzchowca, bo to jednak takie proste nie jest, czy może szuka jakiegoś pretekstu, bym go dotknął, chociaż na chwilę.
– Jestem człowiekiem wielu talentów – powiedziałem, uśmiechając się do niego delikatnie. – Żeby nie marnować czasu, idź coś dla siebie upolować. Rozłożę namiot i zajmę się zwierzakami.
– A dla ciebie? I dla Futerko, też coś muszę mieć. Przyniosę wam coś – powiedział, po czym w jednej chwili mi zniknął z oczu. Oczywiście, nie byłby sobą, gdyby o nas nie zadbał i czegoś nam nie przyniósł. Dobrze, że uzupełniając zapasy wybierałem dodatki, nie mięso. W sumie, to nawet lepiej, że coś porobi. Poczuje się lepiej.
Wpierw zająłem się namiotem, przy czym trochę „pomagał“ mi Futerko. Czemu on się mnie uczepił? A nie poszedł za Serathionem? Z nim miał lepszą relację niż ze mną, a się mnie uczepił. Jakoś udało mi się postawić bezpieczny namiot dla mojej Różyczki. Znaczy, dla mnie też, ale dla niego to było konieczne do przeżycia. Ja bez namiotu jakoś bym dał sobie radę. Byłoby to ciężkie, ale nie niewykonalne.
– Tak, się tobą zajmę. Już ci to zdejmuję, by kręgosłup ci mógł odpocząć, tak – wróciłem się do konia, poświęcając mu uwagę. Trochę się zmartwiłem, że Serathiona długo nie ma. Trochę mi zeszło z tym namiotem, więc już powinien się pojawić, a wschód słońca tuż tuż...
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz