Westchnąłem ciężko, gdy dotarły do mnie jego słowa. Pranie. Naprawdę pranie?
Jak zwykle to ja musiałem zajmować się wszystkim, czego nikt inny nie chciał tknąć. Tą całą niewdzięczną, męczącą robotą, która nigdy się nie kończyła.
- Oczywiście. Bo kto inny? - Mruknąłem pod nosem, podnosząc się niechętnie z łóżka.
Każdy ruch wydawał się dziś bardziej irytujący niż zwykle. Przeciągnąłem dłonią po twarzy i ruszyłem w stronę łazienki, gdzie czekało na mnie to przeklęte pranie. Ktoś musiał je zrobić, a najwyraźniej po raz kolejny tym kimś miałem być ja.
Z każdym krokiem narastała we mnie frustracja. Myśli kotłowały się w głowie, przeskakując z jednego powodu do złości na drugi. Wkurzał mnie pies. Wkurzał mnie Elian. Wkurzało mnie to miejsce, ta niekończąca się podróż i całe to życie, które ostatnio bardziej przypominało pasmo obowiązków niż cokolwiek innego.
Nawet słońce wpadające przez okno działało mi na nerwy.
Zacisnąłem szczękę i wrzuciłem pierwsze ubrania do bali. Może problem nie tkwił w samym praniu. Może byłem po prostu zmęczony. Zmęczony ciągłym uciekaniem, ciągłym szukaniem i ciągłą niepewnością.
Powinniśmy byli zostać w zamku.
Ta myśl wracała do mnie regularnie, niczym uporczywy cień, którego nie sposób było się pozbyć. Owszem, być może przypłaciłbym to życiem. Być może zginąłbym tam razem z resztą moich rzeczy które by spłonęły. Ale przynajmniej byłbym u siebie. Do samego końca.
A teraz?
Teraz włóczyliśmy się po świecie jak bezdomni, szukając miejsca, które moglibyśmy nazwać domem. Miejsca dla siebie. Dla naszej pokręconej, poranionej przez los rodziny.
Parsknąłem gorzko pod nosem.
Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że nie szukałem nowego domu. Szukałem czegoś, czego już dawno nie było. Poczucia bezpieczeństwa. Spokoju. Przekonania, że jutro będzie wyglądało tak samo jak dziś.
A tego nie mogło mi dać nawet najdokładniej zrobione pranie.
Starannie wyprałem w rękach ubrania w bali, starając się zrobić wszystko dokładnie tak, jak robił to Elian. Kilka razy wcześniej przyglądałem się jego pracy, więc mniej więcej wiedziałem, co i jak należy zrobić. Nie było to szczególnie skomplikowane, ale wymagało cierpliwości, której zazwyczaj mi brakowało.
Jedno po drugim rozwieszałem ubrania na sznurkach, wygładzając zagniecenia i pilnując, by nic nie spadło na podłogę. Cały proces ciągnął się w nieskończoność, lecz ostatecznie udało mi się skończyć.
Kiedy ostatnia koszula zawisła obok reszty, odetchnąłem z ulgą.
- No, gotowe - Mruknąłem pod nosem.
Wreszcie mogłem wrócić do łóżka i znaleźć sobie jakieś sensowne zajęcie.
Elian wciąż nie wrócił. Nie było to zresztą nic dziwnego. Nauka psa załatwiania się na dworze z pewnością wymagała czasu, cierpliwości i mnóstwa powtarzania tych samych czynności. Sam już na samą myśl o tym przewróciłem oczami.
Przez chwilę leżałem bezczynnie, wpatrując się w sufit, lecz nuda szybko zaczęła dawać mi się we znaki. Nie znosiłem siedzieć bez ruchu i czekać, aż coś się wydarzy.
W końcu wpadłem na pomysł.
Na moich ustach pojawił się lekki, psotny uśmiech, gdy pozwoliłem magii przejąć kontrolę nad moim ciałem. Chwilę później byłem już niewielkim nietoperzem. Rozłożyłem skrzydła i wzbiłem się w powietrze, kierując prosto do otworu wentylacyjnego.
Tam było znacznie ciekawiej.
Przeciskając się przez wąskie tunele, nasłuchiwałem odgłosów dochodzących z różnych pomieszczeń. Może uda mi się podsłuchać jakąś interesującą rozmowę albo znaleźć coś, co pozwoli mi choć na chwilę zapomnieć o nudzie.
W końcu nawet w najbardziej zwyczajnym miejscu można było natrafić na coś wartego uwagi.
A ja zamierzałem to znaleźć.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz