piątek, 1 maja 2026

Od Soreya CD Mikleo

 Usiadłem na brzegu jeziora, dając mu oczywiście spokojnie popływać, cały czas mając go na oku. Intensywnie też myślałem o tym, co zrobić z tą całą sytuacją. Nie może być tak, że toleruję obecność demonów Crowleya, które tak naprawdę nic nie robią, a obiecał mi ochronę. Nie tak to miało wyglądać, a ja nie będę tego tolerować. Obecność nich wszystkich źle wpływa na to miejsce i na moich najbliższych, a i tak robię wszystko za nim. W najbliższym czasie będę musiał udać się do Piekieł, i sobie z nim pogadać raz, a porządnie. Tylko, co ja powiem Mikleo? A może mu nic nie powiem? Jeszcze tylko niepotrzebnie by się martwił, a nie będzie mnie tutaj dosłownie chwilę. Plan miałem prosty. Zejść, powiedzieć Crowleyowi, że ma się odpierdolić i zabierać stąd swoje demony albo rozsmaruję ich wnętrzności na swoich granicach, i wrócę. W teorii szybka akcja. A w praktyce? Może to wyjść naprawdę różnie. Myślę, że jednak jestem w stanie zaryzykować. Dla nich. Nie potrzebuję demonów, żeby obronić własną rodzinę. 
– Hej, Sorey – głos mojej Owieczki doszedł do mnie jak zza grubych drzwi. Od razu troszkę wybudziłem się z rozmyślań. – Wszystko w porządku? 
– Tak, pewnie. Skupiam się nad tym, by zapewnić ci bezpieczeństwo – odpowiedziałem, kucając na brzegu. Jakoś tak nie miałem ochoty siadać na śniegu, nie dość, że jest zimny, to i mokry. Fuj. Przy moich postanowieniach jednak wkrótce się wygrzeję w Piekle. Chociaż na tę chwilę. – Nigdy nic nie wiadomo. 
– Trochę przesadzasz, skarbie. Myślę, że zostawiłeś jasny przekaz – odpowiedział, uśmiechając się łagodnie, uspokajająco. Ja jednak nie potrafiłem być aż tak spokojny. Nie po tym, kiedy prawie go straciłem... znów. Ciągle sprowadzam na nich niebezpieczeństwo. Muszę być bardziej uważny, by móc ich zawsze obronić. W tej chwili to najlepsze, co mogłem dla nich zrobić, poza odejściem, ale Mikleo zdecydowanie mi na to nie pozwoli, nawet jeśli beze mnie lepiej by im było. Już moja Owieczka dała mi znać, że mnie tak po prostu nie zostawi, a ja to muszę zaakceptować, nie mam wyjścia i poniekąd się już do tego przyzwyczaiłem. 
– Jesteś zbyt smakowitym kąskiem – odpowiedziałem, kładąc na jego lodowatym policzku. – To niepokojące. Muszę cię lepiej pilnować. Zawsze być gdzieś obok. 
– Powiedziałbym, że dam sobie radę sam, ale po ostatnich wydarzeniach może faktycznie masz rację – przyznał, cicho wzdychając. Dobrze, że w końcu to przyznał. Dzięki temu będzie łatwiej. 
– Ostatnio bardzo często mam rację – odparłem, poprawiając jego kosmyki przylepione do czoła. – Obiecuję, że już nic ci się nie stanie. Zapierdolę każdego, kto tylko się zbliży do ciebie czy dzieci – dodałem, składając na jego czole delikatny pocałunek. Zdecydowanie będę musiał pozbyć się wszystkich demonów, nawet jeśli będę musiał utopić miasto we krwi. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz