wtorek, 5 maja 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Odciski na stopach? To raczej nie był mój problem. W końcu, gdyby zaczęły mnie boleć, zawsze mogłem zmienić się w nietoperza. Wtedy wystarczyłoby schować się w jego torbie i pozwolić, żeby mnie nosił. Było to rozwiązanie nie tylko wygodne, ale i całkiem zabawne. W końcu jestem wampirem, potrafię zadbać o siebie na wiele sposobów i unikać tego, na co zwyczajnie nie mam ochoty.
- Myślę, że wtedy musiałbyś mnie nosić - Rzuciłem z zadziornym uśmiechem, doskonale zdając sobie sprawę, jak może na to zareagować.
- Słucham? Dlaczego miałbym cię nosić? - Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. - Owszem, nie ważysz aż tak dużo, ale to i tak utrudniłoby wszystko. - Wyraźnie zakładał, że chodzi mi o moją ludzką postać. Cóż, to rzeczywiście byłoby mało praktyczne.
- Gdybyś miał mnie nosić, oczywiście przybrałbym formę nietoperza - Odparłem spokojnie.- Ułatwiłbym ci zadanie. Poza tym nie zamierzam męczyć swoich stóp. Jestem arystokratą, nie robię rzeczy, które mogłyby zaszkodzić temu pięknemu ciału. Wystarczy, że i tak często kończę z obtartym tyłkiem. - Uśmiechnąłem się łagodnie, niemal niewinnie, choć w moim głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia.
Elian pokręcił głową i przewrócił oczami, jakby próbował ukryć rozbawienie.
- Oczywiście. A co jeszcze? Może mam cię jeszcze karmić i wachlować cię? - Zapytał, choć mimowolnie przysunął się bliżej i oparł o moje ciało.
- Kto wie - Mruknąłem z lekkim uśmiechem. - Myślę, że znalazłoby się jeszcze kilka rzeczy, które mógłbyś dla mnie zrobić… zwłaszcza kiedy już wykąpiemy się w Bali. - Rozmowa potoczyła się dalej, płynnie przechodząc na inne, mniej zaczepne tematy. W ten sposób zabijaliśmy czas podczas podróży, która dłużyła się niemiłosiernie. Droga była długa, a zmierzch zastał nas dopiero wtedy, gdy dotarliśmy do wielkiego starego drzewa.
Jak zwykle, Elian rozłożył namiot z wprawą kogoś, kto robił to już setki razy. Ja w tym czasie zająłem się naszymi zwierzętami, karmiąc je i sprawdzając, czy niczego im nie brakuje. Dzieliliśmy się obowiązkami, nie z konieczności, lecz z przyzwyczajenia. I może odrobiny troski o siebie nawzajem.
Schowałem się do namiotu, kryjąc ciało przed słońcem, którego promienie mogłyby je boleśnie uszkodzić. W środku panował przyjemny półmrok, dający mi wytchnienie i poczucie bezpieczeństwa.
Mój partner został jeszcze na zewnątrz. Słyszałem ciche odgłosy jego krzątaniny, coś zjadł, dopilnował swoich obowiązków, jak zawsze. Nie musiałem nawet wychodzić, żeby wiedzieć, co robi. Znaliśmy się zbyt dobrze.
Po jakimś czasie wszedł do namiotu, wpuszczając na moment smugę światła, która zaraz zniknęła wraz z zasunięciem wejścia.
- Dobranoc - Rzucił krótko, niemal odruchowo.
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, przyciągnął mnie do siebie i zamknął w szczelnym, ciepłym uścisku. Jego ciało było przyjemnie nagrzane, zupełnie inne od mojego, chłodnego i nieruchomego.
Westchnąłem cicho, pozwalając sobie na tę bliskość. W jego ramionach nawet za dnia wydawało się spokojniej, bezpieczniej bo wiedziałem, że mam przy sobie kogoś kto mnie kocha i mimo moich podejść do życia ochroni mnie przed każdym niebezpieczeństwem.
Czułem, jak jego oddech z czasem się wyrównuje, jak powoli odpływa do krainy snów, nie rozluźniając jednak uścisku ani na moment.

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz