Delikatnie na jego słowa się uśmiechnąłem. Ten mały przytyk był zupełnie niepotrzebny. Dobrze wykonywałem swoją robotę. Te wampiry, które zagrażały ludziom i które to jednocześnie mijałem na swojej drodze już nie żyły. No, prawie wszystkie. Draven był wyjątkiem. Nie dość, że mnie zaskoczył. To jeszcze był wampirem wyższym, najedzonym i w pełni sił, czyli znacznie groźniejszy od tych, które zwykłem spotykać na swojej drodze. Nawet Serathion był słaby, kiedy pierwszy raz go spotkałem, więc tak naprawdę ułatwił mi robotę. Czy teraz, kiedy jest już podkarmiony i silniejszy dałbym mu radę? Nie wiem. Nie chcę nawet tego rozważać. Oby do takiej sytuacji nigdy nie doszło. Nie chciałbym stawać przeciwko bliskiej mi osobie po raz drugi. To paskudne uczucie pustki nie ch e znikać przez naprawdę długi, długi czas. Prawdopodobnie gdyby nie Serathion, dalej by mi towarzyszyła. Póki się nie pojawił w moim życiu i nie zakręcił mi w głowie nawet nie byłem świadom, że miałem w sercu tak wielką pustkę. Najwidoczniej do niej przywykłem.
– Miałem cię schwytać, nie zabić. I musisz przyznać, że dobrze mi to wyszło. Usidliłem cię – puściłem mu oczko, na co prychnął zdecydowanie zbyt teatralnie.
– Mnie się nie da usidlić. To jest awykonalne dla kogokolwiek – powiedział dumnie, zadzierając swój idealny aż do przesady nosek.
– Ależ oczywiście. Przecież możesz iść gdzie chcesz i kiedy chcesz – przyznałem dla świętego spokoju. Nie raz wychodził beze mnie, ale zawsze do mnie wracał, łaknąc mojej agencji. Jest uzależniony ode mnie bardziej, niż mógłby przyznać, i ja to doskonale widziałem. Kto w końcu normalny jest zazdrosny o zwykłego szczeniaka? Nie chce się mną dziemic z dosłownie nikim. Pamiętałem, jak obiecał mi, że rozważy adopcję dziecka, ale teraz, po tym szczeniaku, bałem się trochę tego. A jak będzie zazdrosny o biedne dziecko? I będzie się na nim wyżywał, nawet nieświadomie? Jak na razie posiadanie dziecka jest bardzo odległym marzeniem. Nie chciałbym takiego dzieciaczka tułać po całym świecie. Chciałbym dać mu prawdziwy, ciepły dom, którego to namiastkę w swoim życiu miałem tylko przez chwilę.
– Ależ wyszedłbym, żebyś wiedział. Tylko jeszcze słońce jest. A ja nie jestem samobójcą. Jestem za to za piękny – prychnął, poprawiając się wygodnie na mojej klatce piersiowej. Znalazł sobie wygodne miejsce, ciepłe, miękkie, i do tego kojący dźwięk mojego serca... tak, zdecydowanie za dobrze mu.
– Ależ po co ta skromność. Jesteś wspaniały – dodałem, po czym ucałowałem go w skroń. – Myślę, że możemy już się zbierać, zwłaszcza, że pewnie będziesz chciał się ładnie ubrać.
– Oczywiście, że będę... ale nie mam z czego – westchnął niepocieszony.
– Wiesz, jeżeli brakuje ci jakichś konkretnych elementów garderoby, możesz o nich powiedzieć. Albo rozpisać. Obiecuję, że zdobędę dla ciebie wszystko – zaproponowałem ciekaw, jak on chciałby się ubrać. Jego szafy w zamku nie przejrzałem, więc musi mi trochę tę sytuację nakreślić.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz