czwartek, 30 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Zaskoczyły mnie trochę jego słowa odnośnie mojego zapachu. Osobiście nie uważałem, by było ze mną źle. Skończyły się czasy codziennych kąpieli, niestety, też mi się to nie podoba, ale nie mam wyjścia. Później postaram się znaleźć rzekę, z której wezmę trochę wody, którą następnie podgrzeję i umyję te najbardziej newralgiczne miejsca. W takich sytuacjach to będzie najlepsze, co będę mógł uczynić, co w sumie zawsze czynię, jak podróżuję o takiej porze roku. Nic lepszego uczynić nie mogę dla niego czy siebie. 
– Kiedy nie ma się dostępu do wody, może być to problematyczne – powiedziałem spokojnie, nie do końca zrażony tym, co mi zasugerował. Nie śmierdziałem. Jeszcze. Dopiero mogę zacząć, chociaż dzięki temu, że jest zimno, aż tak się nie pocę, zatem źle nie jest. Podobnie jak nie uważałem, by mój pot źle pachniał. Osobiście spotkałem ludzi, i on na pewno też, których to zapach by okropny. Pewnie ze względu na dietę, sposób życia. Niech się cieszy, że ja o siebie dbam. 
– Mam nadzieję, że wkrótce się porządnie wykąpiesz – mruknął, marszcząc nos. 
– Porządnie się wykąpię, kiedy trafimy do miasta – odparłem, zauważając jego oburzone spojrzenie. – Nie oczekujesz chyba, że wezmę kąpiel w lodowatej rzece? 
– Trochę tego oczekiwałem – burknął, na co się cicho zaśmiałem. 
– Wolisz, żebym śmierdział, czy żebym miał zapalenie płuc? – zapytałem, zerkając na materiał namiotu. Specjalnie wziąłem nieco droższy i grubszy namiot, by faktycznie dawał mu ochronę, i by czuł się przyjemnie. Ludzie do ukrycia się przed słońcem używają zwykłych, cieniutkich parasolek, więc czemu to miałoby go nie obronić? Dla jego spokoju psychicznego niech już ma ten grubszy materiał, chociaż i tak widzę, że trochę panikuje. Trochę za bardzo, moim skromnym zdaniem. 
– Że też musisz być człowiekiem. Nie chcesz może stać się wampirem? Wtedy byś się tym nie musiał przejmować – zaproponował półżartem, półserio. Nie zdziwiłbym się, gdyby jednak mówił całkowicie prawdę. Tylko czy jako wampir bym mu był potrzebny? Nie mógłbym go chronić za dnia. Ani też karmić, by go wzmacniać. 
– Gdybym się stał wampirem, nie byłbym dla ciebie opłacalny – powiedziałem tylko zastanawiając się, czy może się od niego nie odsunąć, skoro mój naturalny, nieco mocniejszy zapach mu przeszkadza. Bo jak inaczej mogę to nazwać? Nie mogę wiecznie pachnieć różą, chociaż on by bardzo tego chciał. Ludzie tak ładnie nie pachną.
– Nie śmierdziałbyś. To już byłoby lepsze – burknął. 
– Faktycznie, to jest znacznie lepsze – pokręciłem z niedowierzaniem głową. – Położę się, jeżeli pozwolisz. I jeżeli powiesz, co z tym potworem – poprosiłem, nie chcąc zasypiać, jeżeli coś na nas czyha. Wtedy w ogóle nie będę mógł wypocząć, bo cały czas będę miał z tyłu głowy to, że coś może nas w każdej chwili zaatakować. 

<Różyczko? c:>

Od Mikleo CD Soreya

A więc o to mu chodziło. Bał się o to, jak się poczuję, gdy zobaczę martwe ciało demona.
Cieszyłem się, że myśli za mnie, bo ja w tej chwili zupełnie o tym zapomniałem. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, moja głowa chyba nie pracowała tak, jak powinna. Może to przez te dwa dni, które spędziłem nieprzytomny, leżąc bez ruchu w naszym łóżku. Wszystko wydawało się jakby przytłumione, odległe… nierealne.
- Tak, rzeka, jezioro… żadna różnica. Ważne, żebyśmy spędzili czas razem - Przyznałem cicho, chwytając jego dłoń. Tę samą dłoń, którą tak bardzo kochałem. Zresztą kochałem w nim wszystko, bez względu na to, kim teraz był.
- Oczywiście, owieczko. Dla ciebie wszystko - Wyszeptał z czułością, składając delikatny pocałunek na wierzchu mojej dłoni. Uśmiechnął się przy tym lekko, niemal nieśmiało. - Kocham cię, owieczko - Wymruczał, a chwilę później jego usta musnęły mój policzek.
- Ja ciebie też kocham… bez względu na to, co nas dzieli - Odpowiedziałem, niemal bezgłośnie.
Ruszyliśmy razem w stronę rzeki. A przynajmniej tak mi się wydawało. Bo coś mi się tak wydarzyło, że to ja prowadziłem jego, bo właśnie wszystko na to wskazywało. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć, że nie ma pojęcia, gdzie właściwie jesteśmy. W jego ruchach była niepewność, której wcześniej nigdy nie widziałem.
Dobrze, że przynajmniej ja potrafiłem się tu odnaleźć, dzięki temu że słyszałem jej głos, jej szum, jej wołanie słyszałam wszystko to czego on usłyszeć nie był w stanie 
Ścisnąłem jego dłoń nieco mocniej, prowadząc go w tylko mi znane miejsce a raczej bardziej w tylko przeze mnie słyszane miejsce.
Ruszyliśmy spokojnie w stronę rzeki, tak jak chciał. Trzymaliśmy się za ręce, rozmawiając cicho o wszystkim i o niczym, a każdy krok wydawał się naturalny, jakby właśnie tak miało być od zawsze.
- O, jest rzeka! - Zawołał Sorey z wyraźnym zadowoleniem, nagle przyspieszając i pociągając mnie za sobą w stronę wody.
- Tak, jest… - Odpowiedziałem z łagodnym uśmiechem, pozwalając mu się prowadzić. - Jest dokładnie tam, gdzie powinna. - Patrzyłem na niego przez chwilę, na jego dziecięcą radość, na to, jak niewiele potrzeba, żeby był szczęśliwy. I pomyślałem, że może w tym właśnie tkwi jego siła.
Ja potrzebowałem wody, spokoju, ciszy. Ale potrzebuje w tym wszystkim też jego osoby
A on..
On… potrzebował tylko mnie. Mojego uśmiechu, mojego spokoju. I dawał mi to wszystko w zamian, nawet jeśli nie zawsze potrafił to nazwać.
Był demonem i może właśnie dlatego tak bardzo się starał.
Dbał o mnie. Dbał o nasze dzieci, które kochał bardziej, niż kiedykolwiek byłby w stanie przyznać na głos. Czasami chował to uczucie za milczeniem albo dystansem, jakby bał się, że jeśli pokaże za dużo, coś to odbierze.
Jakby szczęście było czymś kruchym.
Jakby mogło zniknąć, jeśli tylko pozwoli sobie je poczuć za bardzo.
A mimo to był tu. Ze mną. Z nami.
I to wystarczało.
- Popływaj ja tu poczekam - Polecił, a ja kiwając głową bez słowa, wszedłem do rzeki relaksując się w chłodnej wodzie która dawała mi siłę której ostatnio mi zabrakło.

<Pasterzyku? C;> 

Od Haru CD Daisuke

„Piesku?”
To słowo mnie zaskoczyło. Nigdy wcześniej tak się do mnie nie zwracał. W końcu nie byłem żadnym psem, jeśli już, to prędzej wilkiem. Ale… niech mu będzie. To przecież nie miało większego znaczenia.
A ta sukienka… Będę musiał się nad tym zastanowić. Skoro mu na tym zależy, chcę wybrać coś odpowiedniego.
- Dobrze, przemyślę to i dam ci znać - Zapewniłem, wychodząc z pokoju.
Ruszyłem do kuchni, żeby przygotować mu obiecany tatar. Oczywiście doskonale wiedziałem, że wcale nie muszę tego robić. Mieliśmy kucharzy, służbę, ludzi od wszystkiego. W tym domu niczego nie brakowało.
A jednak… chciałem. Potrzebowałem tego.
Potrzebowałem robić coś więcej niż tylko siedzieć zamknięty w pokoju i pomagać mojej drugiej połówce przy dzieciach. I żeby nie było, uwielbiałem się nimi zajmować. Byłem naprawdę szczęśliwy, że mogę być częścią ich codzienności, że mogę pomagać, wspierać, być obok.
Ale to wciąż było za mało.
Jako wilkołak byłem kimś zupełnie innym, bardziej żywiołowym, pełnym energii, która aż domagała się ujścia. Praca kiedyś mi to dawała. Ruch, działanie, cel. Teraz, odkąd przestałem pracować, wszystko stało się trudniejsze.
Musiałem na siłę znajdować sobie zajęcia, szczególnie wtedy, gdy dzieci spały.
A ja… nie potrafiłem.
Nie potrzebowałem już tyle snu co kiedyś. Nie tyle, ile potrzebowała moja panienka. Nie tyle, co nasze dzieci. Noce ciągnęły się w nieskończoność, a ja zostawałem sam ze sobą i z tą niewykorzystaną energią, która zaczynała mnie powoli rozsadzać od środka.
Dlatego właśnie stałem teraz w kuchni, krojąc mięso z większym skupieniem, niż było to konieczne.
Bo to, choć niewielkie, dawało mi poczucie, że wciąż coś robię. Że wciąż jestem… potrzebny.
Po przygotowaniu tatara wróciłem do mojego panicza, nie zapominając o herbacie, na którą miał ochotę. Ostrożnie niosłem tacę, pilnując, by nic się nie rozlało, może i mieliśmy służbę, ale to było coś, co chciałem zrobić sam.
Doskonale wiedziałem, że do tatara znacznie lepiej pasowałoby wino. Naturalny wybór. Lepszy smak, odpowiedni akcent do potrawy.
Ale tym razem nie wchodziło to w grę.
Karmił.
A to oznaczało, że musiał z niego zrezygnować, przynajmniej na jakiś czas.
Zatrzymałem się na moment przed drzwiami, patrząc na parującą filiżankę. Herbata wydawała się przy tym wszystkim… zbyt zwyczajna. Zbyt skromna jak na kogoś takiego jak on.
Mimo to westchnąłem cicho i wszedłem do środka.
- Mam nadzieję, że to wystarczy - Mruknąłem, stawiając przed nim tacę.
Bo choć nie mogłem podać mu wszystkiego, na co zasługiwał… chciałem, żeby chociaż przez chwilę poczuł, że ktoś o niego dba.
- Przyniosłem wszystko. Mam nadzieję, że będzie ci smakowało - Powiedziałem łagodnie, uśmiechając się do niego.
- Dziękuję - Odparł Daisuke, podchodząc do stołu i zajmując swoje miejsce. W jego ruchach było coś spokojnego, niemal miękkiego, jakby na moment zapomniał o całym świecie poza tym jednym, niewielkim fragmentem rzeczywistości.
Postawiłem przed nim talerz, dbając o każdy szczegół, choć przecież nie było to konieczne.
- Smacznego. - Pochyliłem się lekko i złożyłem delikatny pocałunek na jego czole, po czym usiadłem obok. Obserwowałem go uważnie, z lekkim uśmiechem, jakby sam widok tego, jak sięga po pierwszy kęs, był dla mnie wystarczającą nagrodą.

<Daisuke? C:> 

Od Serathiona CD Eliana

 Zdawałem sobie sprawę, że lepiej już nie będzie. W najgorszym wypadku zawsze mogłem zamienić się w nietoperza i zaszyć się w najciemniejszym zakątku, jaki tylko znajdę. Zawsze istnieje jakieś wyjście, trzeba tylko naprawdę chcieć je dostrzec.
- Wolę zająć się zwierzętami - Powiedziałem w końcu szczerze. - To przynajmniej jest proste. Nigdy wcześniej nie stawiałem namiotu i szczerze mówiąc… nie jestem pewien, czy teraz dam sobie z tym radę. - Wampiry raczej nie nocują pod płachtą materiału. Przywykliśmy do wygody, do chłodnych, bezpiecznych i ciemnych miejsc, a tutaj nie miałem ani jednego, ani drugiego. To wszystko zwyczajnie do mnie nie pasowało.
- Może najwyższa pora się nauczyć, co? - Odparł.
Miał rację. Mógłbym się nauczyć. Nawet chciałem. Ale nie teraz. Teraz czas był naszym wrogiem. Słońce zbliżało się nieubłaganie, a ja nie miałem zamiaru polec na czymś tak banalnym jak źle rozstawiony namiot… i przy okazji posmakować śmierci.
- Może i tak, ale nie dziś. Mamy za mało czasu - Stwierdziłem, podchodząc do konia. Poluzowałem pasy siodła, żeby mógł odetchnąć i trochę odpocząć.
Przez chwilę czułem na sobie jego spojrzenie.
- Naprawdę, nie musisz mnie pilnować - Dodałem ciszej. - Zajmę się nimi jak należy. - Elian tylko kiwnął głową i bez słowa wrócił do rozkładania namiotu. Ja skupiłem się na zwierzętach. Spokojne, przewidywalne w przeciwieństwie do całej reszty.
Minęło może pół godziny.
Namiot w końcu stał. Koń i kot zostały nakarmione i napojone. Wszystko było gotowe.
A ja mogłem wreszcie zniknąć.
Schować się przed światem.
I przede wszystkim, przed słońcem.
Kiedy schowałem się w namiocie, nie czułem ani komfortu, ani tym bardziej bezpieczeństwa. Materiał nad moją głową wydawał się zbyt cienki, zbyt kruchy, jakby w każdej chwili mógł zawieść. Bałem się, że to właśnie on okaże się moją zgubą.
- Jesteś pewien, że ten namiot wytrzyma? Trochę nie jestem tego faktu pewien - Stwierdziłem, nerwowo zaciskając dłonie.
    - Nie martw się, Różyczko. Nic ci się nie stanie. Zadbam o twoje bezpieczeństwo - Powiedział cicho, składając delikatny pocałunek na mojej dłoni.
- Wiem… wiem, że mnie ochronisz - Odpowiedziałem niepewnie. - Ale nie ufam temu miejscu. Nie wygląda zbyt bezpiecznie. - Spojrzałem na niego z cieniem niepokoju, którego nie potrafiłem ukryć.
- Nic ci się nie stanie. Obiecuję - Powtórzył spokojnie.
A ja… nie miałem powodu, żeby mu nie wierzyć.
Wtuliłem się w niego, chowając twarz w jego ramieniu. Jego obecność była jedyną rzeczą, która tłumiła narastający we mnie lęk.
Przez chwilę panowała cisza.
- Musisz się wykąpać przy najbliższej okazji - Rzuciłem w końcu, marszcząc lekko nos. Nie chciałem go urazić, ale mój wyostrzony węch nie pozwalał ignorować rzeczy, których wolałbym nie czuć.
-Wybacz. Tu dostęp do wody jest naprawdę ograniczony - Odparł spokojnie.
Rozumiałem to. Oczywiście, że rozumiałem i nie mam pretensji, ale mimo to chcę aby był tego świadom.
- Wiem… jakoś to zniosę, nie mam chyba i tak wyjścia - Mruknąłem ciszej.
Przymknąłem oczy, wsłuchując się w rytm jego serca. W tej chwili to było jedyne, co naprawdę mnie uspokajało.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Nie do końca mi się spodobała jego odpowiedź. Już widzę, jak on pozytywnie reaguje, gdybym mu powiedział, że przez cały dzień nic nie jem. To byłoby dla mnie niezdrowe, dokładnie tak samo, jak on i jego wstrzymywanie się od posiłków. Wbrew pozorom, nie różnimy się tak bardzo. Ja muszę jeść pełnowartościowe posiłki, on musi pić krew, także pełnowartościową, czyli moją. Oboje gorzej się czujemy, kiedy jesteśmy głodni. Oboje potrzebujemy odpoczynku... Chociaż, na swój różny sposób. 
– Wolałbym, żebyś coś zjadł. Z pełnym żołądkiem będziesz się lepiej czuł – powiedziałem, rozglądając się uważnie dookoła. Teren nie był najlepszy dla niego. Nie znajdziemy tu jaskini. I w sumie, przez najbliższe dni raczej teren nie będzie korzystny pod tym względem. Powinniśmy więc znaleźć w miarę jak najbardziej zacienione miejsce... O ile w ogóle to możliwe zimą. Dobrze byłoby znaleźć stare, grube drzewo, rozłożyć namiot w cieniu jego pnia.
– Na razie wolałbym się nie rozdzielać – odpowiedział. W sumie... kiedy mamy coś na karku, faktycznie lepiej się nie rozdzielać. Bo co, jak to coś zaatakuje jego? I walka będzie na tyle długa, że wzejdzie słońce? 
– Może... może więc powinieneś wypić więcej ode mnie? Musisz być w pełni sił – zaproponowałem, szukając wzrokiem jak najlepszego miejsca, co nie było takie proste. 
– Ja jestem silny. Jeśli posilę się tobą, wtedy ty będziesz osłabiony, a na to nie możemy sobie pozwolić – powiedział, poruszając się niepewnie. – Nie wygląda, jakby gdzieś tu miała być jaskinia. 
– I obawiam się, że jej dzisiaj nie znajdziemy. Nie to ukształtowanie terenu – przyznałem, nie chcąc go okłamywać. Potwór na plecach, jaskini nie widać... Źle się nasza podróż zaczęła. Tragicznie wręcz. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak źle zaczęła się moja podróż. – Wzgórze. Może tutaj powinniśmy rozbić namiot? Jak się rozbijemy u podnóża, z odpowiedniej strony, powinniśmy być ochronieni od słońca. 
– Chyba nie mamy wyjścia – odpowiedział, a ja zatrzymałem konia. Nie był zadowolony... ale nic lepszego nie mogłem mu zaproponować. To i tak lepsze niż nocowanie na szczerym polu. 
– Wszystko będzie w porządku – obiecałem, i ucałowałem go w policzek, by zaraz po tym zatrzymałem konia i sprawnie zszedłem z jego grzbietu. – Dobrze się spisałeś, Onyksie – dodałem, klepiąc konia po szyi, a po tym zdjąłem moją Różyczkę. 
– Wiesz, że sam potrafiłbym zejść z tego konia? – spytał, kiedy postawiłem go na ziemi. 
– Wiem. Ale uwielbiam cię trzymać blisko siebie – odpowiedziałem, uśmiechając się do niego delikatnie. – Jak nasz potwór? 
– Cały czas utrzymuje taką samą odległość – odpowiedział, na co delikatnie się skrzywiłem. Czyli podąża za nami. Może specjalnie utrzymuje odległość, bo uważa, że go nie wyczujemy? Coś kombinuje... Nie podoba mi się to. 
– Niedobrze – mruknąłem niezadowolony. – Skoro nie udajesz się na polowanie, to mi pomożesz. Wolisz rozbić namiot, czy zająć się zwierzakami? – spytałem, dając mu wybór. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Czułem, że mimo wszystko się martwi. Może nie powinienem był mówić mu tego już teraz, mogłem poczekać, znaleźć lepszy moment. Niestety, było już za późno. Elian wiedział o zbliżającym się zagrożeniu, a gdy ta myśl raz zakorzeniła się w jego głowie, nic ani nikt nie był w stanie wyrwać go z tego napiętego, niemal hipnotycznego stanu.
- Skoro mi ufasz, to może przestaniesz szukać broni? - Zaproponowałem ostrożnie. Nie widziałem sensu w tej panice. Potwór był daleko, przynajmniej na razie. Nie zaatakuje nas od razu. Może nawet odpuści, jeśli uzna, że nie stanowimy dla niego zagrożenia. Wystarczyło zachować spokój, iść dalej, nie prowokować losu.
Elian jednak tylko pokręcił głową, a jego dłonie wciąż nerwowo przeszukiwały otoczenie.
- Ufam tobie - Powiedział w końcu cicho. - Ale nie ufam temu czemuś, co za nami podąża. - Westchnąłem pod nosem. No właśnie, rozmowa z nim zawsze tak wyglądała. Jedno mówił, drugie robił. Jakby logika i strach toczyły w nim cichą wojnę, z której żadna strona nie wychodziła zwycięsko. Czasami naprawdę można było przy nim oszaleć.
Nie skomentowałem już jego słów. Pozwoliłem mu się przygotować do ewentualnej walki, skoro tak bardzo tego potrzebował. W końcu kim ja byłem, żeby mu tego zabraniać?
Onyks ostrożnie podążał naprzód, stawiając każdy krok z wyczuwalną rozwagą, jakby przeczuwał więcej niż my. Elian z kolei uważnie obserwował otoczenie, choć w rzeczywistości w tej gęstej ciemności nie był w stanie dostrzec prawie niczego. A potem byłem ja, pozornie najbardziej wyluzowany, a jednak czujny. Musiałem być. W razie gdyby potwór zdecydował się zaatakować, to ja musiałbym zareagować pierwszy.
Choć, sądząc po dystansie, jaki nas dzielił… to raczej się nie wydarzy. Byłem tego niemal pewien.
- Powinniśmy się gdzieś zatrzymać. Niedługo słońce zacznie wschodzić - Zauważyłem, trochę obawiając się jego nadejścia.
Moje słowa wyraźnie zaskoczyły Eliana. Był tak skupiony na bestii, która za nami podążała, że zupełnie zapomniał o upływie czasu. O tym, że noc powoli dobiega końca, a mrok ustępuje miejsca bladym, niepewnym promieniom świtu.
Na chwilę wszystko ucichło. Jakby nawet las wstrzymał oddech, czekając na jego decyzję.
- Masz rację. Zaraz znajdziemy jakąś jaskinię, w której przeczekamy świt. Może będziesz miał jeszcze czas, żeby zapolować. - Oczywiście, nie mógł tego pominąć.
Według niego powinienem polować. Regularnie pić krew. Tylko wtedy, jego zdaniem, mogłem być zdrowy… i szczęśliwy.
I miał rację. Do pewnego stopnia.
Potrzebowałem krwi. Ale nie codziennie.
Mój partner jednak uważał inaczej. Czasami miałem wrażenie, że zapomina, kim naprawdę jestem i jak niewiele mi potrzeba. A może po prostu nie chciał tego przyjąć do wiadomości.
Za każdym razem, gdy piłem jego krew… to było coś innego. Coś silniejszego. Uzależniającego. Wręcz paliło mnie od środka, budząc głód, który trudno było opanować.
Bo jego krew była… zbyt dobra.
Jeśli sięgałem po słabszą, obojętnie jaką, głód nie znikał. Tylko cichł na chwilę, pozostawiając po sobie pustkę.
Dlatego, żeby nie wracać ciągle do niego… musiałem przerzucić się na krew zwierzęcą.
Ale ona nigdy nie smakowała tak samo.
- Myślę, że jak raz nie napiję się krwi czy to zwierzęcej czy twojej nic złego mi się nie stanie - Stwierdziłem, patrząc przez chwilę w jego oczy. 

<Elianie? C:>

środa, 29 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Trochę się zdziwiłem jego słowami. Spodziewałem się czegoś... sam nie wiem, bardziej subtelnego, a nie zwykłej, brutalnej siły. Przecież to do niego nie pasowało. Był tym sprytnym i cwanym. Prędzej bym obstawił jakąś kontrolę umysłu, manipulacje bestiami, a nie coś takiego. Cóż, z tego, co się orientuję, wampiry sobie tego nie wybierają. Mogą dziedziczyć... więc może stąd takie umiejętności. 
– Więc zmieniasz się w gigantycznego nietoperza. Dobrze wiedzieć na przyszłość – powiedziałem spokojnie, zerkając niepewnie za siebie. Jakoś ekstremalnie daleko od miasta nie odjechaliśmy, i już coś nas najprawdopodobniej śledzi. Nie wiem, czy mi się podoba nasza sytuacja. Przeniosłem jedną ze swoich dłoni na uzdę i lekko wbiłem pięty w boki konia z nadzieją, że zrozumie przekaz. Onyks przyspieszył, chociaż dalej stąpał dosyć ostrożnie. Na więcej w tej chwili sobie pozwolić nie mogliśmy. 
– Nie jestem żadnym gigantycznym nietoperzem. Tylko groźnym monstrum – powiedział oburzony, pusząc swoje policzki. 
– Groźnym monstrum, którego zabije srebrny grot bełtu. Miej to na uwadze, bardzo proszę – powiedziałem spokojnie, będąc trochę bardziej powściągliwym. Dlaczego już coś nas ściga? To przez konia, w której widzi ofiarę? Czułem, że możemy mieć przez niego problemy i teraz takie coś. 
– Na szczęście potwory na naszej drodze nie mają srebrnych kłów czy pazurów – wzruszył ramionami. – Nie napinaj się tak. Na razie utrzymuje odległość. 
– I zbliży się pewnie, kiedy najmniej się go będziemy spodziewać – pokręciłem głową. Nie podobało mi się to, że coś nam się kręci za plecami. Coś niebezpiecznego, czyhającego na nas. – Powinniśmy zaatakować pierwsi. 
– Ależ się rwiesz do bitwy. Nie masz nawet pojęcia co to i czy sobie poradzisz – Serathion trochę ostudził mój zapał, co było raczej niecodzienne. Prędzej to ja musiałem uspokajać jego, nie na odwrót. 
– Z reguły jak się czemuś albo komuś utnie łeb, to jest to wyrok śmierci. Za wyjątkiem hydry, ale takie istoty tutaj nie występują, więcej wiedzieć nie potrzebuję – powiedziałem, starając się ukryć niepokój. Gdyby był to zwykły drapieżnik, jak niedźwiedź, puma, czy nawet wilki, wystarczyło podróżować dalej, dopóki nie opuściłby się ich terytorium. Według mojej podstawowej wiedzy, większość potworów także jest bardzo terytorialna. Ale skoro nie mamy pojęcia co to, lepiej się tego pozbyć niż pozwolić, by poszedł do nas, kiedy świeci słońce. To zbyt niebezpieczne dla Serathiona. 
– Mhm. Zatem powodzenia w ucinaniu łba tym swoim malutkim ostrzem – Serathion pokręcił głową z dezaprobatą. – Jeśli będzie się zbliżał, dam ci znać, i może wtedy faktycznie go zaatakujemy. 
– Zdam się na ciebie, chociaż niekoniecznie mi się go podoba. Nie lubię czuć czyjegoś oddechu na karku – mruknąłem, mimowolnie drugą dłonią szukając ostrzy ukrytych w rękawach. Tak dla swojej pewności. 

<Różyczko? c:>

wtorek, 28 kwietnia 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Musiałem przyznać mu jedno, podlizywać to on się potrafił. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że w tej chwili jest złośliwy i sarkastyczny, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Niech się cieszy, że to rozumiem, w innym wypadku miałby spore kłopoty.
- Podlizuj się tak dalej, a może będzie ci ze mną łatwiej i lepiej - Odparłem z rozbawieniem, odwracając głowę w stronę ciemności i uważnie nasłuchując otoczenia.
- Oczywiście, że będzie. Przynajmniej nie będziesz się nudził - Odpowiedział, kierując wzrok w to samo miejsce które ja obserwowałem. - Coś tam widzisz albo słyszysz? - Dopytał, choć sam najwyraźniej nic nie dostrzegał w mroku.
Cóż, gdybym nie był wampirem i nie miał wyostrzonych zmysłów, też nic bym nie zauważył.
- Coś za nami podąża - Powiedziałem cicho, wyłapując w oddali ciężkie, nierówne kroki, przeplatane głośnym, urywanym oddechem.
Od razu poczułem, jak ciało Eliana się spina. Wyraźnie nie spodobało mu się to, co powiedziałem i wcale mu się nie dziwiłem. Walka z potworami które nie były wampirami nie była jego domeną, więc mógł sobie z tym nie poradzić.
Na szczęście miał mnie.
A ja, jeśli zajdzie taka potrzeba, byłem gotów ich ochronić.
Co prawda nigdy nie pokazywałem swoich prawdziwych mocy, jednak jeśli będzie trzeba… użyję ich, by ocalić tego, którego kocham.
- Nie podoba mi się to, co mówisz. To oznacza, że grozi nam niebezpieczeństwo - Mruknął, zerkając przez ramię.
- Nie martw się. Nikt nic nam nie zrobi. W razie czego jestem tutaj - Odpowiedziałem spokojnie. - Potwory zazwyczaj obawiają się wyższych wampirów… a raczej ich mocy. - Nie bałem się. Cokolwiek by to było, byliśmy wystarczająco szybcy i sprytni, żeby sobie z tym poradzić. 
- Skąd masz pewność, że dasz radę pokonać tego potwora? Nawet nie wiesz, czym to jest - Mruknął, zatrzymując na chwilę konia.
Uśmiechnąłem się do niego łagodnie.
+ Nie wiem. Ale potrafię o siebie zadbać. - Przez moment patrzyłem mu w oczy, po czym lekko poruszyłem uzdą. - Ruszajmy. Potwór jest daleko. Nie zbliży się do nas tak szybko. - Koń ruszył przed siebie, jakby doskonale wiedział, dokąd zmierzamy.
- Tak mówisz? A wydawało mi się, że skoro ze mną nie wygrałeś, to z tym możesz sobie nie poradzić. - Prychnąłem, słysząc jego słowa. Mówił to poważnie?
Cóż… miał rację. Nie pokazałem się z najlepszej strony.
- Masz rację, ale to dlatego, że byłem głodny i słaby. Teraz jest już ze mną dużo lepiej. Poza tym… gdybym naprawdę chciał cię zabić podczas naszego spotkania, zrobiłbym to już dawno temu. Na twoje szczęście dałeś mi to, czego potrzebowałem, więc cię oszczędziłem. - Uśmiechnąłem się do niego zadziornie.
- Tak, oczywiście. Na pewno byś sobie poradził - Westchnął, kręcąc głową. Mimo wszystko wyglądał na gotowego do walki, jakby w razie czego chciał mnie bronić.
Chyba zapominał, że jestem wampirem. A wampiry radzą sobie same, ja również.
- Wiesz, gdybym użył swojej mocy, na pewno bym wygrał - Burknąłem, lekko się pusząc.
- W to nie wątpię. Zastanawiam się tylko, jaka jest twoja moc. Każdy wampir ma swoją unikatową zdolność, ale twojej jeszcze nie dostrzegłem. - Na to pytanie skrzywiłem się nieznacznie. Doskonale wiedziałem, że jeśli powiem mu prawdę… może się zdziwić.
- Ekstremalna regeneracja, puki nie zostanę przebity bronią ze srebra mogę odrodzić się nawet po odcięciu głowy. Ponadto jestem zmiennokształtny, podczas prawdziwej walki potrafię przybrać postać skrzydlatej bestii, chodzież udało mi się osiągnąć to tylko raz w życiu - Wyjaśniłem, tłumacząc mu jak to wygląda.

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Współczucie w jego głosie trochę mnie zaskoczyło. Nie spodziewałem się takiej emocji od niego. Współczucie to nie było coś, czego się po nim można spodziewać. A może byłem zaskoczony, bo nie czułem, abym tego współczucia potrzebował. To nie był najgorszy okres w moim życiu. Miewałem w swoim życiu gorsze dni, i wtedy mi nikt tego nie współczuł. 
– Czy ja wiem – zacząłem spokojnie, opierając podbródek o jego głowę. – Jestem przyzwyczajony do samotności i milczenia. Faktycznie, miło czasem się do kogoś odezwać, wejść w jakąś debatę, ale też rozmawiać z innymi nie jest prosto, kiedy nie umiesz mówić. Po takim okresie milczenia człowiek zapomina i słów, i jak poprawnie składać zdania. A ludzie to oceniają. Nie to co zwierzaki, one reagują głównie na ton głosu, pojedyncze słowa. 
– Ja bym chyba zwariował, jakbym całymi tygodniami musiał spędzać czas tylko ze sobą. Albo z jakimś zwierzakiem. Już mam ciary na samą myśl – otrząsnął się z niesmakiem. 
– Tak, twoje zamczysko było pełne życia – przypomniałem mu, uśmiechając się pod nosem na wspomnienie tamtego miejsca. 
Miało swój urok. Było trochę zapuszczone, gdyby jednak go trochę wtedy odnowić... jestem ciekaw, jak jego rodzina utrzymywała to miejsce w wiecznej świetności. Na pewno nie byli tam sami. Musieli mieć od grona służby, by panował tam wieczny porządków i czystość. Pytanie tylko, czy ci służący byli tam z własnej woli... a może jego rodzice rzucali jakieś dziwne czary? By na przykład miotły same zamiatały? Wampiry miały różne, przedziwne moce. Niektóre czytały w myślach i też telepatycznie się porozumiewały, jeszcze inne władały jakimś żywiołem... każdy, do tego pakietu typowych mocy, miał coś indywidualnego. Jakby było im mało... Swoją drogą, ciekawe, co takiego ma Serathion. Tak sobie dopiero teraz zdałem sprawę, że jeszcze nic takiego u niego nie zauważyłem.
– Nie potrzebowałem aż tak pełnego zamku. Wystarczyła mi jedna osoba z wielkim kutasem i której to oczy były zwrócone ku mojemu obliczu. Nawet jak wychodziłem na wypełnienie mojej małej zemsty, kogoś sobie zawsze znajdowałem. A później ty się przyczepiłeś i tak już zostałeś – pokręcił z niedowierzaniem głową, jakby lekko niezadowolony. Doskonale jednak czułem, że tylko sobie żartuje, i że moja osoba mu odpowiada. 
– Spełniam twoje wymogi. Moje oczy zawsze patrzą na ciebie. I kutasa też mam odpowiedniego – dodałem wprost do jego ucha i zaraz podgryzłem jego płatek. Od razu poczułem, jak pod wpływem tego drobnego gestu jego ciało zadrżało przyjemnie. 
– No i tylko dlatego jeszcze pozwalam ci się mnie trzymać – odparł, wypinając dumnie pierś. 
– Twoja wspaniałomyślność nie zna granic. Jakim jestem szczęściarzem, że mam przy swoim boku kogoś tak szczodrego. Bez ciebie moje życie byłoby szare, smutne i bezsensu – powiedziałem przesadnie teatralnym tonem, ale też było w tym dużo prawdy. Był w tej chwili dla mnie wszystkim. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Kiwnąłem głową, jakbym rozumiał, co ma na myśli, choć prawda była taka, że równie dobrze mogło mi się tylko wydawać, że go rozumiem. Mimo to miałem nadzieję, że się zaprzyjaźnią. Ja… ja go właściwie nie potrzebowałem. Skrzydła dawały mi przewagę, a bycie wampirem nie było dla mnie ciężarem. Ale on? On potrzebował. A przynajmniej tak mi się zdawało.
Skupiłem wzrok na drodze. Właściwie nie dlatego, że było na co patrzeć, po prostu nie miałem nic lepszego do roboty. Droga ciągnęła się monotonnie, bez życia, bez ruchu, jakby świat na chwilę o tej drodze zapomniał.
Koń powoli podążał ścieżką znaną tylko jemu i Elianowi. Stąpał pewnie, bez zawahania, jakby prowadził nas instynkt, a nie pamięć. Ja natomiast mogłem jedynie siedzieć i obserwować otoczenie, które z każdą chwilą wydawało się coraz bardziej nużące.
- Nudzę się - Mruknąłem w końcu, opierając się o Eliana i rozglądając się bez większego zainteresowania.
- Zawsze możesz się rozebrać i popilnować ubrań - Odparł spokojnie.
Na moich ustach natychmiast pojawił się zadziorny uśmiech.
- Oj, nie kuś diable. Wiesz, że jestem w stanie to zrobić… a wtedy nie będzie już odwrotu - Powiedziałem, szczerząc równe zęby w prowokacyjnym uśmiechu.
- I właśnie tego się obawiam - Westchnął. - Bo doskonale wiem, że byłbyś zdolny do czegoś takiego. A tego w żadnym wypadku bym nie chciał. - W jego głosie pobrzmiewało coś jeszcze, coś na granicy zazdrości i napięcia. I trudno było tego nie zauważyć. Gdyby to on miał mnie oglądać… to co innego. Mógłby patrzeć dniami i nocami. Ale gdyby zrobił to ktoś obcy… nie miałem najmniejszych wątpliwości, że Elian nie zawahałby się nawet przez sekundę, głowa takiego nieszczęśnika potoczyłaby się po ziemi.
- Właśnie dlatego nie powinieneś podsuwać mi takich genialnych pomysłów - Odparłem z szerokim uśmiechem, wyraźnie z siebie zadowolony.
Mój partner jedynie westchnął, kręcąc głową. Po chwili złożył delikatny pocałunek na moim czole i przyciągnął mnie bliżej do siebie.
- Będziesz musiał się przyzwyczaić. Droga nad morze jest długa, a i tak skracamy ją, jadąc konno - Stwierdził spokojnie.
Kiwnąłem tylko głową i znów spojrzałem przed siebie, próbując czymś zająć myśli. Cisza ciągnęła się w nieskończoność, przerywana jedynie miarowym stukotem kopyt.
- Jak ty wytrzymałeś takie podróże? - Zapytałem w końcu, unosząc lekko głowę, by na niego spojrzeć. - Bez rozmowy… bez kontaktu z ludźmi? - Naprawdę mnie to zastanawiało. Ile można wytrzymać w samotności, zanim zacznie się tęsknić za czyimś głosem? Za czyjąś obecnością?
- Wiesz… różnie to było, najczęściej rozmawiałem sam ze sobą - Zaczął po chwili. - Mówiłem do zwierząt, które spotykałem po drodze. Czasami trafiali się też ludzie, ale rzadko było kiedy zamienić z nimi choć kilka słów. Zwykle nie było na to czasu… w końcu musiałem ścigać wampiry które trzeba było pozbawić życia. - Uniósł lekko głowę, kierując spojrzenie przed siebie, jakby wracał myślami do tamtych dni.
Westchnąłem cicho.
- To trochę smutne… całe życie sam podróżować. - Nie potrafiłem ukryć współczucia. Trudno było mi sobie wyobrazić taką pustkę, brak kogoś obok, brak głosu, który odpowiadałby na twoje własne myśli.

<Elianie? C:>

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Korzystając jeszcze z tego, że wokół panował półmrok, naprowadziłem naszego konia na gościniec. Wydawało mi się, że podróż główną drogą będzie najlepsza i najbezpieczniejsza dla nas. Może nie najszybsza, ale ważne, by nasz koń nie złamał nogi, szkoda by było tak cudownego wierzchowca. Nie chciałbym, by coś mu się stało przez mój ludzki błąd. I tak przed świtem będę starał się zjeżdżać w poszukiwaniu jaskiń, bardziej zalesionych obszarów, opuszczonych chatek, to już samo w sobie będzie niebezpieczne. Nie będziemy też cały czas jechać gościńcem, jeżeli będę miał możliwość skrócić sobie podróż korzystając z mniej uczęszczanej drogi, od razu z niej skorzystam. Co nieco jeszcze pamiętałem, wiedziałem, przy których wioskach skręcić, by było szybciej. Nie wiem tylko, jak z bandytami. Oni zawsze gdzieś się pojawiają. Jako samotny podróżny czasem byłem zaczepiany, kilka razy doszło do konfrontacji, ald nigdy nie zrobili mi więcej krzywdy. Może uznawali, że nie warto się ze mną awanturować o kilka monet.. Albo i nie, jak ich spojrzenie nie zauważało sakiewki przy moim pasie. Ale teraz? Będę jechać na wspaniałym, wręcz takim majestatycznym koniu, w towarzystwie jeszcze wspanialszego szlachcica. Oj, możemy mieć kłopoty... 
– Czemu na twoje gesty reaguje, a na moje już nie? – spytał po kilkunastu minutach, kiedy wyjechaliśmy na prostą drogę. – Chciałem, żeby jechał szybciej... a on nic. 
– Może czuje, kto tutaj pociąga za sznurki? – zasugerowałem, wtulając się w jego ciało i wciągając jego zapach. – Szybsze tempo byłoby zgubne. Jest chłodno, ciemno, ślisko. Zresztą, nie nadałem mu żadnego tempa. Sam je sobie dostosował. Czujesz, że galopuje trochę nierówno? – powiedziałem spokojnie. 
– To bezpieczne, pozwalać mu na taką samowolkę? – spytał odwracając głowę w moją stronę. 
– A czemu nie? Trzyma się drogi, jedzie w dobrą stronę, jak trzeba będzie skręcić, naprowadzę go. On wie najlepiej, jak tam wygląda powierzchnia pod jego kopytami, i jak rozkłada się nasz ciężar na jego grzbiecie. Wie, co robi, od razu czuć, że jest dobrze nauczony, więc pozostaje mi mu zaufać. Może też poczuje, że może mi zaufać, i nasza relacja zacznie mieć jakiś początek – odpowiedziałem. Sam nie do końca byłem pewien, czy tak to zadziała... No ale co też mi pozostało? Wcześniej, kiedy wyjeżdżałem z miasta i trochę go pospieszyłem czułem, że nie był zadowolony z mojego popędzania, ale wtedy naprawdę mi się spieszyło, chodziło o bezpieczeństwo mojej Różyczki. W sytuacjach wyjątkowych musi mi wybaczyć, że będę bardziej stanowczy. 
– Na to w ten sposób nigdy nie patrzyłem – zauważył, patrząc gdzieś przed siebie. – Myślisz, że to zadziała? 
– Nie wiem. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie go rozgryzę, i jakoś złapiemy wspólny język. Jak ten jego poprzedni pan miał trzydzieści koni, pewnie jest przyzwyczajony do tego, że każdego dnia kto inny wokół niego się kręcił. Może nigdy nie zbudował więzi z żadnym człowiekiem. Jeżeli tak, to mamy nawet szczęście. Chyba gorzej byłoby go oduczyć przywiązania – wyjaśniłem mu spokojnie. Miałem tylko nadzieję, że nie weźmie moich słów za pewnik. Po prostu mu mówiłem, co ja uważam. A czy jest to prawda? Ciężko mi stwierdzić. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Gdy Elian wyszedł, zabrałem się za ten nieszczęsny koc. Wytrzepałem go porządnie, tak jak prosił, a potem zacząłem składać w równą kostkę. Przyznam, zajęło mi to więcej czasu, niż chciałbym aby to trwało. Materiał uparcie nie chciał się układać tak, jak powinien, a ja coraz bardziej się irytowałem. W końcu jednak doprowadziłem go do stanu, który według mnie, mógł uchodzić za „idealny”. Wsunąłem go do torby z westchnieniem ulgi.
- Udało ci się schować koc? - Zapytał Elian, wchodząc do chatki. Jego sylwetka ledwo rysowała się w półmroku, gdy rozglądał się po ciemnym wnętrzu.
- Tak, udało mi się - Odparłem, ciężko wzdychając. Nie kryłem niezadowolenia. Naprawdę, czy ja wyglądam na kogoś stworzonego do takich zajęć? Jestem zdecydowanie zbyt piękny i zbyt doskonały na tego typu pracę.
Elian uśmiechnął się pod nosem.
- Jestem z ciebie dumny, Różyczko - Wyszeptał, pochylając się i całując mnie w czoło. Zanim zdążyłem zaprotestować, zabrał torbę z kocem, jakby była jego własnością. - Chodźmy. Na dworze jest już ciemno. - Chwycił moją dłoń i poprowadził mnie na zewnątrz. Powietrze było chłodne, a noc zdążyła już na dobre rozgościć się wokół chatki. Przed nami czekał koń, spokojny, niewzruszony, jakby było mu zupełnie obojętne, kto na nim jedzie. Stał tam, cierpliwy i milczący, jakby należał do świata, który nie potrzebuje zbędnych emocji.
Przez chwilę mu się przyglądałem.
Nie wyglądał na szczególnie przywiązanego do kogokolwiek. Może był dobrze wyszkolony… a może po prostu pogodzony z losem. Nie miałem pojęcia, jak właściwie działają konie. Czy trzeba coś zrobić, żeby cię polubiły? Czy w ogóle to ma znaczenie?
Westchnąłem cicho.
Pewnie Elian coś wymyśli. Zawsze coś wymyśla. Może nawet sprawi, że ten koń stanie się choć odrobinę… bardziej nasz.
Choć, jeśli mam być szczery, już teraz był imponujący. Silny, dumny, niemal królewski. Prawdziwy czempion. Taki, który bez problemu dowiezie nas aż nad morze.
O ile oczywiście wcześniej zdążymy się z nim „zakolegować”.
Jeśli to w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie.
A wydaje mi się, że jednak ma.
Zajmując miejsce na grzbiecie konia, spojrzałem przez ramię na partnera, czekając, aż w końcu do mnie dołączy.
Elian oczywiście jeszcze przez chwilę krzątał się przy swoich rzeczach, chowając coś tu i tam, jakby nie mógł zostawić wszystkiego w spokoju choćby na moment. Dopiero po tej krótkiej, lecz nieco irytującej ceremonii wskoczył na wierzchowca za mną.
- Gotów do drogi? - Zapytał, kładąc dłoń na moim biodrze przysuwając się bliżej.
- Ja tak. W przeciwieństwie do ciebie nie czuję zmęczenia - Odparłem, unosząc lekko brew.
Z jego ust wyrwał się cichy śmiech, ciepły i spokojny.
- Nie martw się. Ja też go nie czuję - Zapewnił. - Wyśpię się, gdy nad ranem dotrzemy na miejsce. - Nie zdążyłem już odpowiedzieć. Elian lekko poruszył wodzami i koń natychmiast ruszył przed siebie, jakby tylko na to czekał. Jego kroki były pewne i rytmiczne, a kierunek, oczywisty tylko mojemu partnerowi znany.

<Elianie? C:>

niedziela, 26 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Cierpliwie czekałem na znak, jak będę mógł zacząć się zbierać. Jako, że muszę poprawić siodło i spakować nasze rzeczy na konia, dlatego wyjdę te kilka minut wcześniej i upewnię się, że wszystko mamy. Serathion pewnie będzie bardzo zniecierpliwiony. Czułem to napięcie już teraz, kiedy przy mnie leżał. Chciał coś robić... tylko no właśnie, co tu można robić? Przestrzeń mała, śmierdziało, ale przynajmniej było bezpiecznie. Liczyłem na to, że uda nam się dotrzeć do naszego celu jeszcze w lato, w miarę wcześnie. Co wieczór będzie mógł co robić. A ja co wieczór będę się czuł o niego maksymalnie zazdrosny, bo już teraz wiedziałem, że będzie się ubierał tak, by wszystkie oczy były skierowane na niego. Nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. 
– Chyba już się powinienem zbierać – powiedziałem, otwierając oczy. Wyczucie czasu miałem już opanowane do perfekcji, nie potrzebowałem żadnego zegarka. Nie, żeby tu był jakikolwiek. – Przygotuję konia, spakuję resztę rzeczy. Jak skończę, powinieneś już móc wyjść na zewnątrz. 
– A co ja mam przez ten czas robić? – spytał, pusząc swoje policzki. 
– Możesz zdjąć koc, dokładnie go wytrzepać i ładnie złożyć – zaproponowałem. Znając jego i jego umiejętności przy takich czynnościach jak sprzątania, to akurat mu trochę zejdzie. 
– A muszę? – mruknął niezadowolony. Ależ oczywiście, że musiał sobie ponarzekać, nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. 
– Nie mam pod ręką żadnego służącego, który zrobiłby to za ciebie. Możesz też sobie posiedzieć, ale wtedy bardziej ci się będzie czas dłużyć – odpowiedziałem, sadzając na jego kolanach nie do końca zadowolonego Futerko. Ciekawe, jak przetrwa nieco dłuższą podróż. 
– Hmm... może nam sprawię takiego służącego? – zastanowił się, a ja szczerze, to nie byłem pewien, czy on sobie żartował, czy mówił całkowicie poważnie. Konia już załatwił, a jakiegoś biednego niewolnika, który za nami biega...? Nie zdziwiłbym się. Nie wiem, skąd by takiego niewolnika wziął, ale skoro konia wytrzasnął, to niewolnika też wytrzaśnie. 
– Jak tylko kogoś takiego przyprowadzisz, równie dobrze możesz się z nim wyprowadzić. Nie będę tolerować czegoś takiego – zaznaczyłem. Wolałem już go ostrzec niż później się zdziwić. 
– Daj spokój, żartowałem. A może nie – puścił mi oczko, szczerząc swoje kły. Miałem nadzieję, że nie zgubił tego pierścienia ukrywającego jego wampirze cechy. 
– To już się zabieraj za ten koc, zamiast żartować. Szybciej wyruszymy – dodałem, podnosząc się energicznie z łóżka. 
Serathion coś tam sobie pod nosem jeszcze mamrotał, ale ja już go nie słuchałem. Ubrałem się, zabrałem wszystkie swoje pakunki i opuściłem domek. Z ulgą wciągnąłem świeże powietrze. Tak, zdecydowanie tego mi brakowało. Przywitałem się z Onyksem, który nie zareagował na mnie w żaden sposób. Jeżeli będziemy mijać jakieś stadniny, z chęcią bym się w takowych zatrzymał i zasięgnął rady. Zbudowanie więzi z tym wierzchowcem może być naprawdę problematyczne. Przynajmniej mnie obwąchał, kiedy do niego podszedłem, ale pewnie liczył na kolejną marchewkę. 
– Nie możesz za każdym razem dostawać przysmaku ode mnie. Nie mam tyle marchewek – powiedziałem do niego cicho, gładząc go po chrapach. – W sezonie owszem. Ale teraz daleko nam do tego, musimy oboje się trochę wstrzymać. 
Onyks prychnął cicho, a ja nie wiedziałem, czy sobie prychał bo sobie prychał, czy jednak mi jakoś odpowiadał. No nic, jeszcze go rozpracuję. A teraz skupiłem musiałem skupić się na przygotowaniu go do podróży. I opcjonalnie pomóc Serathionowi, jeżeli zadanie z kocem go przerośnie. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Będę musiał to zrobić i dam radę. W końcu go kocham. A skoro tak, to muszę nauczyć się akceptować jego drobne niedoskonałości, tak jak on musi akceptować moje.
Chociaż… moje właściwie nie istnieją. Przecież jestem idealny, to fakt nad faktami. No, może poza charakterem, bo tego najlepszego jednak nie posiadam. Jestem tego świadom. On zresztą też.
Ale cóż, skoro chciał wampira, to teraz powinien o niego dbać. Tak samo, jak ja dbam o niego, najlepiej jak tylko potrafię. Choć przyznam, wcale nie jest to takie łatwe. W końcu jestem wampirem, a wampiry nie są tak bardzo ludzkie, jak mogłoby się wydawać. Te wyższe, bardziej szlachetne jak ja to co innego. My potrafimy się zachować. Nie zawsze, to prawda… ale przynajmniej się staramy.
- Cóż, w takim razie będę musiał to tolerować… albo założyć ci na głowę torbę. Taką, która zakryje twoją twarz, żeby nie raziła moich oczu tymi piegami - Odparłem z udawaną powagą, choć na moich ustach błąkał się złośliwy uśmiech.
Oczywiście tylko się droczyłem. W rzeczywistości byłbym w stanie znieść nawet te jego nieszczęsne piegi, których przynajmniej oficjalnie nie lubiłem. Skoro go kocham, to chyba wypada tolerować nawet coś takiego.
- Tak? A jesteś świadom tego, że piegi mam wszędzie? - Zapytał, patrząc na mnie swoimi całkiem ładnymi oczami, w których błyszczało rozbawienie.
- Na twoje szczęście podczas podróży nocą, całe ciało masz zakryte - Odpowiedziałem bez wahania. - A za dnia… kiedy będę miał okazję patrzeć bo nie będziesz na przykład spał… zamknę oczy, żeby nie widzieć. - Uśmiechnąłem się szerzej, wyraźnie zadowolony z własnej odpowiedzi. Ta nasza gra droczenie się, przekomarzanie, była dziwnie przyjemna. Może nawet bardziej, niż chciałem przyznać.
Bo prawda była taka, że mógłbym patrzeć na niego bez końca. Nawet z tymi wszystkimi piegami.
Elian tylko pokręcił głową, nawet tego nie komentując. I dobrze. Mogłoby się to dla niego źle skończyć.
Oczywiście nic bym mu nie zrobił. Ani nie powiedział nic naprawdę przykrego. Po prostu byłem bardziej złośliwy niż on i to był fakt. Mało kto byłby w stanie mnie w tym pokonać.
Dając mu w końcu spokój, zamknąłem oczy i wsłuchałem się uważnie w rytm bicia jego serca. Spokojny, równy… przyjemny. Niech odpoczywa. Niech się zrelaksuje. Czekała go długa podróż, właściwie nas oboje. Długa, męcząca droga, która dla niego oznaczała zmęczenie i potrzebę snu.
Dla mnie nie miało to większego znaczenia.
Nie potrzebowałem odpoczynku. Jako wampir mogłem znieść znacznie więcej niż on, niż jakikolwiek człowiek. Nie musiałem spać, by odzyskać siły. Wystarczyło jedno.
Krew.
To ona przywracała mi energię. To ona sprawiała, że czułem się… żywy. A może raczej, mniej martwy.
Jedno jej łykniecie, a znów byłbym jak nowo narodzony.
Przyznam szczerze, że takie leżenie zaczynało mnie nużyć. Elian chyba powoli przysypiał, a ja… cóż. Nie mogąc spać jak zwykły człowiek, pozostawało mi tylko słuchać.
Bicia jego serca.
Równego, spokojnego rytmu, który wybijał się ponad wszystko inne.
Słyszałem też szum liści za oknem, cichy, kojący, niesiony przez wiatr. Prychanie konia gdzieś niedaleko, ciężkie, miarowe oddechy. Mruczenie kota, ledwie uchwytne, ale dla mnie wyraźne jak szept tuż przy uchu.
Tyle dźwięków. Tyle drobnych oznak życia.
To one pozwalały mi jakoś funkcjonować. Wypełniały pustkę, która inaczej byłaby nie do zniesienia. 

<Elianie? C:>

sobota, 25 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Dwie godziny... Najchętniej wyruszyłbym jak najszybciej w stronę jakieś cywilizacji, ale przecież obiecałem Serathionowi, że podróż będzie w nocy, pod niego, i tej obietnicy dotrzymam. Teraz już prowadziłem bardziej nocny tryb życia, jeszcze kilka dni i całkowicie się przyzwyczaję. A skoro już powoli dzień staje się dłuższy, tego słońca na skórze na pewno zaznam, więc nie będzie ze mną aż tak źle. Najważniejsze, by Serathion miał wszystko, szczęście, bezpieczeństwo, odpowiednią ilość krwi. Nic więcej dla mnie znaczenia nie miało, bo ja sobie jakoś poradzę, a on na takim otwartym polu może mieć problem z poradzeniem sobie. Dobrze, że ma mnie. A co później zrobi, kiedy mnie zabraknie? Nie podobało mi się to, że ta myśl randomowo się pojawiała w mojej głowie. Przez to teraz będę się bał umrzeć, bo przecież sobie nie poradzi. Ale nie mogę tak myśleć, bo Serathion jeszcze mi zacznie wierzyć i faktycznie sobie nie poradzi. 
Oparłem policzek o jego czoło, przymykając oczy. Nie zamierzałem spać, chciałem się tylko psychicznie rozluźnić, i trochę skupić na zapachu bijącym od niego, a nie na tej paskudnej stęchliźnie. Otworzenie okna nie miało sensu, ciężka zasłona nie przepuści za wiele powietrza. A drzwi bałem się otworzyć, bo gdyby za bardzo się odchyliły przez chociażby głupi wiatr, zaraz do środka wpadłoby słońce. Musieliśmy więc jakoś sobie z tym zapachem poradzić. Miałem troszkę wrażliwszy węch niż przeciętny człowiek, no ale nie miałem tak źle jak Serathion. Nawet nie chcę wiedzieć, co on musi czuć. Na jego miejscu chyba bym zwariował. 
– Mamy towarzysza – powiedziałem cicho, czując na brzuchu czyjeś miękkie łapki. – Przytyłeś, kolego. I to mocno. 
– Od razu przytył. Po prostu dorasta, już nie jest małym koteczkiem, tylko dużym kocurem – odpowiedział Serathion, stając w jego obronie. – Szkoda, że już nie jest malutki i słodziutki. 
– Taki już urok zwierzaków... czy po prostu zwykłych istot. W porównaniu do was bardzo szybko rośniemy – powiedziałem, drapiąc kociaka pod bródką. Czemu ja mu się dałem namówić na imię Futerko? Nie powinienem się na to nigdy godzić. No ale już za późno. Futerko reaguje na Futerko, tego się już nie zmieni. Jeżeli jednak kiedykolwiek przyprowadzi kolejnego kota czy innego zwierzaka, nigdy już nie oddam mu wolnej ręki w nadawaniu imion. Nie jest to jego konik. 
– Ciebie już trochę znam, a ty się nic nie zmieniłeś – odpowiedział, unosząc swoją głowę tak, by na mnie spojrzeć. 
– Poczekaj na wiosnę i lato. Zawsze jak łapię trochę słońca mam mnóstwo piegów. Trochę się przez to zmieniam – powiedziałem, uśmiechając się lekko do niego. 
– Nienawidzę piegów – mruknął niechętnie, na co zaśmiałem się cicho. 
– Będziesz musiał to jakoś przetrwawić. Na to nic nie mogę poradzić – odpowiedziałem lekko, niezrażony jego małym wyzwaniem. Każdy ma swoje upodobania. Byłbym zdziwiony, gdyby mój wygląd odpowiadał mu w stu procentach. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Leżałem spokojnie na łóżku, wpatrując się w sufit. Tak naprawdę nie miałem nic szczególnego do roboty. Nie mogłem pomóc Elianowi, A to dlatego, że słońce skutecznie utrudniało mi dostęp do niego, więc pozostawało mi jedynie czekać. Najpierw na jego powrót, a później na moment, w którym w końcu wyruszymy w drogę.
Szczerze mówiąc, nie mogłem się już doczekać, aż opuścimy to miejsce. I nie chodziło tylko o wszechobecną stęchliznę i ciężkie powietrze, przez które oddychanie było niemal wysiłkiem. Po prostu zaczynałem się tu nudzić. To zdecydowanie nie było miejsce dla mnie. Nigdy nie przepadałem za brzydkimi zapachami, choć paradoksalnie pociągały mnie miejsca niebezpieczne. Tyle że to… nie było niebezpieczne. Było tylko martwe, duszne i pozbawione życia.
Nie miałem nic do roboty i wiedziałem, że kiedy Elian wróci, niewiele się zmieni. On będzie musiał odpocząć, a ja… znów będę czekać.
Co dziwne, nawet nie myślałem o seksie. To miejsce skutecznie odbierało mi na to ochotę. Sama myśl wydawała się tu… nie na miejscu. Zdecydowanie nie. Miałem swoją godność i swoje standardy. A tutaj nie było ani jednego, ani drugiego. Poza tym istniała pewna kolej rzeczy: najpierw kąpiel, dopiero potem przyjemności.
Lubiłem, kiedy Elian ładnie pachniał. Ludzie niestety mieli tę wadę, że nie zawsze mogli albo chcieli dbać o higienę. A wtedy zapach robił się… trudny do zniesienia. Na szczęście u niego jeszcze tego nie wyczułem.
Zastanawiałem się jednak, jak będzie wyglądała nasza podróż. Czy zmęczenie w końcu go dopadnie? Czy kąpielem będą możliwe? Czy zacznie zachowywać się inaczej? Poznałem już tyle zapachów, że niewiele było w stanie mnie zniechęcić… może poza jednym. Zapachem psa. Z jakiegoś powodu naprawdę go nie znosiłem. Może dlatego, że psy i wilkołaki były sobie zbyt bliskie, a wampiry i wilkołaki… cóż, delikatnie mówiąc, nigdy za sobą nie przepadały.
Na szczęście nie mieliśmy tu żadnego psa, więc nie było się czym martwić. Zresztą Elian nie potrzebował dodatkowego towarzysza. Wystarczył mu koń, prezent ode mnie. A właściwie coś, co zdobyłem dzięki swoim… umiejętnościom.
Usłyszałem kroki i uniosłem lekko głowę.
- O, już jesteś. Wszystko gotowe? - Zapytałem, spoglądając w jego stronę.
Chciałem wiedzieć, czy przed opuszczeniem tego miejsca musimy zrobić jeszcze coś, czy wreszcie możemy ruszać. Miałem nadzieję, że to już koniec. Że będzie mógł się położyć, zamknąć oczy chociaż na dwie godziny i naprawdę odpocząć.
Nie chciałem, żeby zasnął w siodle.
Choć… ludzie potrafili być nieprzewidywalni. Czasem nawet bardziej niż my. A jednak to nas nazywali potworami.
Zabawne.
Bo bardzo często to oni zaczynali wojny z takimi jak my. A potem dziwili się, że chcemy się bronić, za wszelką cenę.
- Tak, wszystko jest już gotowe. Możemy wyruszyć za dwie godziny - Stwierdził cicho, zajmując miejsce obok mnie. Objął mnie delikatnie, przyciągając do siebie, jakby sam potrzebował tej bliskości równie mocno jak ja.
- A więc masz dwie godziny, żeby odpocząć - Zauważyłem spokojnie.
Przysunąłem się bliżej, pozwalając, by nasze ciała ułożyły się wygodnie obok siebie. Oparłem głowę o jego klatkę piersiową i zamknąłem oczy, wsłuchując się w równy rytm jego serca. Ten dźwięk działał kojąco, niemal hipnotyzująco.
Nie powiedziałem już nic więcej.
Nie chciałem przerywać tej chwili. Cisza była tu lepsza niż jakiekolwiek słowa, miękka, spokojna, bezpieczna. Pozwoliłem mu odpocząć, pilnując jednocześnie, by naprawdę się zrelaksował. Nawet jeśli tylko przez te dwie godziny..

<Elianie? C:>

Od Eliana CD Serathiona

 Podobało mi się to, co usłyszałem... no, prawie. Już mógł sobie darować te cudowne epitety, doskonale sobie zdawałem sprawę, że jestem głupi. Nikt mądry nie podsuwałby pod nos wampirowi ręki do ukąszenia. Ogłupiałem z miłości do niego, owszem, zdawałem sobie z tego sprawę aż za dobrze, ale dobrze mi z tym było. Najważniejsze, by był szczęśliwy i bezpieczny. A skoro mam możliwość mu to zapewnić, to uczynię to bardzo skrupulatnie, byleby nic mu się nie stało. 
– To dobrze. To znak, że nie jesteś wcale takim bezdusznym potworem, na jakiego się kierujesz – powiedziałem, wrzucając kości do starej, glinianej miseczki. Muszę to później gdzieś zakopać, by zapach nie przywołał tutaj drapieżników. Jeżeli ktoś tu jeszcze przychodzi to lepiej, by nie natknął się na żadną watahę. Niesprowokowane wilki nie powinny zaatakować... ale wolę nie ryzykować. Czułem podskórnie, że jest to miejsce, do którego młodzież może później zaglądać. – Zajmę się śmieciami, i koniem. Niedługo wrócę. Zostawiam z tobą Futerko, pilnuj go – dodałem, oblizując palce.  
– Jak się pośpieszysz, może jeszcze znajdziesz czas na drzemkę – zaproponował Serathion, nad czym się za bardzo nie zastanawiałem. Trochę dzisiaj pospałem, owszem, więc nie potrzebowałem spać jeszcze więcej. Ale położyć się obok niego na tym wcale nie najgorszym łóżku, i po prostu przytulić... to było bardziej kuszące. Pewnie Serathion wolałby się kochać, ale ja nie miałem na to takiej ochoty. 
– Nie mam ochoty na drzemkę – powiedziałem, ubierając się ciepło. Trochę w końcu czasu na zewnątrz spędzę, a jeżeli teraz się pochoruję... cóż, wolałbym nie. Nie dość, że Serathion będzie się martwił, to jak już bym wyzdrowiał, dostałbym od niego niezłą litanię, jaki to ja głupi i nieodpowiedzialny jestem. – Ale z chęcią do ciebie wrócę – dodałem, zarzucając na głowę kaptur i zaraz po tym ostrożnie opuściłem chatkę, by przypadkiem nie wpuścić do środka za dużo słońca. 
Nie zamierzałem kopać w zamarzniętej ziemi, szanowałem swój czas. Zamiast tego odszedłem wystarczająco daleko, w dół rzeki, i tam wyrzuciłem zarówno kości, jak i resztki wnętrzności z zająca. Tutaj powinno być w porządku. Po tym musiałem wrócić do chatki, i zająć się Onyksem. Koń był wyjątkowo... spokojny. Jakby pogodzony ze swoim losem. Chyba trochę zbyt łatwo nas zaakceptował... wychodzi na to, że może być łatwym celem dla złodziei. Jak z końmi buduje się więź? Psa czy kota się nakarmi kilka razy, pogłaszcze, i już jest ci wierne. A koń? Nie miałem nigdy konia na własność. Zdarzyło mi się wypożyczyć raz czy dwa, ale tak to polegałem na własnych nogach. Skoro już jednak jednak mamy konia, trzeba zadbać, by był on jak najbardziej nasz, a nie podążał za każdym, kto tylko chwyci za jego uzdę. 
– Cwany jesteś – zaśmiałem się cicho, kiedy do niego podszedłem, a ten zaczął wąchać mnie z uwagą. Za pazuchą schowałem dla niego marchewkę, którą zamierzałem mu dać po posiłku. Ale jak już wyczuł, to za normalne jedzenie się nie weźmie. – No masz, masz. Żebyś nie myślał, że jakiś zły jestem. 
Kiedy ogier chrupał marchewkę, ja napełniłem wiadro jedzeniem dla niego, jeszcze chwilę do niego pogadałem jakieś głupoty i dopiero wtedy wróciłem do chatki. Sądząc po słońcu niecałe dwie godziny mamy do wyruszenia. Dwie godziny na wylegiwaniu się na łóżku... dla mnie brzmi cudownie. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Nie byłem co do tego aż tak pewien. Mimo wszystko byłem niebezpiecznym stworzeniem takim, które mogło zabić. Gdybym tylko chciał, mógłbym połamać mu kości bez chwili wahania. Ale nie chcę. Potrafię się powstrzymać dziś, wczoraj, jutro. Pytanie tylko, jak długo jeszcze będę w stanie to robić.
Jestem bestią. Nieprzewidywalną bestią. Nikt i nic nie było w stanie stanąć mi na drodze, nawet łowca. Oczywiście, na początku to on mnie pokonał. I pewnie gdyby spróbował teraz, również mogłoby mu się to udać. Nie dlatego, że jestem słaby, przeciwnie. Dlatego, że staram się być nieszkodliwy. Nie chcę nikogo krzywdzić. Nigdy nie chciałem.
Wampiry takie jak ja, te wyższe są większym zagrożeniem. A jednak ja jestem wyjątkiem. Nie zagrażam nikomu i nie mam zamiaru tego zmieniać. A mimo to… mógłbym stać się niebezpieczny, gdybym naprawdę tego zapragnął.
- I wydaje mi się, że właśnie w tym tkwi problem. Moja natura jest niestabilna, drażliwa. Dobrze wiesz, kim jestem i na co mnie stać. Co, jeśli pewnego dnia nie wytrzymam? Co, jeśli pierwszą moją ofiarą będziesz właśnie ty? Nie możesz być pewien tego, co zrobię. My wampiry jesteśmy nieprzewidywalni. I chyba ty, jako łowca, powinieneś wiedzieć to najlepiej. - Nie wiem, czy to, co powiedziałem, w ogóle do niego dotarło. Ale gdzieś w głębi duszy chciałem, żeby był tego świadom. Że jestem niebezpieczny. I że o tym nigdy nie może zapomnieć.
- Ale, Różyczko…- Odezwał się w końcu spokojnie, jedząc kolejny kęs królika. - Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, kim jesteś. I jak bardzo niebezpieczny potrafisz się stać. - Gdy to mówił, nie patrzył na mnie jak na potwora. To było najgorsze. - Ale mimo to wiem, że nic mi nie zrobisz. A nawet gdyby miało się to stać… - Lekko wzruszył ramionami, jakby mówił o czymś oczywistym - Stałoby się już dawno temu. Mieszkamy razem. Przebywamy ze sobą dzień w dzień. - Spojrzał na mnie uśmiechając się łagodnie. - Gdybyś naprawdę był takim złym i okropnym wampirem, na jakiego próbujesz się kreować… - Już by mnie tu nie było. A jednak nadal tu jestem, bezpieczny i szczęśliwy przy twoim boku. Więc wygląda na to, że tylko straszysz. W rzeczywistości nie jesteś aż tak groźny.  Przynajmniej nie dla mnie. I właśnie dlatego ci ufam. I wiem, że bez powodu nigdy byś mnie… ani nikogo innego… nie skrzywdził. - Przez chwilę nie byłem w stanie odpowiedzieć.
Zamiast tego poczułem coś dziwnego. Ciepło, rozlewające się gdzieś w środku, w miejscu, które dawno temu uznałem za martwe. Jakby jego słowa trafiły dokładnie tam, gdzie najbardziej tego potrzebowałem. Jakbym bez tego… nie potrafił funkcjonować.
Odwróciłem wzrok, zaciskając lekko szczękę.
- Jesteś okropny, głupi i do tego idiota - Mruknąłem cicho.
To zabrzmiało słabiej, niż powinno.
- Przez ciebie zaczynam czuć więcej, niż powinienem. - Nienawidziłem tego. A może raczej… bałem się.
Bo gdzieś w głębi duszy wiedziałem, że to właśnie on sprawił, że po raz pierwszy od bardzo dawna poczułem coś prawdziwego. Nie przelotne zauroczenie. Nie pusty flirt. Nie chwilową zachciankę.
Coś, co zostawało.
Coś, czego nie dało się tak po prostu zagłuszyć. Kochałem go i kochać będę tak długo jak będzie żył. 

<Elianie? C:>

piątek, 24 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 To było urocze, jak moja Różyczka się o mnie martwiła, upewniała, że godzę się na to wszystko, że nie robię nic przeciwko sobie. Mnie jednak księżyc nie zabije. A jego słońce już tak. Dlatego nie mam za bardzo wyjścia, będę musiał podróżować nocą, jakoś to przeżyję. Nie pierwszy, nie ostatni raz, zresztą. Co prawda, kiedy wcześniej podróżowałem nocą, to spieszyłem się za wampirem, na którego polowałem, a teraz tego wampira mam przy sobie, i muszę go chronić. Jak to życie nieprzewidywalne jest. Ale dla tego wampira... dla tego wampira zrobiłbym wszystko. Dosłownie. Głowę bym stracił, żeby tylko on mógł przeżyć. 
– Wiem. Nie urodziłem się wczoraj, chociaż przy tobie to chyba jestem jak noworodek – odpowiedziałem, zajmując się swoją pieczenią, która już przyjemnie pachniała. 
– Tylko się martwię – mruknął, pusząc swoje policzki. 
– Wiem, Różyczko. Ale powinieneś się bardziej skupić na sobie. Ja nie umrę, bo padnie na mnie promyk słońca – odpowiedziałem, zabierając od ognia Futerko. Ależ on jest dzisiaj jest upierdliwy. Co z nim było nie tak? 
– Ale umrzesz, jeżeli będziesz narażony na mróz. A w nocy jest zimniej – zauważył słusznie. 
– Na szczęście mam ciepłe rzeczy na sobie, które mnie przed tym mrozem chronią – odparłem spokojnie, zabierając swoją pieczeń. Znaczy, w sumie to naszą, moją i Futerka, bo przecież mi nie odpuści. – Nie wiem, czy zdążę się przespać. Jeszcze przed wyruszeniem należy nakarmić Onyksa, pozbyć się resztek z tego królika. Nie wiem, czy na godzinę opłaca mi się położyć. Chyba lepiej zrobię to już jutro, kiedy wrócisz do mnie bezpiecznie po polowaniu. 
– Po co masz na mnie czekać? Powinieneś spać, odzyskiwać siły, a nie czekać – burknął, z jakiegoś dziwnego powodu chyba trochę się... nie wiem. Burząc? Obrażając? Ale jeżeli tak, to o co? Trochę go nie rozumiem. 
– Po to, byś na zakończenie nocy poczuł słodki smak mojej krwi, a nie tę paskudną gorycz. I muszę mieć pewność, że wrócisz do bezpiecznego miejsca. Bo jeżeli nie, będę musiał wyruszać na poszukiwania – powiedziałem, nachylając się nad nim i go pocałowałem w skroń. 
– Znalazłbyś mnie? – spytał, unosząc jedną brew. 
– Oczywiście. Jestem łowcą. Dałbym sobie świetnie radę – odpowiedziałem, poprawiając jego kosmyki. – Przy mnie jesteś bezpieczny. Możesz być tego pewien – dodałem, prostując się i oddzieliłem dla Futerka nóżkę, by dał mi spokój, i zaraz po tym zabrałem się za jedzenie. Nie miałem żadnych sztućców, jadłem więc rękami. 
– Wiem. Też chciałbym móc powiedzieć, że ty jesteś bezpieczny przy mnie – usłyszałem jego cichy głos za plecami. 
– Ale ja czuję się przy tobie bardzo bezpiecznie – odpowiedziałem po przełknięciu mięsa. Czemu miałbym nie czuć się bezpiecznie? Nigdy mnie nie ugryzł wbrew mojej woli. Zawsze przerywał, kiedy go o to prosiłem. Nie podobało mi się jego flirtowanie z innymi, owszem, pod tym względem czułem się zagrożony, ale tu nie o takie zagrożenie chodzi. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 Przyznam, że musiałem się chwilę zastanowić nad jego propozycją. Wcale nie była taka głupia, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Gdybyśmy rzeczywiście zaczęli przerwę trochę wcześniej, miałbym czas zapolować na jakąś zwierzynę. A potem… jeśli głód wciąż nie dawałby mi spokoju, mógłbym wziąć od niego odrobinę krwi. Niewiele, na tyle mało, żeby go nie skrzywdzić, ale wystarczająco, by zaspokoić własne potrzeby. W końcu chodziło tylko o jedno, żebym nie chodził głodny. Bo głodny wampir to niebezpieczny wampir.
Spojrzałem na niego uważnie, próbując wychwycić choć cień zawahania, ale oczywiście niczego takiego nie znalazłem.
- Coś mi podskórnie mówi, że twój pomysł jest tak genialny, że aż nie wypada mi odmówić… prawda? - Zapytałem, choć odpowiedź była dla mnie oczywista.
Znałem go już wystarczająco długo. Nauczyłem się czytać między jego słowami, rozumieć te drobne gesty i spojrzenia, które dla innych pozostawały niezauważalne.
- Ależ ty jesteś mądrym wampirkiem - Odpowiedział z tym swoim charakterystycznym, lekko złośliwym uśmiechem. - Rozumiesz mnie nawet wtedy, gdy nie mówię wszystkiego wprost. -;Oczywiście, nie mógł sobie odmówić tej drobnej uszczypliwości. To było niemal rytuałem, jakby bał się, że bez tego poczuję się zbyt pewnie. A może po prostu lubił mnie w ten sposób prowokować.
Prychnąłem cicho, ale wbrew sobie poczułem cień satysfakcji.
Od razu było widać, skąd się tego nauczył.
Ach… mogłem być z siebie dumny. W pewnym sensie to ja go ukształtowałem, stworzyłem człowieka o tak silnym charakterze, tak uparcie stojącego przy swoim. Człowieka, za którego… bez wahania oddałbym życie.
Co było dość ironiczne, biorąc pod uwagę, że wampiry raczej nie słyną z takich poświęceń. A jednak.
Dla niego, zrobiłbym wyjątek. Nawet jeśli to wszystko zakończyłoby mój żywot.
- Ależ ty jesteś zabawny. Normalnie bym się roześmiał… gdyby tylko chciało mi się śmiać - Przewróciłem oczami, siadając na łóżku i przeciągając się leniwie, aż mięśnie przyjemnie zaprotestowały.
Przez chwilę panowała cisza, cięższa niż powinna. W końcu westchnąłem cicho.
- Tak się zastanawiam… jesteś pewien, że chcesz podróżować nocą? - Zapytałem ostrożnie. - Nie chcesz może jeszcze tego przedyskutować? - Sam nie wierzyłem, że zmieni zdanie. Znałem go zbyt dobrze, uparty, nieustępliwy, zawsze stawiający na swoim. A jednak… pytałem. Chociażby dla zasady.
- Już ci mówiłem. Nie zmienię zdania - Stwierdził krótko. Oczywiście.
Skinąłem głową, przyjmując to bez dalszych prób sprzeciwu.
- W porządku. W takim razie przynajmniej odpocznij przed nocą - Powiedziałem spokojniej. - Podróż może być bardziej męcząca, niż ci się wydaje. Czasem nawet bardziej niż za dnia. - Nie dodałem już nic więcej, choć myśli same cisnęły się do głowy.
Byłem aż za dobrze świadomy, że to przeze mnie całkowicie zmienił swój tryb życia. Żaden normalny człowiek nie przemierzałby świata nocą, rezygnując ze słońca, z ciepła dnia… z normalności. A jednak on to robił.
Dla mnie.
Dostosowywał wszystko, każdą decyzję, każdy krok, do istoty, która teoretycznie mogła sobie poradzić sama.
Przecież mógłbym siedzieć w torbie za dnia. To nie byłby dla mnie problem.
Tylko te noce, kiedy on będzie spał… byłyby prawdziwym wyzwaniem.
Samotność, cisza i głód, który w takich chwilach zawsze zdawał się narastać szybciej niż zwykle.
Westchnąłem cicho, odwracając wzrok.
Nie musiał tego robić. A jednak robił.

