sobota, 18 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. On oszalał. Mówiłem mu, nie chcę konia, nie potrzebowałem konia, nie stać mnie na konia. Czy on mnie w ogóle słuchał? Bo ja zaczynam odnosić wrażenie, że nie. W nikłym świetle latarni było widać, że nie jest  to zwykła szkapa, pewnie sobie zażyczył jakiegoś czempiona, więc będzie wzbudzał zainteresowanie, i też pytanie, jak sprawdzi się w warunkach polowych... mam nadzieję, że jest to faktycznie dobry koń, a nie wychuchany pinduś, który to ma sraczkę po praktycznie każdej paszy. No i jeszcze to imię... Kopyto. Żaden szanujący się szlachcic nie nazwałby swojego czempiona Kopyto, poza Serathionem. Futerko, Kopyto... czy mogło istnieć gorsze imię? Może Grzywa? Albo Chrapy. Też to brzmi tragicznie, i on byłby w stanie go tak nazwać. 
- Jeżeli już go mamy zatrzymać, na pewno nie będzie się nazywał kopyto – powiedziałem w końcu, nie mając wyjścia. Ten szlachcic go już z powrotem nie przyjmie. Sprzedaż go też jest niemożliwa, kto tu ma tyle pieniędzy, by za niego zapłacić?
- Czemu nie? Przecież pasuje do niego to imię. Ma kopyto przecież. I to nie jedno, a cztery – zauważył dumnie, a mi po prostu ręce opadły. Kogo ja sobie tutaj sprowadziłem... 
- Bo ja później będę musiał mówić, że ten koń ma nazywa się Kopyto i ludzie będą patrzeć na mnie jak na debila – powiedziałem bez ogródek. 
- Sugerujesz mi, że jestem debilem? - spytał, mrużąc gniewnie oczy. 
- Sugeruję, że nie potrafisz wymyślać imion. Futerko, Bonifacy, Kopyto... dobrze, że nie możemy mieć dzieci, bo bałbym się o ich imiona – westchnąłem cicho zrezygnowany. 
- Dziecko nazwałbym Szczoch – odparł bez wahania, a ja nie wiem, czy mówił poważnie, czy może sobie tylko ze mnie żartował. 
- O bogowie... - wymamrotałem, przykładając dłoń do czoła. - Na Futerku się skończy, nic i nikogo więcej innego już nie nazwiesz. A koń będzie się nazywał Onyks – zdecydowałem, podchodząc do niego, by poluzować siodło. Miło, że dostaliśmy konia z pełnym wyposażeniem, ale teraz trochę to zwierzę się pomęczy. Nie ma sensu zabierać teraz siodła, jak jutro już ruszamy, jedyne, co mogę zrobić, to poluzować pasy, by nie musiał czuć takiego ścisku. 
- Onyks... pff. Głupie imię. Co ono w ogóle oznacza? - burknął, krzyżując ręce. 
- Onyks to czarny kamień, więc nie dość, że brzmi, to i mu pasuje – wzruszyłem ramionami, prostując się. Jeszcze jutro będę musiał wyjść na miasto, i kupić worek paszy, wiadro, a nawet dwa, bo jedno do podawania paszy, drugie do podawania wody. I jak to ogarnę, chyba po prostu ruszymy. Nie ma co dłużej tu siedzieć, taki koń wzbudza podejrzenia. 

<Różyczko? C:>

Od Serathiona CD Eliana

 Potrzebowałem chwili, żeby zdecydować, czy w ogóle powinienem mu powiedzieć, co jest dla mnie tak naprawdę ważne. Co tak bardzo mnie uwiera, czego mi brakuje do tego stopnia, że sięgnąłem po swoje „wampirze” moce. Jednocześnie analizowałem jego zachowanie, coś w nim wyraźnie mi nie pasowało.
Wiedziałem, że sam też nie jestem bez winy. Użyłem swoich zdolności, choć nie powinienem. Ale kiedy on, mniej lub bardziej wprost sugerował, że mógłby się zemścić, nawet idąc do Lidii, czułem, jak narasta we mnie gniew. Ostry, trudny do opanowania.
A jednak nie chciałem się z nim kłócić. Nie dlatego, że mi nie zależało. Właśnie przeciwnie, zależało mi aż za bardzo. Wciąż chciałem z nim być. Gdyby było inaczej, po prostu bym odszedł. To byłoby najprostsze. Ale też najbardziej tchórzliwe rozwiązanie, na jakie mógłbym wpaść.
- Cóż… może nie jest ci to teraz potrzebne - Powiedziałem w końcu spokojnie, odkładając butelkę wina i posyłając mu łagodny uśmiech. - Ale zobaczysz, co tak naprawdę kryje się za moim zachowaniem. Kiedy przyjdzie odpowiedni moment. - Wyszeptałem, nie kryjąc zadowolenia, z pomysłu na który wpadłem 
- Dowiem się kiedy? - Zapytał, unosząc jedną brew. W jego głosie pobrzmiewała rosnąca irytacja, która lekko mnie ukłuła. - Co ty planujesz? - Zaczął nerwowo stukać paznokciami o szafkę nocną.
- Ja? Niczego nie planuję - Odpowiedziałem, wzruszając ramionami. - Chcę ci tylko ułatwić robotę. I właśnie to zrobiłem. - Podszedłem do okna. Na zewnątrz dostrzegłem szlachcica, który przywiązywał mojego karego konia do drewnianej belki.
- Chodź - Dodałem po chwili, odwracając się do niego. - Pokażę ci coś, czego naprawdę chciałem… a czego wcześniej nie miałem. - Podszedłem bliżej i chwyciłem go za dłoń, wyprowadzając z pokoju. Od razu zauważyłem niezadowolenie na jego twarzy, ale zignorowałem je. Po złości się po złości, w końcu mu przejdzie. - Proszę. Poznaj… Kopyto - Powiedziałem z lekkim uśmiechem, wskazując na karego konia.
- Koń? - Mruknął, przyglądając się zwierzęciu. - Mówiłem ci, żebyś nie sprowadzał konia. A to imię… Kopyto? Naprawdę masz talent do głupich pomysłów. - Westchnął ciężko. - Musimy go oddać. Nie możemy go zatrzymać. - Stwierdził, za bardzo się o to martwiąc.
- Daj spokój - Odpowiedziałem, wzruszając ramionami. - Ten człowiek miał ze trzydzieści koni. Jeden mniej nie zrobi mu żadnej różnicy. A nam koń się przyda - Dodałem, zbliżając się do konia i uważnie sprawdzając, czy przypadkiem nie spróbuje się wyrwać. W końcu byłem wampirem, przy zwierzętach różnie bywało.
- Nieważne, ile miał tych koni. Mógł mieć ich nawet pięćdziesiąt. To wciąż jego własność - Upierał się dalej.
Oczywiście. Znowu to samo. Jakby nie potrafił odpuścić choć na chwilę.
Westchnąłem cicho, czując, jak zaczyna mnie to irytować.
- Rób, co chcesz - Powiedziałem w końcu chłodno. - Ale ja Kopyta nie oddam. Specjalnie załatwiłem go dla ciebie, poza tym sam mówiłeś że potrzebujesz pomocy, ja nosić niczego nie będę, a więc pomagam w takie a nie inny sposób tobie - Podszedłem bliżej i delikatnie podrapałem konia za uchem. Zwierzę poruszyło lekko głową, ale nie odsunęło się.
Poczułem wyraźną ulgę.
Nie bał się mnie.
A to… znaczyło więcej, niż chciałem przyznać.

<Elianie? C:>

piątek, 17 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Wróciłem w końcu do pokoju, gdzie mogłem odetchnąć z ulgą. W końcu będziemy mogli nieco poważniej porozmawiać o tym, co zrobił. I może w końcu zrozumie, czemu jestem taki zły, bo dalej się wydaje być nieco zagubiony w moich emocjach. Przez chwilę przeszło mi przez głowę pytanie, czy może to nie ja przesadziłem... ale nie. Mówiłem mu nie raz, że nie podoba mi się ta jego moc. I nie potrzebuję jego pomocy wynikającej z używania właśnie w tej mocy. Jak bardzo chce mi pomóc, mógłby trochę ponosić rzeczy, chociażby te swoje ubrania i te wszystkie swoje szczotki, spinki i inne pierdółki. To już byłoby dla mnie odciążenie i pewna wygoda, ale nie, bo on chce pięknie wyglądać tylko. Dobrze, że jeszcze jego nie muszę nosić... chociaż nie zdziwiłbym się, gdyby któregoś dnia stwierdził, że już mu się nie chce, zmieniłby się w tego małego nietoperza słodkiego, schowałby mi się w kieszeń i tyle by z tego było. I coś tak czułem, że może się wydarzyć. W końcu, co ciekawego ma do zaoferowania las? Na pewno będzie znużony. 
– Nigdy więcej nie używaj swojego uroku, chyba będzie to absolutnie wymagane, albo cię o to poproszę – powiedziałem cicho, zamykając za sobą drzwi. Nie mogę na niego krzyczeć. Jak zacznę podnosić głos, będzie tylko gorzej, a na to pozwolić nie mogłem. Kłótnia tuż przed podróżą... nie może być chyba nic gorszego od tego. Jeszcze skończyłoby się na tym, że sam opuściłbym to miasto. 
– Czemu? Przecież to nic złego. Daję ci sposobność, którą możesz wykorzystywać kiedy tylko chcesz, i mieć wszystko, co tylko zapragniesz – odpowiedział, oczywiście nie rozumiejąc mojej postawy. 
– Wykorzystujesz ludzi. W paskudny sposób, nie dając im szansę na obronę. Flirtujesz z nimi, czego nie mogę zaakceptować – odpowiedziałem cicho, siadając na łóżku. Jakoś tak przeszła mi ochota na cokolwiek. 
– Od razu flirtuję... Ładnie się uśmiechnę, puszczę oczko, czy to od razu taki filtr? – żachnął, machając ręką. 
– A gdybym tak to ja ładnie się uśmiechnął i oczko puścił do Lidii by dostać coś taniej, czułbyś się w porządku? – postanowiłem przedstawić mu to nieco z innej strony, a to było najlepsze porównanie, na jakie było mnie stać. 
– Czemu ty ją cały czas przytaczać? – spytał, marszcząc gniewnie brwi. 
– Bo tylko ona a ciebie działa. Lepiej, żeby to był ostatni raz, kiedy to działasz w ten sposób – obwieściłem mu krótko. Nie dam rady tego znieść. Albo to więc zaakceptuje... albo będę się denerwował dalej, będzie to prowadziło do kuchni i tyle będzie z tego związku. – Czego tak w ogóle ci brakuje? Mam już wszystko. Nawet tę głupią koszulę – dopytałem, przyglądając się mu z uwagą. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Czułem, że Elian jest na mnie wściekły za to, co zrobiłem, choć sam wciąż nie potrafiłem dostrzec w swoim zachowaniu niczego naprawdę złego. Nie zdradziłem go. Nie przespałem się z nikim. Jedyne, co zrobiłem, to podszedłem do szlachcica i oczywiście go oczarowałem i to tylko dlatego, że Elian chciał konia. Załatwiłem mu tego konia. Czy to naprawdę powód, żeby mieć do mnie pretensje?
A jednak… coś było nie tak.
Westchnąłem w duchu. On nie wiedział, co tak naprawdę dla niego zrobiłem. Może właśnie dlatego był zły, może widział tylko to co chciał widzieć, gesty wyrwane z kontekstu, które wyglądały zupełnie inaczej, niż były w rzeczywistości. Może myślał, że próbowałem podrywać tamtego mężczyznę. A przecież ten człowiek nic dla mnie nie znaczył.
Miałem tylko nadzieję, że kiedy koń w końcu dotrze, wszystko się wyjaśni. Że Elian zrozumie. Że mi wybaczy, nawet jeśli w jego oczach zrobiłem coś, czego nie powinienem.
- Nie jestem chętny na wino - Przyznałem cicho, naprawdę nie mając na nie ochoty.
- Nie, to nie. Nie musisz pić - Mruknął. W jego głosie wciąż pobrzmiewało niezadowolenie, chłodne i trudne do zignorowania.
Westchnąłem tylko, nie chcąc prowokować kłótni. Skoro nie miał ochoty ze mną rozmawiać, nie będę go zmuszać. Poradzę sobie sam.
W milczeniu obserwowałem, jak Elian razem z naszym kotem zajadają się posiłkiem. Wyglądali niemal spokojnie, jakby napięcie istniało tylko po mojej stronie. Ja sam nie miałem apetytu. Mój wzrok błądził bez celu: od stołu, przez ściany, aż w końcu zatrzymał się na oknie.
Patrzyłem na ulicę, wypatrując mężczyzny, który miał przyprowadzić konia. Mój koń… a właściwie nasz.
Może wtedy wszystko się zmieni.
Może wtedy przestanie się na mnie gniewać i wszystko wróci do normy.
Albo… co gorsza, jego złość tylko się pogłębi.
Bo przecież to nie ja przyprowadziłem tego konia. To inny szlachcic zrobił to za mnie. Ja jedynie… pomogłem mu podjąć decyzję. Oczarowałem go. Skłoniłem, żeby zrobił coś, czego normalnie pewnie by nie zrobił.
Westchnąłem ciężko, przecierając dłonią twarz.
To wszystko było strasznie skomplikowane. I im dłużej o tym myślałem, tym bardziej miałem wrażenie, że niezależnie od efektu i tak mi się oberwie. Za jedno albo za drugie. Za to, że w ogóle się w to wmieszałem. Za to, że użyłem tego, czego używać nie powinienem.
Choć przecież… nie chciałem źle.
Naprawdę nie chciałem.
Ale znając moje szczęście, Elian znajdzie powód, żeby się gniewać jakikolwiek. Może o pieniądze, które będzie musiał wydać. Może o to, że sięgnąłem po coś, co według niego nigdy nie powinno być używane.
„Bo tak nie wolno.”
Zacisnąłem szczękę.
Na Boga… gdyby nie było wolno, nie byłbym tym, kim jestem. Nie robiłbym tego, co robię. To nie jest grzech, przynajmniej nie w moim rozumieniu.
Szkoda tylko, że on widzi to zupełnie inaczej.
Elian skończył swój posiłek, kociak również, a potem bez słowa zebrał brudne talerze i zaniósł je do kuchni. Wrócił po chwili i zatrzymał się przy drzwiach, wyraźnie czekając na mnie jakby chciał, żebym poszedł za nim do pokoju.
Podniosłem się powoli.
Oczywiście po drodze sięgnąłem po wino. Skoro już je dla mnie przyniósł, nie mogło się zmarnować, prawda? To byłoby wręcz niewybaczalne.
Uniosłem butelkę, przyglądając się przez moment ciemnej cieczy, zanim zabrałem je ze sobą idąc grzecznie za partnerem do pokoju.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Nie podobał mi się fakt, że kogokolwiek oczarowywał. Po co to w ogóle robił? Uważał, że nie potrafiłem zadbać o jego potrzeby, i o swoje własne? Nie potrzebuję pomocy. Nie takiej. To było podłe, niewłaściwe... no i jeszcze wymagało oczarowania kogoś. A aby kogoś oczarować, musiał zwrócić na siebie jego uwagę, uśmiechnąć się ładnie, mrugnąć, możliwe, że nawet trochę poflirtować, żeby wyszło to naturalnie... nie, nie podobało mi się to. Jak dla mnie w ogóle nie powinien tej mocy używać. Tylko w bardzo nagłych przypadkach, a teraz zdecydowanie nie było żadnego nagłego przypadku. Miałem wszystko. Czemu mu jeszcze może brakować?
Bez słowa wstałem od stołu i podszedłem do lady. Najgorsze było to, że musiałem teraz stawić czoło Donie, która na pewno była świadkiem rozmowy Serathiona i tamtego głupiego facecika. Na pewno mi to wypomni, i będę musiał tego słuchać, i jeszcze go bronić. Wiem, że nie zrobił nic, co podchodziłoby pod zdradę. Nie potrafiłem jednak nie być zły. Wiem, na czym polega jego umiejętność, i może dlatego byłem na niego taki zły, zwłaszcza, że nie widział w swoim zachowaniu niczego złego. I nie skonsultował tego ze mną. Czego tak bardzo nam niby brakuje, że aż oczarował jakiegoś idiotę? I czemu to musiał być tak przystojny idiota? Nie mógł pogadać z kimś brzydkim? Albo chociaż przeciętnym, jeśli tak już jest uczulony na biedotę, no ale nie, trzeba pogadać z tym najładniejszym w gospodzie. Ugh, same te myśli powodują we mnie złość. A to tylko myśli. 
- Widziałam, jak ten twój... - zaczęła kobieta, kiedy tylko do mnie podeszła. 
- Dona, proszę, nie. Widziałem, wszystko sobie wyjaśniliśmy. Poproszę o jakąś lekką kolację i wino. I mięso dla kota – powiedziałem krótko, trochę chłodno, ale po prostu chciałem jej dać znać dobitnie, że nie mam ochoty na rozmowę, i to jeszcze na ten temat. W sumie, to lepiej, że zszedłem chwilę wcześniej. Bo gdyby Dona mi o tym powiedziała... cóż, byłbym znacznie bardziej zdenerwowany, bo Serathion na pewno by mi się do tego nie przyznał. Powiedziałby mi o tym, gdybym go z tym skonfrontował, a tak to nie powinno wyglądać. 
Poczekałem przy ladzie, aż dostanę swoje zamówienie. Normalnie bym wrócił do stolika, ale jakoś tak... nie miałem ochoty. Bez jedzenia musiałbym z nim rozmawiać, a troszkę się powinienem uspokoić, nim do tego przystąpię. Zdenerwował mnie. Ciekawe, czy on byłby taki całkowicie spokojny, gdybym to ja zaczął gadać z jakąś piękną kobietą, czy przystojniakiem. Albo po prostu z Lidią. Nie upadnę jednak tak nisko, nigdy nie będę rozmawiał z kimś tylko dlatego, by wywołać w nim zazdrość. 
W końcu mogłem wrócić z moim zamówieniem do mojego stolika. Postawiłem pieczoną rybę na stole, talerzyk przed kociakiem oraz kieliszek z butelką wina przed Serathionem. 
- Proszę. Żebyś nie siedział o suchym pysku – rzuciłem krótko do niego, już nieco mniej na niego zły, chociaż dalej gdzieś ta złość we mnie była. 

<Różyczko? C:>

Od Serathiona CD Eliana

Przyznam szczerze, że jego zachowanie trochę mnie zaskoczyło. Co prawda nie zrobił mi sceny, nie powiedział niczego niestosownego przy ludziach, a jednak czułem to wyraźnie, był na mnie zły. Może nawet zazdrosny. O coś, czego przecież nie zrobiłem. Czy naprawdę sądzi, że byłbym zdolny tak po prostu go zdradzić? Tym bardziej na jego oczach, po tym jak jeszcze chwilę temu kochaliśmy się w łóżku?
To bolało bardziej, niż chciałem przyznać. Z drugiej strony… czy mogłem się dziwić? Sam przecież nie byłem święty. Oddawałem się innym bez większego zastanowienia, dla własnej przyjemności. Może więc miał prawo mi nie ufać. A mimo to gdzieś w środku liczyłem, że wobec mnie będzie inny. Że jednak zaufa mi bardziej. A jednak osądza nie wiedząc co tak naprawdę jest na rzeczy.
- Sam widziałeś. Zaczarowałem tego szlachcica, żeby dał nam to, czego potrzebujemy - Wjaśniłem spokojnie, nie chcąc wdawać się w kłótnię. Nie miałem też ochoty tłumaczyć mu wszystkiego wprost, zwłaszcza że chodziło o konia. Przecież on go nie potrzebuje… a przynajmniej tak twierdzi. A potem narzeka, że jest mu za ciężko i że mam mu pomóc. No więc pomogłem. Po swojemu.
Westchnąłem cicho, czując przyspieszone bicie jego serca. Był napięty, niemal rozpalony gniewem i wewnętrzną zazdrością.
- I nie, nie umówiłem się z nim na seks. Nie musisz się martwić - Dodałem ciszej.
Nie chciałem, żeby był zazdrosny. Naprawdę nie chciałem. Ale wiedziałem też, że bez względu na to, jak bardzo będę się starał, pewnych rzeczy nie da się cofnąć. Przeszłość zostaje. I czasem wraca wtedy, kiedy najmniej tego potrzebujemy i chcemy.
Elian westchnął cicho, jakby nie chciał drążyć tematu przy innych. Nie powiedział nic więcej, ale miałem dziwne przeczucie, że to jeszcze nie koniec. Że kiedy tylko zostaniemy sami w pokoju, wróci do tego i spróbuje wyciągnąć ze mnie więcej, niż byłem gotów powiedzieć.
- Twój kot jest głodny. Nie pamiętasz o nim - Zauważył nagle, zmieniając temat.
Zbyt nagle.
Bez trudu wyczułem, że zrobił to bardziej dla świętego spokoju niż dlatego, że rzeczywiście uznał sprawę za zamkniętą.
- No tak… przepraszam. Czasem zapominam o tych bardziej przyziemnych obowiązkach - Przyznałem z lekkim uśmiechem, biorąc od niego kota i przytulając go odruchowo.
Ciepło małego ciała działało uspokajająco, choć napięcie między nami wciąż wisiało w powietrzu, niewypowiedziane, uparte.
Spojrzałem na Eliana uważniej.
- To co? Chcesz usiąść tutaj, czy wolisz wrócić do pokoju i zjeść coś na spokojnie? - Zapytałem, nie odrywając od niego wzroku.
Może dawałem mu wybór miejsca. Ale nie łudziłem się, rozmowy raczej nie unikniemy.
Wiedziałem, że i tak postawi na swoim, niezależnie od tego, czego ja bym chciał.
- Zostańmy tutaj. Chciałbym coś zjeść - Stwierdził, kierując się w stronę jednego z bardziej ustronnych stolików.
Nie protestowałem. Szczerze mówiąc, nie miałem ochoty wracać do pokoju sam. Ruszyłem więc za nim, w milczeniu, dopasowując krok do jego tempa.
Usiadłem naprzeciwko, wybierając miejsce niemal odruchowo, i przez chwilę tylko mu się przyglądałem. Czekałem, aż coś powie. Aż zamówi jedzenie, dla siebie i dla naszego małego, kociego towarzysza, który wiercił się niespokojnie w moich ramionach.
Przez moment miałem wrażenie, że wszystko wygląda zupełnie zwyczajnie.
A jednak napięcie wciąż było między nami, ciche i uparte, jakby tylko czekało na odpowiedni moment, by znów dać o sobie znać.

<Elianie? C:> 

czwartek, 16 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Nim cokolwiek zdążyłem mu wytłumaczyć, zasnąłem. A przecież miałem jeszcze tyle rzeczy do zrobienia... Co prawda, jeszcze jutro mamy trochę czasu, coś mógłbym porobić, z kimś pogadać, czegoś się dowiedzieć... i to w tym momencie wszystko zaprzepaściłem, bo komuś się ruchać chciało. Raz dziennie. Wydaje mi się, że raz dziennie to całkiem sporo. Nie wiem za bardzo jeszcze, jakie mam limity, tak właściwie je dopiero poznawałem przy nim. I to raz dziennie na pewno mnie szybko zweryfikuje. 
Obudziłem się późnym wieczorem. Niezadowolony zauważyłem, że Serathiona nie było obok mnie. Trochę mnie to zaniepokoiło. Zazwyczaj, kiedy otwierałem oczy, on tu przy mnie był. Czekał cierpliwie, jak otworzę oczy, i spędzał ze mną ten czas. A teraz... gdzie on zniknął? Poszedł sam na zewnątrz? Albo...?
Nie. Nie wróci z tym nieszczęsnym koniem, prawda? Nie zrobiłby tego. Nie może. Zabroniłem mu w końcu, wydaje mi się, że wyraziłem się dość jasno. Zapaliłem szybko świeczkę, ubrałem się, zająłem się kominkiem, no i przywitałem z Futerkiem, który to domagał się jedzenia. Czyli nie dość, że wyszedł, to jeszcze go nie nakarmił... A jak to było? Będę się nim opiekował, zajmę się nim. Poniekąd podejrzewałem, że tak będzie, ale jednak miałem nadzieję, że trochę dojrzał przez tego małego kociaka. Ale im dłużej z nami był, tym bardziej zdarzało się mu o nim zapominać, i tylko ja przynosiłem tu jakiekolwiek jedzenie. Kiedy byłem chory faktycznie się nim bardziej zajmował, ale muszę mu przypominać o jedzeniu, o kuwecie, o po prostu dbaniu o niego. 
– Zapomnieli wszyscy o tobie, co? – rzuciłem lekko do kociaka, drapiąc go pod bródką, przez co wydawał z siebie przyjemne mruczenie. I pomyśleć, że kiedyś mi prawie ukradł Serathiona... – Wezmę cię chyba na dół, tam zjesz. Może w międzyczasie twój pan wróci – dodałem cicho, biorąc go na ręce. 
Nie wiem, czy mnie zrozumiał, ale Futerko zamiauczał cicho. Chyba mu się ten pomysł spodobał. Zresztą, nic dziwnego, siedział tu całymi dniami i się wylegiwał, trochę atrakcji mu nie zaszkodzi. Niedługo będzie miał mnóstwo atrakcji, owszem, ale jak mogę mu sprawić małą przyjemność, to z miłą chęcią.
Zszedłem na dół w idealnym momencie. Udało mi się dostrzec, jak Serathion czaruje... kogoś. Kogoś przystojnego. Bogatego. Ułożonego. Widać to było na pierwszy rzut oka. Poczułem zazdrość wymieszaną ze złością. Z jakiegoś powodu go oczarował. Czegoś chciał. Czego? Co mu znów chodzi po głowie? Za mało mu seksu, czy pieniędzy, czy... o co mu chodzi? Nie wystarczam mu? 
Mężczyzna chwilę po tym wyszedł z gospody, a Serathion podszedł do mnie, jak gdyby nigdy nic... i to chyba zdenerwowało mnie jeszcze bardziej. Nie widział w swoim zachowaniu nic złego, a tak to nie powinno wyglądać. 
– Co to miało znaczyć? – spytałem cicho, nie chcąc, by ktokolwiek podsłuchiwał. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

Bardzo chciałem, żeby mnie wziął, tu i teraz, bez zbędnych słów, bez wahania. Żeby po prostu przestał się powstrzymywać.
Przyjemny dreszcz przebiegł po moim ciele, gdy jego usta i zęby musnęły moje ucho. Aż prosiło się o więcej. I szczerze, pragnąłem tego więcej. Bo jeśli teraz mnie nie weźmie… może być pewien, że będzie tego żałował. Zemszczę się na nim. Okrutnie. Tak, że sam poczuje, co stracił.
- Oj tak… jesteś głupiutkim łowcą, który zupełnie nie umie w tę grę… - Szepnąłem z lekkim rozbawieniem, zbliżając się do jego ust. - …ale kocham cię i jestem w stanie to znieść. - Nasze wargi spotkały się w pocałunku, w którym było więcej głodu niż cierpliwości. Chciałem go teraz, natychmiast. A później… później noc mogła przynieść wszystko inne.
Na szczęście Elian przestał się wahać. Dał mi to, czego tak bardzo potrzebowałem, bliskość, ciepło i tę intensywność, której nie da się zastąpić niczym innym. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo za nim tęskniłem, jak bardzo potrzebowałem go przy sobie.
Choć kochaliśmy się zaledwie wczoraj, dla mnie to wciąż było za mało. Za rzadko. Za krótko. Jako wampir czułem więcej, intensywniej, potrzebowałem więcej, częściej… może nawet każdego dnia.
Gdyby tylko był taki jak ja… może zatracilibyśmy się w sobie bez końca. Dni i noce przestałyby mieć znaczenie.
Czułem satysfakcję, gdy doszedł w moim wnętrzu a przez moje ciało przebiegały przyjemne dreszcze, które tak bardzo lubiłem. Mógłbym go czuć cały czas, każdego dnia, w każdej chwili, gdy tylko jest to możliwe.
- Wyglądasz na zmęczonego - Zwróciłem się do niego, gdy ciężko oddychając opadł obok mnie, wyglądając na usatysfakcjonowanego naszym zbliżeniem.
- Wybacz mi, mój drogi… jestem tylko zwykłym człowiekiem. Nie potrafię tak jak ty zatracić się w tym bez końca, nie potrafię kochać się dwadzieścia cztery godziny na dobę - Odpowiedział, co szczerze mnie rozbawiło.
To właśnie z tego powodu uśmiechnąłem się lekko, muskając jego policzek.
- Ależ ja nie oczekuję od ciebie cudów mój drogi, nie oczekuję ruchania dwadzieścia cztery godziny na dobę - Odparłem spokojnie. - Wystarczy, że jesteś… i co najważniejsze, żebyś chociaż raz dziennie mnie przeleciał, o ile miejsce i czas na to pozwoli - Pocałowałem go delikatnie w policzek, pozwalając, by napięcie powoli opadło. - A teraz chyba pora odpocząć, prawda? - Szepnąłem, układając głowę na jego ramieniu. -  Wyglądasz, jakbyś zaraz miał zasnąć - Dodałem, nie chcąc go męczyć bardziej niż to konieczne.
- Nie mogę pójść spać… - Ziewnął cicho, przeciągając się leniwie na łóżku i mimowolnie wtulając się w moje ciało.
- A to dlaczego? - Dopytałem, unosząc lekko brew. Nie bardzo rozumiałem, co chodzi mu po głowie. Przecież w żaden sposób mu tego nie zabraniałem, wręcz przeciwnie, odpoczynek był mu teraz potrzebny.
Przyglądałem mu się uważnie, próbując odczytać jego myśli. Był zmęczony, to było widać na pierwszy rzut oka… a jednak coś go powstrzymywało.
Westchnąłem cicho, przesuwając dłonią po jego ramieniu.
Czekając aż zaśnie, będę dzięki temu mógłbym zrobić to, co planowałem, bez pytań, bez sprzeciwu. Coś podpowiadało mi, że gdyby wiedział, że naprawdę chcę mu przyprowadzić konia zdecydowanie nie byłby zachwycony i tego byłem pewien.
 To właśnie dlatego chcę zrobić mu niespodziankę, licząc na to, że chociaż trochę się ucieszy.

<Elianie? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

 Czekałem na niego spokojnie, nie pospieszając go. Doskonale wiedziałem, że po tych dwóch dniach... cóż, wegetacji, jak to można ująć, będzie potrzebował nieco więcej czasu niż zazwyczaj. Najważniejsze, by udał się na ten spacer, trochę rozruszał kości, i może wszedł do jeziora... nie, nad jezioro nie mogę go zabrać. Dalej tam leży ten demon. Nic go nie zjadło, bo ich mięso jest obrzydliwe. Może... może lepiej, by i on ,i dzieci na jakiś taki dłuższy czas omijały to miejsce. Całe szczęście gdzieś tu jest jeszcze rzeka, nad rzeką nic się nie wydarzyło, jest pięknie, cudownie i wspaniale. Tylko nie do końca wiem, w którą stronę to jest. Byłem tam chyba tylko raz... i to całkowitym przypadkiem. Częściej chodziłem z Mikim nad jezioro. Byłem jednak pewien, że jak się go zapytam, to z pewnością mi odpowie. 
Rozejrzałem się po salonie zastanawiając się, czy wszystko zrobiłem. Wszystko posprzątane, zwierzaki najedzone, naczynia ponure, w kominku dla Banshee i dzieci napalone... chyba tym razem o niczym nie zapomniałem. A to w moim wydaniu było nowością. Chyba coś ta moja głowa w końcu zaczęła trybić. Gorzej, jak zaraz tu podejdzie do mnie Miki i powie mi, że zapomniałem o kilku rzeczach, wtedy już z siebie dumny być nie będę mógł. Na pewno mówił mi o czymś, że mam się ubrać... ale czy ja coś miałem? Byłem trochę ubogi w ubrania. Bardzo szybko je niszczyłem, delikatnie to ujmując. A jak chodzi o ciepłe rzeczy, to już w ogóle miałem ich mało. Faktycznie, miałem jakiś sweter z dawnych lat, ale to był sweter. Jako demon nie założę przecież jakiegoś kiczowatego swetra. Ubiorę płaszcz, i jakoś mi wystarczy, chociaż tak naprawdę ja tam nic nie muszę zakładać. Robię to tylko dla niego, by się mną nie przejmował. A moje ciało po prostu się musi nauczyć żyć z chłodem. Inaczej zbyt długo tutaj nie przetrwam. 
– Już jestem. Przepraszam, że tak długo – usłyszałem za sobą jego cudowny głos. Od razu odwróciłem się w jego stronę. Wyglądał lepiej, o wiele lepiej, chociaż dalej nie był do końca sobą. 
– Nic się nie stało – powiedziałem zgodnie z prawdą. Bałem się, że mogę wywrzeć jeszcze na nim jakąś presję, a tego bym nie chciał. Bardzo dużo ostatnio przeszedł. – Trzeba by ci jeszcze umyć włosy... – mruknąłem do siebie, przesuwając palcem po jego kosmykach.
– Zastanawiałem się nad tym, nie chciałem jednak zbyt długo kazać na siebie czekać – odpowiedział, chyba odrobinkę zawstydzony. 
– To nic. Wyglądasz pięknie. Ogarniemy je, jak już wrócimy znad rzeki – odparłem, chwytając jego dłoń i składając na jej wierzchu delikatny pocałunek. 
– Znad rzeki? Nie idziemy nad jezioro? – spytał, patrząc na mnie ze zmartwieniem. 
– Nie chciałbym cię zabierać nad jezioro. Nie jest tam obecnie najczyściej i coś czuję, że przez dłuższy czas nie będzie. Mięso trochę się rozkłada, a takiej padliny nic nie zeżre – wyjaśniłem łagodnymi słowami. – Rzeka chyba też jest dobra, prawda? Woda to woda, nie powinna ci przeszkadzać. 

<Aniołku? c:>

Od Daisuke CD Haru

 Kiwnąłem głową, chociaż sam nie odczuwałem głodu. Bardziej chroniczne zmęczenie, z chęcią po prostu położyłbym się spać i przespał... sam nie wiem, ile. Czułem, że byłbym w stanie przespać pół dnia, a nawet i dłużej. Brakowało mi takiego porządnego snu, nieprzerwanego na karmienie, przewijanie, mycie... Po prostu miałem serdecznie dosyć. Bałem się jednak o tym powiedzieć na głos, bo jeszcze wyszłoby na to, że jestem złym rodzicem, a na to nie mogłem pozwolić. Nie mogłem pokazać babce, że kiedykolwiek się pomyliła. Albo Haru. Powiedziałem mu, że jestem w stanie zająć się tymi dziećmi, i się nimi zajmę, najlepiej, jak tylko potrafiłem, by wyrosły na cudowne, mądre osoby. Dzięki genom pół sukcesu już za mną, teraz muszę się tylko skupić na opiece i wychowaniu, a to jest zdecydowanie trudniejsze. 
– Co byś chciał zjeść? – zapytał Haru, poświęcając mi całkowicie uwagę. To było urocze. I to nawet bardzo urocze. Nie mogłem go więc teraz tak po prostu zbyć. 
– Cokolwiek ty zjesz, tak naprawdę. Nie ma sensu gotować dwóch osobnych posiłków – powiedziałem zgodnie z prawdą. Gotował bardzo dobrze. Wiedział, co lubię, a czego nie. Byłem bardziej niż pewien, że przygotuje coś, co zjemy oboje ze smakiem. 
– I znów mam kombinować... – westchnął, ewidentnie niepocieszony. Poczułem delikatny przypływ irytacji, ale nie chciałem tego po sobie poznać. Nie chciałem się kłócić. Kłótnie podczas ciąży były dla mnie wystarczająco ciężkie. Nie potrzebowałem ich jeszcze po ciąży. – Może być tatar? 
– Może być. Robisz naprawdę wybornego tatara – przyznałem zgodnie z prawdą. Wszystko musi robić on... a co ja mam powiedzieć? Urodziłem te dzieci. Może nie naturalnie, ale na to możliwości nie miałem. I teraz, przez długi czas, muszę je karmić, opiekować, przewijać, być, bo inaczej zanoszą się płaczem... wymyślanie jednego obiadu to jest nic. Zresztą, nie musi nawet nic wymyślać. Wystarczy jedno zdanie, a kucharz wszystko zrobi samemu. 
– W porządku, zatem tatar... jakieś picie ci do tego przygotować? – zapytał, nad czym trochę się zastanowiłem. Do tatara napiłbym się wytrawnego wina, ale na alkohol będę mógł sobie trochę pozwolić, kiedy już wrócę do swojego prawowitego ciała. Nie mogłem się doczekać. Tęskniłem za sobą samym. Teraz czuję aż za dobrze, że nie jestem sobą. 
– Kawę poproszę – powiedziałem po krótkiej chwili zastanowienia. 
– Kawę? 
– Kawę. Potrzebuję trochę kofeiny – przyznałem zgodnie z prawdą. – A, piesku, zastanów się jeszcze bardzo proszę, w jakiej sukni chciałbyś mnie zobaczyć na swoich urodzinach. W męskich spodniach to ciało nie będzie wyglądać za dobrze, ale może masz coś innego, co byś chciał, żebym założył. Biorąc pod uwagę twoje propozycje podczas miesiąca miodowego na pewno masz coś, co chciałbyś, żebym przyodział – dodałem bez wahania. Byliśmy tu sami... no i były też dzieci. Ale one nic nie rozumiały. Reagowały tylko na ton głosu, a ja mówiłem bardzo spokojnie. 

<Piesku? c:>

Od Eliana CD Serathiona

 Trochę... cóż, byłem nie domyślny. Ale to dlatego, że on jest dziwny. I nie do końca wiem, czego on tam właściwie oczekuje. Czy w tej właśnie chwili powinienem położyć na nim swoje dłonie i wziąć go tak, jak chciał te kilka minut temu? A może już mu się odechciało? Jest zdecydowanie zbyt nieprzewidywalny. Albo to ja jestem zbyt głupi, jak chodzi o uczucia. To też było bardzo prawdopodobne. Kiedy tyle lat od ciebie odpychałem ludzi, to oczywiste było, że jednak nie potrafię tak dobrze rozpoznawać emocji i intencji, zwłaszcza względem mnie samego. Niby wiem, że zawsze ma ochotę na seks, ale jednak nie chciałem go zmuszać. Tyle w końcu jeszcze będziemy mieć okazji w trakcie wspólnych podróży... o ile będzie chciał mnie, i ze mną przebywać. Niby byłem doskonale świadom, że pewnego dnia może mu się odechcieć. Może poznać kogoś innego. Rozum to rozumiał. Ale serce... nie, zdecydowanie nie. 
– To... Chcesz, żebym cię teraz wziął? – zapytałem, nie chcąc błędnie zinterpretować jego wskazówek. Pogubiłem się, i to kompletnie. Najpierw chce jedno, później drugie, następnie trzecie, by na sam koniec wrócić do pierwszej opcji. Czy on naprawdę sądzi, że ja za tym wszystkim nadążam? Czasem mam wrażenie, że jest jeszcze bardziej skomplikowany niż polowanie na jakiegokolwiek wampira. I to dosłownie. 
– No a co innego masz zrobić? – odpowiedział mi pytaniem, ewidentnie retorycznym. Ale w jego ustach brzmiało to tak... sam nie wiem. Jakbym popełniał błąd, chociażby pytając go o to. I w sumie, może właśnie tak było. 
– No... widzę kilka możliwości – przyznałem szczerze. Mogę go w końcu w tej chwili albo spokojnie spędzić z nim czas, albo wyruchać, albo dać mu spokój, bo woli... sam nie wiem, co on by tu mógł beze mnie robić. Może chciałby sobie pomedytować. Albo pobawić się z Futerkiem. No bo przecież już nie poczyta, ja mu nic nie kupiłem, kupowanie książek kiedy się podróżuje jest dosyć kiepskim biznesem. Książki ważą. A ja nie mam kręgosłupa ze stali. Kiedy się zatrzymuję na dłuższy czas, tak jak teraz, to owszem, można wypożyczyć, ale kupić... cóż, jakby tak chciał sobie nosić swoje rzeczy, i dałby mi jeszcze pieniądze na książki, no to może bym mu kupił parę pozycji. Ale skoro nie chce mi ani pomagać nosić tych rzeczy, ani nawet ich spakować, no to nawet nie ma o czym tu mówić. 
– Nawet mnie nie wkurwiał – warknął, na co się zaśmiałem. 
– Chyba już rozumiem w zupełności – odparłem, zbliżając się do niego. Zaraz też chwyciłem go za pośladki, unosząc do góry, a on objął nogami moje biodra. Dokładnie tak, jakbyśmy to wszystko wcześniej omówili, a przecież na ten temat nie padło z naszych ust ani jedno słowo. – Musisz zrozumieć, że ja jestem dosyć głupi. Musisz mówić do mnie znacznie jaśniej – wymruczałem mu do ucha, a następnie przygryzłem jego płatek. Jakoś tak ostatnio bardzo mi się to spodobało, i nie mogę się powstrzymać, kiedy szepcze coś do jego ucha. 

<Różyczko? c:>

Od Mikleo CD Soreya

 Najważniejszy? Nie, nigdy nie czułem się najważniejszy. Wręcz przeciwnie, czułem się równy jemu i dzieciom. Nic mi nie było, już nie.
Byłem ranny, to prawda, ale zdążyłem wyzdrowieć. Wszystko było w porządku, naprawdę nie trzeba było się mną przejmować. Mógłby sobie odpuścić, przestać się martwić poradzę sobie. Powinien o tym wiedzieć.
Dlatego teraz to on powinien pomyśleć o sobie. Na dworze było zimno, a ja nie chciałem, żeby coś mu się stało. Wiem i rozumiem, że jest demonem silniejszym, odporniejszym na zimno i przeciwności losu, ale to wcale nie znaczy, że nie odczuwa dyskomfortu. A ja nie chciałem, żeby przy mnie czuł jakikolwiek.
Kochałem go. Był dla mnie bardzo ważny, tak samo jak ja byłem ważny dla niego. Właśnie dlatego zawsze stawiałem jego i dzieci na pierwszym miejscu, dopiero potem siebie.
- Możesz być silny i niezniszczalny, ale to niczego nie zmienia - Zawsze będę się o ciebie martwił. Bo cię kocham. To normalne, że jesteś dla mnie całym światem - Wyszeptałem cicho, uśmiechając się łagodnie i przytulając do jego ciała.
- Ty po prostu jesteś za dobry, aniołku - Odpowiedział z lekkim uśmiechem, składając delikatny pocałunek na moim czole.
- Może i tak… - Westchnąłem cicho. - Ale dzięki temu, że ja jestem „za dobry”, ty też się zmieniłeś. Stałeś się dobrym demonem. Może nie dla wszystkich… ale dla nas, dla mnie i dla dzieci jesteś. I to jest dla mnie najważniejsze. - Podniosłem się powoli z łóżka, czując jeszcze lekkie napięcie w mięśniach, i przeciągnąłem się, rozluźniając ciało. - No dobrze, skoro chcesz iść ze mną na spacer, nie mam nic przeciwko - Dodałem, spoglądając na niego z troską. - Ale ubierz się trochę cieplej. Nawet jeśli twoje ciało wiele znosi… nie chcę, żeby cierpiało. - Poprosiłem, całując go w policzek.
Sorey westchnął ciężko, ale nie kłócił się ze mną. Wyraźnie widział, że to nie ma najmniejszego sensu. Znał mnie zbyt dobrze, żeby próbować mnie przekonywać, kiedy już coś sobie postanowiłem. A ja naprawdę chciałem dla niego jak najlepiej. Kochałem go i wiedziałem, że będę kochał nadal. Skoro się o niego martwiłem, to okazywanie tego było czymś zupełnie naturalnym. I nie zamierzałem tego ukrywać.
- Dobrze, już dobrze - Mruknął w końcu z lekką rezygnacją. - Pójdę się ubrać. A ty w tym czasie przebierz się w coś bardziej wyjściowego… w takich ubraniach oglądać mogę cię tylko ja. - Uśmiechnął się lekko, po czym nachylił się i złożył delikatny pocałunek na moim czole, zanim zniknął mi z oczu.
Łagodny uśmiech od razu pojawił się na mojej twarzy, gdy tylko wyszedł. Przez chwilę jeszcze stałem w miejscu, jakby zatrzymany tym krótkim gestem, a potem ruszyłem w stronę łazienki.
Czas było doprowadzić się do porządku.
Założyłem czyste, bardziej odpowiednie do wyjścia ubrania, a potem spojrzałem w lustro, przeczesując palcami włosy. Wyglądały… cóż, dokładnie tak, jak można było się spodziewać po dwóch dniach spędzonych głównie w łóżku. Nie poświęcałem im wtedy zbyt wiele uwagi, właściwie żadnej.
Westchnąłem cicho pod nosem, sięgając po szczotkę.
- Najwyższa pora coś z tym zrobić… - Szepnąłem do siebie, zaczynając powoli doprowadzać się do porządku. Aby wejść wspólnie na zewnątrz, ładnie i pachnący.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

 Skupiałem się na nim, bo go kochałem. On i nasze dzieci byli dla mnie najważniejsi, nie istniało nic ani nikt ważniejszy od tej trójki istot, które dawały mi szczęście, spokój i radość. Przy nich nie potrzebowałem już niczego więcej.
- Dbam o siebie i pilnuję, żeby wszystko było ze mną w porządku… tak samo jak z wami. Jeśli poczuję się źle, niekomfortowo albo słabo, po prostu dam ci znać. Nie musisz się martwić. Nie jestem już dzieckiem, tylko dorosłym mężczyzną, który potrafi się wami zaopiekować… ale spokojnie, myślę też o sobie - Zapewniłem, całując go w policzek i poprawiając się wygodniej na łóżku.
- Dbając o mnie i o nas, robisz coś pięknego… ale musisz bardziej zadbać o siebie. Jeśli coś ci się stanie… ja nie dam rady sam wychować dwójki dzieci - Jego słowa były szczere i pełne troski. Był tylko jeden problem coś, czego chyba nie dostrzegał albo o czym zapominał.
- Skarbie… przypominam ci, że jestem wilkołakiem - Powiedziałem cicho, przyciągając go bliżej. - Nie umrę tak łatwo. Nie męczę się tak jak ty i nie potrzebuję tyle energii. Jestem silniejszy, bardziej odporny na codzienność. Mogę zrobić więcej, znieść więcej… chronić ciebie i dzieci. A jednocześnie wciąż mam siłę, żeby nie zapominać o sobie. - Objąłem go mocniej, przytulając do swojej piersi. - A teraz śpij… mamy mało czasu, zanim maluchy się obudzą - Dodałem łagodnie, gładząc go po policzku.
- Dobrze… porozmawiamy o tym później, kiedy będzie odpowiedni moment. Teraz naprawdę powinniśmy się przespać - Wyszeptał cicho, ziewając i chowając twarz w moich ramionach.
Westchnąłem cicho, patrząc na niego z czułością. Był taki zmęczony… aż ściskało mnie w środku.
Moje biedactwo… mój mały skarb.
Maluchy nie pozwoliły nam spać zbyt długo, zaledwie dwie godziny. Mimo to wystarczyło, by choć trochę zregenerować ciało i oczyścić głowę. Dzięki temu mogliśmy znowu funkcjonować, nawet jeśli wciąż byliśmy zmęczeni.
Daisuke najpierw nakarmił naszą córeczkę, podczas gdy ja zajmowałem się synkiem. Siedzieliśmy blisko siebie, jeszcze półprzytomni, ale skupieni na dzieciach. W pomieszczeniu panowała cisza przerywana jedynie ich cichymi odgłosami i naszym spokojnym oddechem.
Po chwili zamieniliśmy się rolami. Delikatnie głaskałem Sayuri po plecach, starając się ją uspokoić, gdy Daisuke karmił Takumi'ego. Każdy ruch był spokojny, wyuczony, jakbyśmy od zawsze wiedzieli, co robić.
To były te krótkie momenty, między zmęczeniem a spokojem, w których czułem, że mimo wszystkiego jesteśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy być.
Maluchy oczywiście najadły się do syta, odbiło im się, po czym znów spokojnie zasnęły. W pokoju ponownie zapanowała cisza.
My natomiast… po zaledwie dwóch godzinach snu nie mieliśmy już chyba ochoty dalej spać. Zostawało nam jedynie posiedzieć razem w tej przyjemnej ciszy albo coś zjeść.
Szczerze mówiąc, ja sam coraz bardziej skłaniałem się ku tej drugiej opcji. Mój żołądek dawał o sobie wyraźnie znać, skręcając się z głodu, więc dobrze byłoby w końcu go uciszyć.
Spojrzałem na niego, jeszcze przez chwilę wsłuchując się w spokojny oddech dzieci.
- Chciałbyś może coś zjeść? - Zapytałem cicho. - Ja zaczynam być naprawdę głodny… - Lekko się uśmiechnąłem, przeciągając się ostrożnie, żeby nie obudzić maluchów.

<Paniczu? C:>

Od Serathiona CD Eliana

 Zmarszczyłem brwi, wpatrując się w niego uważnie. Każdy jego krok prowadził w stronę drzwi, jakby naprawdę zamierzał po prostu wyjść. Tak o. Bez słowa. Bez niczego. Bez dania mi tego na co mam największą ochotę, jak to tak? Nie podoba mi się ten pomysł.
- Chwila, chwila… chcesz tak po prostu stąd wyjść, nawet mnie nie ruchając? - Zapytałem, unosząc jedną brew z wyraźnym zawodem. Nie rozumiejąc jego głupiego zachowania, nie tego się po nim spodziewałem.
Serio? Tak to ma wyglądać?
Poczułem, jak narasta we mnie irytacja, zmieszana z czymś znacznie bardziej gorzkim. Miałem nadzieję. To znaczy, nie, byłem niemal pewien, że zrobi coś więcej. Że podejdzie bliżej. Że pokaże, że mu zależy, że mnie chce. Że przestanie się tak cholernie powstrzymywać. Że mnie z łaski swojej tak po prostu przeleci. A on co? Nic, tak zupełnie nic.
Jakby to w ogóle nie miało dla niego znaczenia.
Zacisnąłem szczękę, czując jak wzbiera we mnie frustracja.
Co za drań. On jest głupi, prostak i drań.
Myśli tylko o sobie. O tym, żeby wyjść, żeby mieć spokój, zamiast… zamiast chociaż spróbować. Zrobić coś aby mnie do siebie przekonać, co za.. brak mi słów.
Jeszcze tego pożałuje.
Jeszcze sprawię, że nie będzie mógł o mnie zapomnieć.
- A ty chcesz, żebym cię przeleciał? - Rzucił, zatrzymując się w pół kroku. - Myślałem, że nie masz na to ochoty. - Ocho. Co za drań.
Ja nie mam ochoty?
Czy on sobie ze mnie żartuje? Przez chwilę tylko patrzyłem na jego plecy, próbując zrozumieć, czy mówi poważnie. Przecież… czy ja kiedykolwiek odmówiłem? Dałem mu choć jeden powód, żeby tak pomyślał?
Nie.
I on powinien o tym doskonale wiedzieć.
Poczułem, jak coś we mnie się napina, mieszanka niedowierzania i narastającej irytacji.
- Ty tak poważnie zadajesz mi to pytanie? - Zapytałem w końcu, unosząc jedną brew, powoli odwracając wzrok w jego stronę.
W moim głosie było więcej niż tylko zdziwienie. Było w nim wyzwanie.
Jakby czekałem, aż spróbuje się z tego wyplątać.
- Poważnie? Mówisz mi, że nie masz na mnie ochoty, a potem dziwisz się, że nic się nie dzieje między nami? - Zapytał, odwracając się w moją stronę z wyraźnym wyrzutem.
Ocho. Czy on naprawdę próbuje mi wmówić, że to moja wina?
Poczułem, jak coś we mnie się gotuje. Naprawdę miał szczęście, że go kocham… w innym wypadku ta rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej.
- A ty nie potrafisz się domyślić? - Odpowiedziałem spokojniej, niż się czułem, unosząc jedną brew.
- Nie. Nie potrafię - Odparł bez wahania. - Wolę konkrety, mój drogi. - Westchnąłem cicho, kręcąc głową z lekkim niedowierzaniem.
Naprawdę bywał momentami aż tak… niedomyślny, że brakowało mi słów.
- W takim razie musimy nad tym popracować - Stwierdziłem, pozwalając sobie na lekki, zaczepny uśmiech. - Nie może być tak, że niczego się nie domyślasz. - Zrobiłem krótką pauzę, przyglądając mu się uważniej. - Ale to nie teraz - Fodałem ciszej, zbliżając się o krok. - W tej chwili wolałbym, żebyś skupił się na czymś innym. - Uśmiechnąłem się do niego zadziornie, a w moim spojrzeniu było już tylko jedno, wyraźne pragnienie jego bliskości. Chciałem aby coś zrobić i zdecydowanie nie psuł tej chwili.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Czy ja się czegokolwiek spodziewałem? Sam nie wiem. Chciałem wypić herbatę. No i też musiałem się spakować. Skoro chcemy wyruszać jutro, musimy być przygotowani, i to na wszystko. W sumie, w każdym momencie. Co prawda, nikt nie narzekał na niego, poza Doną i jej córką oczywiście, nikt nigdy nie skojarzył faktu, że wychodzi dopiero po zmroku, ale wolałbym, aby tego akurat nikt nie zauważył. To akurat byłoby zbyt podejrzane. 
– Tak właściwie, to już skończyłem. Wypiłem herbatę, spakowałem już wszystko, w tym twoje rzeczy, i już do jutra... chyba jestem wolny – powiedziałem, zastanawiając się nad tym. Dosłownie zrobiłem wszystko, co na tę chwilę mogłem. Jutro tylko zebrać rzeczy i już wyruszać... w końcu. Oby mu to na dobre wyszło. Tylko to mi pozostało. 
– No to ci gratuluję – powiedział krótko, co mnie zaskoczyło. To spodobało, że pomyślałem o dwóch rzeczach. Albo jest na mnie obrażony, bo nie zwróciłem na niego tyle uwagi, ile chciał. Albo już jest pochłonięty zupełnie innymi rzeczami. Mam nadzieję, że tego głupiego konia już z musli wyrzucił. Żaden koń, muł, czy osioł nie jest mi potrzebny. Mam w końcu niewiele rzeczy.
– A dziękuję – uśmiechnąłem się do niego delikatnie. – Czy moja Różyczka ma na coś teraz ochotę? – spytałem grzecznie. Chciałem po prostu wiedzieć, czy czegoś nie potrzebuje. On jest... po prostu dziwny. W jednej chwili mu się będzie chciało, a w drugiej... cóż, będzie miał zupełnie inne zdanie. Chcę po prostu wiedzieć, na czym stoję, bo skoro jest to mój ostatni dzień tutaj, nie będę go marnował w pokoju, z jaśnie obrażonym. To nie jest miła atmosfera, i ja się jej nie poddam. Wystarczy mi, że będzie ona podczas podróży... a może jej nie będzie? Sam już nie wiem. On jest trochę... cóż, przedziwny. I zdecydowanie nieprzewidywalny. 
– Na pewno nie na ciebie – odparł, na co pokiwałem głową. Taki był jego wybór, i ja go akceptowałem. Nie będę go przekonywał do swojego wyboru. To byłoby zdecydowanie nie w porządku. 
– Skoro tak chcesz. Ja w takim razie zejdę na dół – oznajmiłem mu, co go trochę rozjuszyło. 
– Jak to? Nie posiedzisz tu ze mną? – spytał zaskoczony. Czy on się spodziewał, że będę o niego walczył? Jeśli tak... Cóż, czeka go niemiła niespodzianka. 
– Nie chcesz mnie. Czemu w takim razie mam cię do czegokolwiek zmuszać? – rzuciłem lekko, poprawiając swoje włosy. Już bardziej tak z przyzwyczajenia, w końcu mu opadały na czoło i przeszkadzały. Może w końcu je powinienem jakoś skrócić...? Chociaż minimalnie. Wtedy na pewno byłoby lepiej ze mną. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

Nie podobało mi się to, że wybrał herbatę zamiast mnie, ale co niby miałem zrobić? Zmuszać go do seksu? Zdecydowanie nie. To nie byłoby wobec niego w porządku, a ja, mimo wszystko, miałem jeszcze jakieś granice.
Poza tym pakowanie? Nie ma mowy, żebym robił to za niego. To jego rzeczy. Nawet nie wiedziałbym, od czego zacząć, co gdzie włożyć, co jest dla niego ważne, a co nie. Niech sam się tym zajmie.
Leżąc na łóżku, wpatrywałem się w sufit i nie odpowiedziałem już na jego słowa. Niech robi, co chce. Ja zajmę się sobą.
Elian, widząc, że nie mam ochoty na rozmowę, spokojnie dopił herbatę, a potem bez słowa zabrał się za pakowanie. Cisza między nami była ciężka, ale nie na tyle, żebym chciał ją przerwać...
Ja natomiast, mając aż za dużo czasu dla siebie, zacząłem rozmyślać o czymś zupełnie innym, o koniu dla niego. To znaczy… nie zamierzałem go kupować. Nie byłem aż tak rozrzutny, nawet jeśli byłbym w stanie zdobyć takie pieniądze. Ale przyprowadzić konia? To już brzmiało znacznie ciekawiej.
Oczywiście nie miałem zamiaru nosić go na rękach, choć jako wampir pewnie dałbym radę. Sama myśl była nawet zabawna. 
Nie, zdecydowanie lepiej byłoby to rozegrać sprytniej.
Powinienem znaleźć jakiegoś naiwniaka. Kogoś podatnego na urok, kogoś, kto spojrzy na mnie trochę za długo. Oczarować go, wykorzystać… a potem sprawić, żeby sam oddał mi konia. Może nawet z wdzięcznością.
Tak. To był zdecydowanie najlepszy pomysł.
Leżałem dalej na łóżku, wpatrując się w sufit, pozwalając myślom płynąć. Im więcej czasu mijało, tym bardziej absurdalne, a jednocześnie genialne, stawały się moje pomysły. Może dla mojego partnera byłyby one koszmarem… ale dla mnie?
Dla mnie były po prostu rozrywką.
Bo prawda była taka, że najbardziej lubiłem właśnie to, mieć czas, by wymyślać rzeczy, na które inni nigdy by się nie odważyli.
Elian w końcu spakował wszystkie swoje rzeczy i wrócił do mnie. Zatrzymał się gdzieś obok łóżka, nie byłem pewien, czy czeka na spojrzenie, na jakąś reakcję… ale ja nawet o tym nie pomyślałem.
To było nowe.
Chyba pierwszy raz nie miałem ochoty, żeby go dotknąć. Pierwszy raz nie myślałem o tym, żeby się do niego zbliżyć.
Bo kiedy ja tego chciałem, on wybrał ubrania.
Więc teraz niech robi, co chce.
- Wszystko gotowe. - Jego głos przerwał ciszę. - Jutro rano możemy ruszać. - Po chwili materac ugiął się lekko, kiedy położył się obok mnie. Czułem jego spojrzenie na sobie uważne, trochę zbyt długie.
Odwróciłem głowę dopiero po chwili, jakby od niechcenia.
- Znakomicie - Mruknąłem. - Ten pomysł naprawdę mi odpowiada. Nareszcie wyrwiemy się z tego paskudnego miejsca. - Zerknąłem na zegarek, bardziej dla zajęcia czymś oczu niż z rzeczywistej potrzeby.
Jeszcze trochę.
Jeszcze chwila, dłuższa chwilay i będę mógł w końcu wyjść. Zostawić to wszystko za sobą, choćby na moment. Znaleźć konia. Zająć się czymś prostym. Czymś, co nie patrzy na mnie w ten sposób.
Obok mnie Elian poruszył się niespokojnie.
- Tylko tyle? - Zapytał cicho.
Uniósł brew, jakby naprawdę go to zdziwiło. Albo zabolało.
Spojrzałem na niego w końcu, już bez udawania obojętności.
- A czego się spodziewałeś? Masz co robić nie będę ci przeszkadzać - Wyjaśniłem, czekając tylko na noc, gdy on zaśnie ja wymknę się z budynku, a wtedy przyprowadzę mu konia, pięknego konia.

<Elianie? C:> 

Od Eliana CD Serathiona

     Ależ on był niezdecydowany. Najpierw każe mi zakładać koszulę, a później chodzić bez niej. A ogień rozpalony w kominku nie jest. I nie było zbyt ciepło... chociaż, nie mogłem przecież narzekać na zimno. Na dworze było znacznie zimniej. Myślę, że mogę trochę wytrwać bez koszulki. Dla jego dobra. 
– Z tego, co kojarzę, to ty miałeś mi płacić, nie ja tobie – zauważyłem, na razie trzymając moją ulubioną, ciemną koszulę w rękach. Była nie dość, że wygodna, to jeszcze kolor był idealny, może już odrobinkę wypłowiały, ale dalej pasował do mnie i mojego sposobu życia. A on mi każe niebieski nosić... jak dobrze, że nie muszę tego robić codziennie. 
Chociaż, jak nie będę robił tego codziennie, to po co mi ona? Będzie kolejnym zbędnym balastem... no ale niech już ma. Będę ją zakładał, kiedy będziemy nocować w gospodach. Ale też zakładać tak ładną koszulę do spania... naprawdę nie mam pojęcia, po co ją kupiłem i kiedy ja mam z niej korzystać.
 – Ale jak będę ładnie zachęcony, moja opłata będzie bardzo satysfakcjonująca – wymruczał, podchodząc do mnie i kładąc swoje lodowate dłonie na mojej klatce piersiowej. Mimowolnie zadrżałem. To na początku nigdy nie jest najprzyjemniejsze uczucie. – I tak sobie myślę... może do kompletu powinieneś zdjąć spodnie?
 – Zanim do czegokolwiek dojdzie, chciałbym wypić herbatę. Jak wystygnie, nie będzie dobra – odpowiedziałem spokojnie, nie przejmując się zawodem na jego twarzy. Nie może być tak, że jemu się zachce i mam mu to dawać. 
– Naprawdę? Herbatę chcesz pić zamiast się kochać? Ile ty masz lat? Dwadzieścia trzy czy siedemdziesiąt trzy? – spytał, kręcąc z niedowierzaniem głową. Zdecydowanie nie był zadowolony. No cóż, nie moja wina. 
– Dwadzieścia trzy, i chcę się napić ciepłej herbatki – moje usta drgnęły w delikatnym uśmiechu. Bawiło mnie to, jak on jest zdenerwowany, i jak bardzo chce usiąść na moim kutasie. Coś czuję, że jak go tak drażnienie się skończy, że się obrazi na jakieś pięć lub dziesięć minut. I zaraz do mnie przyjdzie. Albo ja przyjdę do niego. Jak nie... cóż, po wczorajszym czuję się bardzo dobrze. Wziąłem go jak chciałem, zrobiłem, co chciałem, czy potrzeba mi czegoś więcej? Ciepłej herbaty, to z pewnością.
 – Zachciało mi się mieć starucha z ciałem jak młody bóg – burknął niezadowolony, opadając na łóżko. 
– Wiesz, skarbie, jeśli chcesz, żebym szybciej się z tobą zajął, możesz rozpakować zakupy i je spakować. Byłbym ci bardzo wdzięczny – dodałem, zarzucając na ramiona koszulę, ale jeszcze jej nie zapiąłem.
– Spakować? A co, ja pakowacz jakiś jestem? Poza tym, skąd ja mam wiedzieć, jak ty tam sobie chcesz spakować te rzeczy? – mruknął, na co westchnąłem cicho. Jeszcze tym będę się musiał w takim razie zająć. 
– Zatem jeszcze sobie na mnie musisz poczekać – stwierdziłem lekko, zabierając się za picie mojej ulubionej herbaty. 

<Różyczko? c:>

środa, 15 kwietnia 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Ucieszyłem się, gdy jego słowa do mnie dotarły. Naprawdę, szczerze nie mogłem się doczekać, aż założy na siebie tę niebieską koszulę, którą sobie kupił. A jeszcze bardziej, aż zobaczę tę drugą, którą w końcu wyjmie ze swojej torby.
- No to na co czekasz? Wyjmuj ją, chcę cię w niej zobaczyć - Powiedziałem, może nawet trochę zbyt stanowczo. Po prostu nie potrafiłem ukryć niecierpliwości.
Elian westchnął ciężko, ale bez słowa sięgnął do torby. Po chwili wyjął koszulę i rozłożył ją przede mną. Materiał wyglądał na miękki, a kolor był głęboki, niemal hipnotyzujący.
- Ależ ona jest piękna - Powiedziałem z wyraźnym zachwytem, już wyobrażając sobie, jak będzie w niej wyglądał. - No dalej, załóż ją. Proszę. - Zależało mi na tym bardziej, niż chciałem przyznać. Chciałem zobaczyć go w czymś nowym. W czymś, co może lepiej odda to, kim jest.
Nie skomentował moich słów. Po prostu, spokojnie i bez pośpiechu, zdjął poprzednią koszulę i założył tę niebieską. Gdy poprawił materiał na ramionach, na chwilę zamarłem.
Wyglądał znakomicie.
- Ale ty jesteś przystojny… - Wymruczałem, podchodząc bliżej. Moje spojrzenie błądziło po jego sylwetce, jakbym chciał zapamiętać każdy szczegół. - Wyglądasz, jakbyś zapłacił za nią mnóstwo pieniędzy - Przesunąłem dłonią po materiale, wygładzając niewidzialne zagniecenia.
- Oj, uwierz mi… zapłaciłem za nią znacznie więcej niż za zwykłą czarną koszulę - Mruknął. W jego głosie pobrzmiewała nuta udawanego niezadowolenia. - Będziesz musiał się za to jakoś odwdzięczyć. I to nie raz… tylko kilka. - Uniósł lekko brew, patrząc na mnie znacząco. - A ja zdecyduję, kiedy spłacisz swój dług. - Uśmiechnąłem się pod nosem, bo doskonale wiedziałem, jak mam mu się odwdzięczyć.
- Nie martw się, mój drogi. Odwdzięczę się, tego możesz być pewien. Odwdzięczę się, kiedy tylko będziesz tego chciał - Zapewniłem cicho, unosząc się lekko na palcach, by musnąć jego usta.
Zatrzymałem się tuż przy nim na dłużej, nie odrywając spojrzenia. Przez chwilę po prostu patrzyłem, jakby to wystarczało, jakbym nie mógł się nacieszyć jego widokiem. A wyglądał naprawdę… zjawiskowo.
- Zakładaj ją częściej, dobrze? - Powiedziałem łagodniej, niemal z troską. - Ale nie w drodze. Nie chciałbym, żeby coś jej się stało podczas walki. - Obserwowałem go uważnie, gdy bez pośpiechu zaczął rozpinać guziki. 
Od razu dostrzegłem jak materiał przesuwa się po jego skórze, gdy zdejmował koszulę, jakby wcale nie zależało mu na czasie.
I chyba właśnie to sprawiało, że trudno było oderwać wzrok.
- O to mój drogi się nie martw. Zdecydowanie nie będę nosił jej zbyt często. Nie chcę, żeby każdy zwracał na mnie uwagę… w porównaniu do ciebie, nie przepadam za tym - Stwierdził, wzruszając lekko ramionami i odkładając koszulę na oparcie krzesła.
A szkoda, że już ją zdjął tak dobrze na nim leżała.
- Sprytne - Zauważyłem, przyglądając mu się uważnie, z cieniem uśmiechu na ustach.
Dostrzegając, że chce założyć swoją standardową koszulę, tą smutną czarną, na tak piękne ciało które lubiłem podziwiać. - Ale może… nie zakładaj jej jeszcze od razu, co? - Zrobiłem krok bliżej, nie odrywając od niego spojrzenia. - Chętnie popatrzyłbym na ciebie jeszcze chwilę - Dodałem ciszej, oblizując wargi, jakbym nawet nie próbował tego ukrywać, w sumie nie próbowałem, lubiłem na niego patrzeć i tego nie ukrywałem.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Ależ on się uparł na ten niebieski. I coś czuję, że mi nie odpuści, i jeżeli ja sobie czegoś nie kupię, no to kogoś zaczaruje i dostanę ją za darmo, a tak być nie może. To kradzież. Z dwojga złego już to kupię i nie będzie ani mi truć dupy, ani kraść tej nieszczęsnej koszuli. Dobrze, że sobie fioletu nie zażyczył. Takie ubrania są tak drogie, jak zboże, a ono w zimę kosztuje korcie. 
– Zobaczę, czy czegoś nie sprzedają. Chociaż nic nie obiecuję. Nie wydam na głupią koszulę małej fortuny – ostrzegałem go, i taka była prawda. Ustaliłem sobie w głowie pewien próg, i go nie przekroczę, choćby nie wiem, co. Muszę w końcu zostawić sobie trochę pieniędzy na podróż, zwłaszcza, że być może nie będę miał tam żadnych zleceń. Wiem, że niby Serathion może zawsze zatrzepotać rzęsami i zrobić dla nas wszystko... ale to byłoby po prostu nieuczciwe. Bardzo nieuczciwe. Wiem, że życie jest niesprawiedliwe, doświadczyłem tego na własnej skórze. Że kiedy sytuacja na to pozwala, trzeba wykorzystać każdą okazję. Ale ta moc Serathiona... nie wiem, nie potrafię. Źle się bardzo z tym bym czuł. 
– Jak takie drogie, to ja ci mogę załatwić – uśmiechnął się do mnie znacząco. Oczywiście, że o tym pomyślał. Może nie powinienem mu mówić o tym koniu? W przeciwnym razie by na to nie wpadł, i niczego by nie kombinował. Bo ja tę minę znałem. I to jeszcze jak dobrze znałem. Jeżeli jutro otworzę oko, i będę miał jakiegoś karego konia w pokoju, to ja się nie zdziwię. On... on byłby w stanie to zrobić. 
– Załatwić to mi możesz swoją pomoc w dźwiganiu tobołów. Mógłbym zabrać więcej, i miałbym trochę łatwiej – rzuciłem, obserwując jego reakcję. Oj, tę niechęć rozpoznam wszędzie. Zdecydowanie to coś, co mu się nie spodobało. 
– Oj, nie, nie, nie. Ja jestem stworzony do bycia pięknym. Tyle robić mogę – uniósł dumnie nosek. 
– Ależ oczywiście. Do zobaczenia później – odpowiedziałem, i opuściłem pokój. 
Chciałem się wyrobić jak najszybciej. Im mniej czasu na zewnątrz, tym lepiej dla mnie. Im szybciej wrócę do ciepłego, tym lepiej dla mnie. 
Najpierw oddałem książkę, póki o tym pamiętałem, po czym zająłem się zakupami. W oko rzuciło mi się kilka tych koszul niebieskich, które on tak strasznie chciał na mnie zobaczyć. Udało mi się nawet jedną kupić, potargowałem się się i wyszło mnie to odrobinkę taniej niż normalnie... no, ale zawsze to parę gorszy. 
Kiedy wróciłem, byłem mocno zziębnięty. Poprosiłem Donę o coś ciepłego do picia, trochę pogadałem z nią o tym, że jutro wyruszamy. Nie spodobało jej się to. Może nawet trochę przestraszyło, bo przecież dalej jest zimno. Trochę próbowała mnie przekonać do zostania, no ale wszystko już było załatwione. Nie mogłem tego odwołać. 
– Już jestem – powiedziałem, wchodząc do pokoju. Żadnego konia. Aż trochę byłem w szoku. 
– Masz? – spytał, a jego oczy rozbłysły jak dwa ogniki. 
– Mam – odpowiedziałem, zakładając oczywiście, że chodzi mu o tę nieszczęsną koszulę. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 No dobrze rozumiałem, że skoro on ma plan na cały dzień, to ja będę musiał ułożyć sobie plan na całą noc.
Musiałem tylko zdecydować, od czego zacząć. Najważniejsze wydawało się znalezienie odpowiedniego wierzchowca. Konia. Ale nie byle jakiego, nie, to nie wchodziło w grę. Musiał być idealny. Piękny. Może nawet czempion, zwierzę o nieskazitelnej postawie i rodowodzie, który wzbudzałby podziw jeszcze zanim zdążyłby się poruszyć.
Tylko… po co właściwie?
Przecież ten koń nie miał być dla mnie. To nie ja miałem na nim jeździć, nie ja miałem się nim opiekować. A jednak nie potrafiłem wyzbyć się tej myśli. Potrzeby, żeby był wyjątkowy. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.
Westchnąłem cicho.
Chyba po prostu było to jedno z tych moich upartych pragnień, z którymi nawet nie próbowałem walczyć.
- Oczywiście, zrób, co musisz. Ja sobie tu poczekam, aż wrócisz - Powiedziałem w końcu, sięgając po książkę leżącą na stole. - Spróbuję ją przeczytać, zanim wrócisz ze śniadania. Właściwie… dobrze byłoby oddać ją przed wyjazdem - Dodałem po chwili, bardziej do siebie niż do niego.
- Tak, oddam ją dzisiaj. Dobrze, że mi przypomniałeś - Odparł, zatrzymując się na moment przy lustrze, by poprawić włosy.
Przez chwilę obserwowałem jego odbicie, jakby miało zaraz zniknąć szybciej niż on sam.
- Idę. Niedługo wrócę. - Pochylił się i ucałował mnie w czoło, gest krótki, niemal odruchowy, a jednak pozostawiający po sobie ciepło, które trwało dłużej, niż powinno.
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, zniknął z mojego pola widzenia, a drzwi zamknęły się za nim cicho, niemal bezgłośnie.
Zostałem sam.
Z książką w dłoniach i myślami, które nie dawały mi spokoju.
Spojrzałem na okładkę, przesuwając palcami po jej lekko wytartej powierzchni.
Musiałem ją w końcu przeczytać. Nie tylko po to, żeby móc ją oddać z czystym sumieniem ale też po to, żeby choć na chwilę przestać myśleć o wszystkim innym.
Skupiony na książce, nawet nie zauważyłem, kiedy wrócił. Zorientowałem się dopiero w ostatniej chwili, dokładnie wtedy, gdy kończyłem czytać ostatnie zdanie.
Historię chłopca, który został odnaleziony.
Szczęśliwe zakończenie...
Zamknąłem książkę powoli, przez moment wpatrując się w jej okładkę, jakby miała mi jeszcze coś wyjaśnić. Nie byłem pewien, czy czuję satysfakcję. Chyba spodziewałem się czegoś innego. Czegoś trudniejszego, mniej oczywistego. Zdecydowanie nie tego.
Westchnąłem cicho.
No nic. Będę musiał to jakoś przetrwać.
- Przeczytałeś już? Mogę ją zabrać - Podniosłem wzrok. Stał już przy drzwiach, narzucając na ramiona kurtkę, jakby od samego początku wiedział, że nie zostanie tu długo. Spojrzał na mnie przelotnie, ale wystarczająco uważnie, żebym poczuł to spojrzenie gdzieś głębiej.
Podniosłem się z łóżka podchodząc bliżej niego, aby oddać mu dwie książki.
- Proszę. Oddaj je… - Zawahałem się na moment, jakby to, co chciałem powiedzieć dalej, było bardziej istotne, niż powinno. - I jeśli mogę cię o coś poprosić… kup chociaż jedną niebieską koszulę. - Uniósł lekko brwi, a ja wzdychając ciężko już wiedziałem o co mu chodzi. - Chciałbym zobaczyć cię w czymś nowym - Dodałem wyraźnie chcąc aby to zrobił. - W czymś innym niż ta ciągła czerń i biel. - Wyjaśniłem. To nie była tylko kwestia ubrań. Chciałem zobaczyć go inaczej. Odmienionego i tylko mojego.

<Elianie? C:> 

Od Eliana CD Serathiona

 Trochę się obawiałem jego tonu głosu, bałem się, że na coś wpadł. Ale z drugiej strony... co on niby mógł zrobić? Nie ma tu stajni, konia raczej nie kupię, a i żaden kupiec czy podróżny mi konia nie sprzeda. Albo chociażby osła do dźwigania tobołów. Zresztą, nie mam jakoś dużo rzeczy, po co mi jakiś koń, muł, osioł... cokolwiek takiego. To kolejny obowiązek. Kolejna gęba do wyżywienia. Kolejny wydatek. Będę musiał pilnować, żeby go regularnie oporządzać, zaprowadzać do kowala po podkucie, płacić w karczmach za siado i owies dla niego. Dodatkowo, zapach zwierzęcia na pewno będzie zwracał uwagę większości drapieżników. Nie przejdziemy każdą drogą, trzeba będzie uważać, by w ciemności nie złamał nogi, bo jeśli takie zwierzę kopytne złamie nogę, nie pozostanie nic innego, jak go tylko dobić, tak naprawdę. Ja nie znam się na leczeniu, ani ludzi, ani zwierząt. A jak to się jeszcze zdarzy w środku głuszy, to dosłownie nic nam nie zostanie. Nie potrafię być tak okrutny. 
Zasnąłem z lekkimi wątpliwościami, i pewnie gdyby nie zmęczenie i późna pora, jeszcze bym się trochę męczył. Na szczęście kiedy otworzyłem oczy, Serathion dalej był ze mną, leżał spokojnie, w mojej ciemnej koszuli. I otworzył oczy w tym samym momencie, co ja. Pewnie myślał, miał na to całą noc. I to mnie najbardziej martwiło. 
– Wszystko w porządku? Wydajesz się czymś zatroskany – spytał, kładąc dłoń na moim policzku. Taka opiekuńczość była trochę niecodzienna z jego strony. Zazwyczaj był mną zaniepokojony, kiedy mi coś było. A teraz... cóż, byłem jak najbardziej zdrowy. 
– Mhm. Bałem się, że jak otworzę oczy usłyszę, że zdobyłeś skądś jakiegoś muła – przyznałem zgodnie z prawdą, powoli podnosząc się do siadu. 
– Muła? A po co ci muł? – spytał, patrząc na mnie z niezrozumieniem. 
– To pakunków. Nie musi być w końcu żaden wierzchowiec. Wystarczy, że coś będzie dźwigać nasze rzeczy – odpowiedziałem, na co pokiwał głową. 
– Nie, muła nie. Nawet bym nie chciał muła. To jest brzydkie. I osioł, to też paskudne. Jak już ci coś sprawię, będzie to koń. Piękny, kary, dostojny... pasowałby mi do włosów – rozmarzył się, na co uniosłem jedną brew. Chyba tylko szlachcic wybierałby sobie konia pod kolor włosów. 
– Zamiast maści ważniejsze są inne rzeczy. Jak chociażby jego wytrzymałość. Ułożenie. Już nawet pochodzenie, dobre geny to zdrowy koń. Tylko nie dość, że drogi do kupienia, to i drogi do utrzymania – powiedziałem, cicho wzdychając. – Dlatego powtarzam po raz kolejny, nawet o tym nie myśl. 
– Ależ nie musisz się o to martwić. W mojej głowie tylko jedna myśl – puścił mi oczko, na co zaśmiałem się cicho. 
– Chyba nawet wiem, co to za myśl – pokręciłem z niedowierzaniem głową. – Idę się ogarnąć. Później zjem śniadanie, i przyniosę śniadanie Futerku. A później pójdę na ostatnie zakupy, i dokończę pakowanie. A jutro ruszamy – dodałem, zerkając w stronę okna. Pogoda najlepsza nie była... ale myślę, że dam radę. Muszę, nie mam wyjścia. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Gdy tak go słuchałem, zacząłem się zastanawiać, jak mógłbym mu pomóc w tym dla niego najwyraźniej niemałym problemie. W końcu, gdyby istniało jakieś rozwiązanie, Elian mógłby pozwolić sobie na więcej rzeczy… a wtedy, cóż, wyglądałby jeszcze lepiej.
Problem polegał na tym, że kompletnie nie wiedziałem, co mógłbym zrobić. Nosić coś za niego? Nie bardzo mi się to uśmiechało. Owszem, jako wampir byłem w stanie dźwigać znacznie więcej niż przeciętny człowiek, ale… jakoś mój szlachecki instynkt stanowczo protestował przeciwko robieniu z siebie tragarza. To za mnie mają nosić, to przecież oczywiste.
- No to faktycznie masz problem - Stwierdziłem w końcu, kierując swoje kroki w stronę drzwi wyjściowych z łazienki. - Nie zwalnia cię to jednak z obowiązku wyglądania dobrze u mego boku. - Dodałem, zerkając na niego przez ramię.
- Cóż, przykro mi, żeś się związał z biedakiem - Odparł z lekkim przekąsem. - Gdybym miał wierzchowca… może wtedy byłoby prościej i stanowczo szybciej - Na te słowa moje oczy lekko zalśniły. Wierzchowca? Hm… coś mi mówiło, że akurat z tym mógłbym mu pomóc. I to nawet całkiem skutecznie.
- Wierzchowca? - Powtórzyłem, jakby od niechcenia. - Hm… mogę to przemyśleć. - Usiadłem na łóżku, przybierając pozornie obojętną minę, choć w głowie zaczynał już kiełkować pewien pomysł.
- Przemyślisz? - Uniósł brew. - Mam nadzieję, że nie wpadniesz na żaden głupi pomysł. - Na moich ustach sam pojawił się uśmiech. Głupi pomysł? Ależ skąd. Ja przecież miewam wyłącznie znakomite idee… prawda?
- Ja? Nigdy - Zapewniłem z niewinną nutą w głosie.
Chwilę później oboje znaleźliśmy się w łóżku. Bez większego wahania wtuliłem się w jego ciało, odnajdując znajome ciepło i zapach, który działał na mnie dziwnie kojąco.
- Cóż… jakoś tak nie potrafię ci w to uwierzyć - Mruknął.
Uśmiechnąłem się tylko zadziornie, nie czując potrzeby, by jakkolwiek to komentować. Jeszcze nie. Na to przyjdzie odpowiednia pora.
- Wiesz ty co? Jak możesz? Przecież ja jestem fantastyczny. Nigdy nie robię nic źle. Nikt nie cierpi przez moje pomysły… a to dlatego, że są po prostu doskonałe - Stwierdziłem, wpatrując się w niego swoimi czerwonymi oczami, w których zatańczyło rozbawienie.
- Mhm… - Mruknął niewyraźnie. - Proszę, tylko nie rób niczego głupiego. - Ziewnął cicho, a jego powieki zaczęły opadać, jakby walczył z nagłym zmęczeniem.
Mój biedaczek.
Westchnąłem w duchu, czując, jak cała ta jego ostrożność i brak wiary w moje „genialne” pomysły schodzą na dalszy plan. Teraz był po prostu zmęczony. A zmęczonego człowieka, nie powinno się męczyć bardziej.
Przesunąłem dłonią leniwie po jego boku, już bez zadziorności, bardziej uspokajająco niż prowokująco.
Niech śpi.
Jeszcze będzie czas, żeby wrócić do tej rozmowy… albo i nie.
Bo jeśli mój plan okaże się tak dobry, jak przypuszczam, to może wcale nie będzie potrzeby niczego tłumaczyć.
Leżałem obok niego w ciszy, przymykając oczy, nie po to, by zasnąć, lecz żeby pomyśleć. Zresztą i tak nie miałem nic lepszego do roboty. Spać nie mogłem, medytacja wciąż wychodziła mi co najwyżej przeciętnie, więc pozostawało tylko jedno. Leżeć i pozwolić myślom krążyć.
Wierzchowiec…
Jak i skąd miałbym go wziąć, żeby dostał to, czego tak bardzo potrzebował, a jednocześnie nie uznał tego za kradzież?
Bo przecież ja nie kradnę.
Ja tylko… pożyczam, na wieczne nieoddanie.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Przez chwilę trochę zdębiałem, nie mając pojęcia, czy on mówi poważnie, czy po prostu tak sobie rzucił, żeby mieć ostanie zdanie. Zauważyłem, że często zdarza się mu to robić, więc może i tym razem tak palnął, bo on jest przecież mądrym, przepięknym wampirem, który nigdy się nie myli, a ja tylko głupim łowcą. Przez chwilę się mu przyglądałem, nie wiedząc, co zrobić. Odpowiedzieć mu? Nie, to zły pomysł. Czułem, że troszkę nabuzowany był, jeszcze mi się obrazi, a tego w sumie wolałbym uniknąć. Żyłem ostatnio pod wystarczającym napięciem, on był drażliwy, ja byłem drażliwy... wystarczy nam tego. 
– Różyczko, nie mam zdolności telepatii, w przeciwieństwie do ciebie – odpowiedziałem łagodnie, przytulając go do siebie i rozluźniając spięte mięśnie. 
– Też nie mam zdolności telepatii – odpowiedział, co mnie zaskoczyło, i to tak szczerze. 
– Ciekawe. Większość wampirów ma tę zdolność – mruknąłem bardziej do siebie niż do niego. – W takim razie tym bardziej powinieneś wiedzieć, jak się czuję. Nie potrafię się domyślać. 
– No to przy mnie się musisz nauczyć – stwierdził krótko. 
– Ciężka praca mnie czeka – mruknąłem cicho. Miałem nadzieję, że już więcej nie będzie miał takich wymagań, bo ja naprawdę się nie nadaję do myślenia w takich kategoriach, zwłaszcza, że on jest tak odrobinkę nieprzewidywalny. I ja mam się domyślać? Przecież on w przeciągu sekundy potrafi całkowicie zmienić swój humor. 
– A coś ty sobie myślał? Że ja taki prosty jestem? Że wystarczy twój kutas i nic więcej nie trzeba? Nie jestem taki płytki, mój drogi – prychnął, unosząc wysoko swój podbródek. 
– Oczywiście, że nie jesteś płytki. Gdybyś był płytki, nie byłbyś w stanie znieść mojego kutasa – mruknąłem mu do ucha, po czym ucałowałem płatek jego ucha. 
– Punkt dla ciebie – odpowiedział rozbawiony. 
Nic już więcej nie powiedziałem. Wysiedziałem się w wodzie, wygrzałen, wykąpałem siebie, jego... Tego wieczora zrobiłem już wszystko, co do zrobienia było. W końcu jednak trzeba było podnieść się z tej wody, bo już najcieplejsza nie była. Wpierw wyszedł Serathion, wycierając się od niechcenia i zarzucając na siebie moją koszulę. Jakby nie miał własnych rzeczy... w czym on chodził, zanim mnie poznał? I czemu nie zakłada tego, co kupiłem specjalnie pod niego, tylko podbiera moje rzeczy? Nie mam ich zbyt dużo, a przez niego mam ich jeszcze mniej. 
– Kupiłem ci taką ładną koszulę do spania, a ty ciągle podbierasz moje – rzuciłem, naciągając na nogi luźne spodnie. 
– Bo podobają mi się tylko twoje – wzruszył ramionami, poprawiając swoje włosy. – Swoją drogą, mógłbyś ich mieć nieco więcej. Cały czas mam wrażenie, że chodzisz w tym samym.
– Musisz mi wybaczyć, ale przenośnej szafy przy sobie nie mam, i mułem nie jestem. Nie uniosę nieograniczonej liczby rzeczy, a zdecydowanie wolałbym spakować dodatkowy prowiant niż kolejną koszulę – odparłem, nie przejmując się tym zbytnio. Najważniejsze, że chodzę w czystych rzeczach, albo przynajmniej w tak czystych, jak tylko sobie mogę pozwolić. Dbam, bym miał trochę w zapasie na przebranie, ale nie mogę sobie pozwolić każdego dnia nosić inną koszulę. Może gdybym miał jakiegoś wierzchowca, byłoby inaczej. Ale nie mam, i muszę sobie radzić z tym, co mam, czyli ze sobą, bo jego do dźwigania ani nie przekonam, ani nie zmuszę. 

<Różyczko? c;>

wtorek, 14 kwietnia 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Poprawiłem włosy, posyłając mu zadziorny uśmiech.
- Hipokryzja? Ja? Nigdy. Brzydzę się hipokryzją - Stwierdziłem z pewnością, odsłaniając rząd śnieżnobiałych zębów. Powoli zsunąłem pierścionek z palca, jakby był tylko zbędnym rekwizytem, pozwalając by na moment przebłysnęła moja prawdziwa, bardziej drapieżna natura.
Ta prawdziwa bardziej wampirza, której już dawno nie widział.
Uniósł brew, przyglądając mi się z wyraźnym rozbawieniem.
- Tak? A to ciekawe - Mruknął. - Bo mam wrażenie, że jesteś całkiem małym hipokrytą. Oczekujesz ode mnie romantyzmu, gestów… a sam? Sam najchętniej dostałbyś wszystko od razu. Masz tylko ochotę wystawić tyłek i już mam cię brać - Nie spieszył się, poprawiając pościel. Świeża, pachnąca tkanina zaszeleściła cicho, gdy wygładzał ją dłonią, jakby chciał wymazać ślady wcześniejszych przyjemnych chwil tylko we dwoje.
Parsknąłem cicho, kręcąc głową.
- To nie tak - Odpowiedziałem, podchodząc bliżej. - Po prostu to ja decyduję, kiedy jest czas na romantyzm… a kiedy na coś mniej niewinnego. - Chwyciłem poduszkę i sprawnie zdjąłem z niej poszewkę, rzucając ją na bok. Przez moment nasze spojrzenia się spotkały, w jego czaiła się zaczepka, w moim coś bardziej niejednoznacznego. - Poza tym - Dodałem ciszej, zabierając się za kolejną, nie możesz powiedzieć, że nic nie robię. - Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, jakby dokładnie na to czekał.
- Ty nic nie robisz? Ależ skąd, oczywiście że nie - Odparł z lekkim uśmiechem. - Starasz się… kiedy musisz. I naprawdę to doceniam. - W jego głosie wyraźnie pobrzmiewała złośliwość. Co za drań, bawiło go to.
Przewróciłem oczami, choć kącik ust drgnął mi w niechcianym uśmiechu.
- Dobrze, dobrze, już wystarczy - Mruknąłem, odkładając starannie ułożoną poduszkę na łóżko. - Wiem, co o tym myślisz. Nie psuj tej chwili. - Zatrzymał się na moment, jakby ważył moje słowa, po czym spojrzał na mnie przez ramię.
- Chwili? - Powtórzył, unosząc brew. - A co, uważasz, że to romantyczna chwila? - Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę łazienki, jak gdyby temat był już dla niego zamknięty.
Stałem przez moment w ciszy, wsłuchując się w jego oddalające się kroki. Westchnąłem cicho, przeczesując dłonią włosy.
- Może nie romantyczna… - Rzuciłem półgłosem, bardziej do siebie niż do niego. - Ale mogłaby taka być, gdybyś przestał wszystko obracać w żart. - Mruknąłem cicho pod nosem, szukając wzrokiem jego koszuli.
A kiedy tylko ją znalazłem od razu chwyciłem koszulę mojego partnera, zdejmując swoje ubrania aby dołączyć do Eliana który zażywał kąpieli w bali.
- No proszę… a cóż my tu mamy? Mój mały wampirek - Mruknął Elian z rozbawieniem.
Bez wahania zrobił mi miejsce, a gdy tylko zanurzyłem się w gorącej wodzie, przyciągnął mnie bliżej, jakby to było najbardziej naturalne na świecie.
Westchnąłem z lekką irytacją. Wiedząc, że woda jest znacznie cieplejsza niż powinna być.
- Nie mogła być trochę chłodniejsza? - Rzuciłem pod nosem, bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby narzekania.
Uśmiechnął się lekko, najwyraźniej niewzruszony.
- Mogłem wybrać inaczej… gdybym wiedział, że do mnie dołączysz - Odpowiedział spokojnie.
Pochylił się i musnął ustami mój policzek, zostawiając po sobie ledwie wyczuwalne ciepło, które kontrastowało z wodą.
Na moment zamilkłem, opierając się wygodniej, czując jak napięcie powoli ze mnie schodzi.
- A powinieneś się domyśleć - Rzuciłem cicho, zerkając na niego spod przymrużonych powiek.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Ja jego słowa uśmiechnąłem się szeroko. Podobało mu się, oj, podobało mu się. Trochę się na początku obawiałem, że jednak będzie tak stał i patrzył się na nich, na szczęście dzieciaki przełamały te lody. I szło mu naprawdę świetnie. Nie musiałem mu nawet pogadać, a rodzice mogli trochę odpocząć, dzieciaki wymęczone, więc tylko je położyć spać... trochę szkoda, że jutro już wyruszają. Byłem pewien, że jeszcze raz by się zgodził na opiekę nad nimi. Znaczy, nie od razu, najpierw by poudawał oburzenie, ale później na pewno by się zgodził. Widziałem to po nim. Podobało mu się. Byłem z niego bardzo dumny. 
– Ależ oczywiście – mruknąłem do niego porozumiewawczo, chwytając jego dłoń i ciągnąc go na górze. – Jak tak na ciebie patrzyłem, odniosłem wrażenie, że się świetnie bawiłeś. Czyżbym miał rację i jednak lubisz dzieci? 
– Absolutnie nie. Dalej uważam, że to małe szczochy. Te były nieco bardziej znośne, i to wszystko – stwierdził krótko. 
– Mhm... Rozumiem – odpowiedziałem, uśmiechając się szeroko. To było na swój sposób urocze, kiedy to udawał, że wcale nie chce, a uwielbia dzieciaki. – Wiesz, uroczo tam wyglądałeś. 
– Ani mi się waż – odpowiedział, zerkając na mnie tym swoim morderczym wzrokiem. – Jeszcze raz mnie wpakujesz w taką opiekę, a możesz zapomnieć o seksie przez miesiąc. 
– Kochanie, przecież ty wytrzymałeś raptem kilkanaście godzin. A miesiąc? – uniosłem jedną brew, ledwo powstrzymując uśmieszek na ustach. 
– Jak się zaprę to mi się uda - burknął, pusząc policzki. 
– Ledwo skończył się jeden zakład, który to jeszcze notabene przegrałeś, a ty już kolejny proponujesz? Na razie lepiej się wstrzymajmy z tymi zakładami. Za jakiś czas z chęcią wrócę do naszych małych zakładów. Na razie musimy się skupić na naszej podróży. I dotarciu nad morze – przypomniałem mu, przepuszczając go w przejściu. 
– W sumie, to trochę racji masz. Jeszcze się nie nasyciłem tobą w pełni – uśmiechnął się do mnie znacząco, wchodząc do pokoju. 
– Wiele czasu nie mamy. Tak właściwie, jeszcze jutro, bo pojutrze chciałbym być wypoczęty i nie poświęcać połowy dnia na seks, zwłaszcza, że chciałbym jak najszybciej dotrzeć do tego drugiego miasta – odpowiedziałem, cicho wzdychając. Może w mieście, w którym nikt nas nie zna moja Różyczka poczuje się lepiej. A jak on będzie się czuł lepiej, to i ja w końcu odetchnę. Wystarczy mu tych kąśliwych uwag ze strony Dony. Widziałem, jak dzisiaj go obserwowała od czasu do czasu, jak bawił się z dziećmi. Ciekawe, czy to ją coś nauczyło. Czy coś jej tam przeskoczyło. Miałem nadzieję, że tak. Tylko ona mi pozostała. Poza tym, byłem pewien, że trochę by mojemu maleństwu się miło zrobiło, gdyby tak jeden dzień była dla niego miła. 
– Przecież trzeba się przed podróżą porządnie wygrzać – puścił mi oczko. On tylko i wyłącznie o jednym... 
– Czy masz w tej swojej głowie coś więcej niż seks? A gdzie ta twoja romantyczność? Mnie oskarżasz o zwykłe, ordynarde myślenie, a sam co masz w głowie? To samo. To taka trochę hipokryzja – rzuciłem lekko, zabierając się za zmienianie pościeli. Co jak co, ale ja w brudnej spać nie będę. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Westchnąłem cicho, wsłuchując się w jego gadanie, jedno wielkie „bla, bla, bla”.
Miałem brata. Jasne. Niech już mu będzie. W końcu co za problem oszukać na dzień dobry ludzi, którzy powierzają nam pod opiekę swoje ukochane dzieci…
- No dobra, a jak ten mój rzekomy brat ma mieć na imię? - Zapytałem, nieco zaniepokojony. Istniała spora szansa, że ktoś o to zapyta, a ja nie wymyślę nic sensownego na poczekaniu. A to zdecydowanie może mnie zdradzić, a tego obaj chyba nie chcemy.
- A jak chcesz, żeby się nazywał? - Odbił pytanie, jakby od niechcenia.
Zamyśliłem się na krótką chwilę, po czym wypaliłem.
- Bonifacy. Piękne imię. - Już w tej samej sekundzie wiedziałem, że to był fatalny pomysł. Nigdy nie byłem dobry w wymyślaniu imion, no ale skoro tego ode mnie oczekiwał, no to ma.
- Bonifacy? Na Boga, Serathion, pomyśl. Kto ci w to uwierzy? - Westchnął z wyraźną irytacją. - Zaczekaj, ja coś wymyślę... No dobrze mam. Niech się nazywa Filip. - Wzruszyłem ramionami.
- Może być. Dla mnie to i tak jedno, nie mam brata - Mruknąłem, no bo i tak nie miałem nic lepszego.
- A teraz słuchaj uważnie - Zaczął tonem, który aż prosił się o zignorowanie. - Przy dzieciach masz się zachowywać. Żadnych sprośnych tematów, żadnych sprośnych rysunków… i najlepiej nawet o tym nie myśl. Masz być grzeczny, ułożony, jak na szlachcica przystało. - Przewróciłem oczami.
Cóż, niech się cieszy, że ich nie zjem. Moralizowanie naprawdę nie było konieczne.
- Dobra. Dobra, możemy już iść? - Zapytałem, chcąc mieć to jak najszybciej za sobą.
- Tak. Ale pamiętaj, będę cię obserwował. - Jakbym sam na to nie wpadł.
W końcu zaprowadził mnie do rodziców i ich dzieci. Oczywiście nie obyło się bez rozmowy. Musiałem coś o sobie powiedzieć, udawać, jak bardzo tęsknię za bratem, który rzekomo zmarł, a raczej został zamordowany, a ja tej bardzo za nim tęsknię. Wszystko brzmiało sztucznie nawet w moich własnych uszach. Ale oni mi uwierzyli, na moje nieszczęście.
A potem… zaczęło się moje zadanie.
Na początku podchodziłem do dzieci z wyraźnym dystansem. Obserwowałem je uważnie, jakby były czymś nie do końca przewidywalnym. Jednak z czasem coś się zmieniło.
Same przyszły.
Zaczęły mówić, śmiać się, ciągnąć mnie za rękaw, zadawać pytania bez końca. Były głośne, żywe, pełne energii, aż trudno było za nimi nadążyć.
I ku mojemu własnemu zdziwieniu… wcale mi to nie przeszkadzało.
Zacząłem się z nimi bawić.
Naprawdę.
Chyba po raz pierwszy w życiu nie czułem tej znajomej odrazy. Zamiast niej pojawiło się coś innego, coś lżejszego, niemal przyjemnego. Dzieci były sympatyczne, rozmowne i zadziwiająco bystre. A co najdziwniejsze…
Mieliśmy ze sobą więcej wspólnego, niż kiedykolwiek bym przypuszczał.
Ta kara… wcale nie okazała się tak zła, jak się spodziewałem.
Bawiłem się dobrze. Dzieci bawiły się dobrze. Więc dlaczego miałem wrażenie, że wszystko poszło dokładnie tak, jak chciał Elian?
Westchnąłem cicho, odprowadzając wzrokiem maluchy, które właśnie zostały zabrane przez rodziców. Dziękowali mi, uśmiechnięci, zadowoleni, jakby naprawdę wierzyli w tę całą farsę.
A ja… cóż. Wykonałem swoje zadanie.
- To już? - Zapytałem, trochę zaskoczony, zanim zdążyłem się powstrzymać.
Słowa same wyrwały mi się z ust.
Elian spojrzał na mnie uważnie, jakby próbował coś wyczytać z mojej twarzy.
- A co? Chciałbyś jeszcze z nimi zostać?
- Co? Ja? Nigdy - Mruknąłem natychmiast, odwracając wzrok. Zbyt szybko. Zbyt ostro.
Bo prawda była… nieco inna. A ja tej prawdy nie chciałem przyznać.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Trochę byłem rozbawiony, jak bardzo to przeżywa, ale i jednocześnie trochę pod wrażeniem, że tego nie odkłada i chce przyjąć swoją małą karę z godnością. No proszę... zdecydowanie moja dziwka ma honor, tego jej odmówić nie mogę. Chociaż, wszystko się może zmienić, kiedy zobaczy dzieciaki. 
Ogarnąłem się trochę od niechcenia, z rozbawieniem obserwując jego zdenerwowanie. Mamrotał pod nosem, że zajmie się tymi szczochami co najwyżej godzinę, i mam się cieszyć, że ich nie pozabija. Przez to, jak bardzo to wypierał, zacząłem sobie myśleć... że może mu to się spodobać. On ma mnóstwo energii, dzieciaki mają mnóstwo energii, jestem bardziej niż pewien, że zajmie się nimi świetnie. A jak będzie miał problemy, zawsze będę obok, trochę mu pomogę. Ale trochę. To w końcu jego kara.
– Uśmiechnij się ładnie, bo jak zobaczą cię takiego naburmuszonego pomyślą, że zjesz im te dzieci – powiedziałem lekko, zapinając ostatnie guziki koszuli. Ładnie by mi było w niebieskim... skąd on to w ogóle wytrzasnął, to ja nie wiem. W życiu chyba nie nosiłem niebieskiego. To nie jest taki prosty kolor do uzyskania, a co za tym idzie, ubrania w tym kolorze są droższe od takich zwykłych. Nie mówiąc o tym, że jest trochę rzucający się w oczy, a tego właśnie chciałbym unikać. Ludzie mniej mnie zapamiętają, jeśli będę miał na sobie te szarobure barwy... no, ale raz na jakiś czas coś niebieskiego dla niego mogę założyć. Jak zdobędę. 
– Niektóre wampiry gustują tylko w krwi dziecięcej. Ponoć jest bardzo... delikatna. Może i ja się przeniosę? – uśmiechnął się do mnie lubieżnie, i gdybym go nie znał, może bym w to uwierzył. 
– Wolałbym nie. W takim przypadku musiałbym cię zabić – powiedziałem lekko, zgodnie z prawdą. Nie ważne, jak bardzo go kocham, jeśli stanie się potworem, będę musiał się tego potwora pozbyć. Co prawda, nie sądziłem, by to kiedykolwiek się wydarzyło. Wierzyłem w to, i wierzyłem w niego. I tylko to mi pozostało. 
– Jaki groźny... Lubię, kiedy ta strona łowcy z ciebie wychodzi – wymruczał, zbliżając się do mnie, by musnąć moje usta. 
– Skup się. Opowiadałem już rodzicom o tobie. Powiedziałem, że jesteś niezwykle czarujący, i kochany. I że tęsknisz za swoim bratem, którego brutalnie zamordowali bandyci – wyjaśniłem, co mu się nie spodobało.
– Nigdy nie miałem brata. Miałem siostrę – mruknął patrząc gdzieś w bok. 
– Doskonale o tym pamiętam. Nie chciałem jednak zdradzać o tobie faktów, kiedy nie ma cię obok – odpowiedziałem. Lekkie nagięcie faktów jest znacznie lepsze, a takie drobne kłamstwo dobrze wpłynęło na jego sytuację. Zyskał w oczach tych ludzi, ociepliłem jego wizerunek... No i nie jakoś bardzo skłamałem. Tylko na temat płci jego rodzeństwa, więc emocje, jakie jego historia obudziła w tych ludziach są jak najbardziej uzasadnione. 

<Różyczko? c:>