Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. On oszalał. Mówiłem mu, nie chcę konia, nie potrzebowałem konia, nie stać mnie na konia. Czy on mnie w ogóle słuchał? Bo ja zaczynam odnosić wrażenie, że nie. W nikłym świetle latarni było widać, że nie jest to zwykła szkapa, pewnie sobie zażyczył jakiegoś czempiona, więc będzie wzbudzał zainteresowanie, i też pytanie, jak sprawdzi się w warunkach polowych... mam nadzieję, że jest to faktycznie dobry koń, a nie wychuchany pinduś, który to ma sraczkę po praktycznie każdej paszy. No i jeszcze to imię... Kopyto. Żaden szanujący się szlachcic nie nazwałby swojego czempiona Kopyto, poza Serathionem. Futerko, Kopyto... czy mogło istnieć gorsze imię? Może Grzywa? Albo Chrapy. Też to brzmi tragicznie, i on byłby w stanie go tak nazwać.
- Jeżeli już go mamy zatrzymać, na pewno nie będzie się nazywał kopyto – powiedziałem w końcu, nie mając wyjścia. Ten szlachcic go już z powrotem nie przyjmie. Sprzedaż go też jest niemożliwa, kto tu ma tyle pieniędzy, by za niego zapłacić?
- Czemu nie? Przecież pasuje do niego to imię. Ma kopyto przecież. I to nie jedno, a cztery – zauważył dumnie, a mi po prostu ręce opadły. Kogo ja sobie tutaj sprowadziłem...
- Bo ja później będę musiał mówić, że ten koń ma nazywa się Kopyto i ludzie będą patrzeć na mnie jak na debila – powiedziałem bez ogródek.
- Sugerujesz mi, że jestem debilem? - spytał, mrużąc gniewnie oczy.
- Sugeruję, że nie potrafisz wymyślać imion. Futerko, Bonifacy, Kopyto... dobrze, że nie możemy mieć dzieci, bo bałbym się o ich imiona – westchnąłem cicho zrezygnowany.
- Dziecko nazwałbym Szczoch – odparł bez wahania, a ja nie wiem, czy mówił poważnie, czy może sobie tylko ze mnie żartował.
- O bogowie... - wymamrotałem, przykładając dłoń do czoła. - Na Futerku się skończy, nic i nikogo więcej innego już nie nazwiesz. A koń będzie się nazywał Onyks – zdecydowałem, podchodząc do niego, by poluzować siodło. Miło, że dostaliśmy konia z pełnym wyposażeniem, ale teraz trochę to zwierzę się pomęczy. Nie ma sensu zabierać teraz siodła, jak jutro już ruszamy, jedyne, co mogę zrobić, to poluzować pasy, by nie musiał czuć takiego ścisku.
- Onyks... pff. Głupie imię. Co ono w ogóle oznacza? - burknął, krzyżując ręce.
- Onyks to czarny kamień, więc nie dość, że brzmi, to i mu pasuje – wzruszyłem ramionami, prostując się. Jeszcze jutro będę musiał wyjść na miasto, i kupić worek paszy, wiadro, a nawet dwa, bo jedno do podawania paszy, drugie do podawania wody. I jak to ogarnę, chyba po prostu ruszymy. Nie ma co dłużej tu siedzieć, taki koń wzbudza podejrzenia.
<Różyczko? C:>