<Elianie? C:>

czwartek, 23 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Nie dziwiło mnie, że moja krew smakowała mu bardziej. Dziwiło mnie natomiast to, że sam z siebie się ode mnie odsunął. Zawsze to ja musiałem mu powiedzieć stop, i on to respektował za każdym razem. A dzisiaj? Co się stało? Wypił mało, zdecydowanie za mało, mniej, niż wcześniej, a tak to nie powinno wyglądać. W końcu, organizm się rozwijał, i rozwijać się jeszcze będzie przez najbliższe pięćdziesiąt lat? No, może trochę mniej. 
– Głód jest najlepszą przyprawą – powiedziałem, wycierając palcem stróżkę krwi, która spływała z ugryzienia, i podałem mu do oblizania, co uczynił z zaangażowaniem. Dobrze, że miałem tyle blizn... i to wszędzie. Gdziekolwiek mnie nie ugryzie, nie będzie tego widać, i nikt nie będzie nic podejrzewał. – Za mało jesz. Martwi mnie to – dodałem, podchodząc do rusztu, by obrócić moją obiadokolację. Będę musiał zwracać na to większą uwagę, bo Futerko bardzo interesuje się tym, co tutaj się dzieje. A może to te zapachy...? Muszę o nim pamiętać po prostu. Zawsze w podróży nie musiałem się przejmować takimi głupotkami, ale teraz się wszystko jest inne. Mam Serathiona, o którego trzeba zadbać, i tego małego kotka, którego wszędzie pełno. I jeszcze koń. Właśnie, muszę go nakarmić... najlepiej by to zrobić przed podróżą, by zdążyło mu się trochę ułożyć w żołądku. 
– Jem odpowiednio – stwierdził tylko, co mnie jeszcze bardziej zmartwiło. Jak tak sobie będzie wmawiał, to wcale nie będzie z nim lepiej. – Zresztą, gdzie tu mam jeść więcej? Od ciebie nie mogę wypić za dużo, bo musisz mieć energię i siłę, to że i tak od ciebie trochę podbieram teraz, to źle na ciebie wpłynie. 
Chyba ma o mnie złe mniemanie. Jestem słabszy od niego, owszem, jak to człowiek. Ale nie jestem aż tak słaby. Mój organizm miał trochę ciężko w życiu, musiałem przeżyć głód, mróz, wieczne popychanie, i dałem radę. Stałem się silniejszy. Zaczynam okres, w którym to człowiek jest najsilniejszy. A Serathion przecież dorastał. Potrzebował krwi, by stać się silny. Więcej krwi, częściej tej krwi. Jak ja mam mu tę krew dawać? Mam jakoś dietę zmienić? Chociaż, wydaje mi się, że już jest dobra, przecież chwali jej smak. 
– Może powinniśmy zmienić taktykę – mruknąłem do siebie, musząc trochę pomyśleć na głos. – Jeżeli będę cię karmił zaraz po dotarciu w bezpieczne miejsce, będę miał później dużo czasu, by dojść do siebie przed podróżą. 
– Organizm w kilka godzin ci krwi nie nadrobi – mruknął niechętnie, i nie mogłem mu odmówić racji. 
– To będziemy kończyć podróż wcześniej, a nie tuż przed zachodem słońca. Byś miał czas jeszcze znaleźć trochę zwierzyny, i ja będę twoim małym deserem – zaproponowałem. To chyba też nie był jakoś bardzo głupi pomysł. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 I na to akurat mogliśmy się zgodzić. Nigdzie nie znalazłbym drugiego takiego kogoś, kto oddaje mi siebie w tak dosłowny sposób. Kogoś, kto chce dzielić się swoją krwią nie dlatego, że musi, lecz dlatego, że sam tego pragnie… zanim jeszcze zdążę jej naprawdę potrzebować.
- Przynajmniej w jednym się zgadzamy. Jesteś naiwny - Powiedziałem cicho, odwracając wzrok. - I do tego zupełnie nie masz dla mnie litości. - Westchnąłem ciężko. Kręcąc niedowierzaniem swoją głową. - To ja muszę mieć siłę, by w nocy być twoimi oczami. Ale to ty musisz mieć dość energii, żeby przez całą noc podróżować. Pomyśl… nocą jest zimniej. Twoje ciało zużywa więcej energii, żeby się ogrzać. - Zawahałem się. - Dlatego nie powinienem pić twojej krwi. Przynajmniej nie teraz. Nie dopóki nie dotrzemy do bezpieczniejszego miejsca. To… zdecydowanie nie jest odpowiedni moment. - Bałem się. Nie samego aktu, do niego zdążyłem się przyzwyczaić. Bałem się tego, że jeśli zacznę… nie będę potrafił przestać. A jeśli wypiję za dużo, osłabię go. A wtedy nie da rady iść dalej. A my nie mogliśmy tu zostać.
- Serathion - Odpowiedział spokojnie, jakby mówił do dziecka, którym w teorii byłem ale tylko w świecie wampirów. - O mnie się nie martw. Jestem dorosły i wiem, co robię. Nic mi się nie stanie… pod jednym warunkiem. - Spojrzał na mnie uważnie. - Przestaniesz, kiedy cię o to poproszę. - Skinąłem głową niemal odruchowo.
Oczywiście, że przestanę, zawsze przestaję, kiedy ktoś mnie o to prosi.
Ale tak właściwie, fakty były zupełnie inne 
Gdyby sam nie powiedział „dość”… nie wiem, czy potrafiłbym się zatrzymać.
- Skoro jesteś tego pewien… - Zgodziłem się, choć ciężar w mojej piersi wcale nie zniknął. Wręcz przeciwnie, narastał.
Bo to nie było dla mnie wcale takie obojętne.
Gdyby to był ktoś inny… nie miałoby to dla mnie znaczenia.
Ale to był on. Kochałem go.
I właśnie dlatego czułem, że go krzywdzę, za każdym razem, gdy sięgałem po jego krew. Krew, której nie powinienem pić.
A jednocześnie wiedziałem jedno.
Bez niej… nie mógłbym żyć, żaden wampir by nie potrafił. 
Mimo wewnętrznego oporu wgryzłem się w jego nadgarstek.
Dopiero wtedy poczułem ten naprawdę palący, skręcający ból w żołądku, jakby coś rozdzierało mnie od środka. Głód wrócił ze zdwojoną siłą, brutalny i niecierpliwy.
Byłem wyczerpany.
I głodny… bardziej, niż chciałem przyznać.
A mimo to nie chciałem tego robić. Nie chciałem pić jego krwi, nie codziennie. Nie tak.
W okresie dojrzewania wampiry potrzebują jej znacznie więcej. To naturalne. Instynkt przejmuje kontrolę, ciało domaga się swojego.
Ale ja… zaciskałem zęby i ograniczałem się do minimum.
Bo mogłem. Bo musiałem.
Nie chciałem nikogo krzywdzić.
Żadnego człowieka. Jego, tym bardziej.
Krew była ciepła. Zbyt dobra. Zbyt łatwo było się w niej zatracić.
Na moment przymknąłem oczy, czując jak napięcie w moim ciele powoli ustępuje, jak głód cichnie… ale gdzieś pod tym wszystkim czaiło się coś jeszcze.
Strach.
Bo wiedziałem, że wystarczy chwila nieuwagi. I mogę go skrzywdzić.
Nim sam cokolwiek powiedzieć, oderwałem się od jego ciała oblizując wargi, tego było mi trzeba.
- Jak to jest, że twoja krew za każdym razem jest smaczniejsza? - Zapytałem, chociaż doskonale wiedziałem, że nawet on nie będzie w stanie mi tego wytłumaczyć.

<Elianie? C:>

środa, 22 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Trudna miłość... co było trudnego w miłości? Powinienem coś o tym wiedzieć, w końcu sam nie dopuszczałem do siebie nikogo przez długi czas, bo było to niebezpieczne dla mnie, i dla tej osoby, ale teraz go kocham i nie wiem, czy to było trudne. Dbałem o niego. Chroniłem. Pilnowałem. Były to proste czynności, które chyba w zupełności wystarczały, by pokazać komuś, że zależy. Może to właśnie była ta trudność w tym wszystkim? 
– Już pomagasz. Trzymasz tego małego głodomora – odpowiedziałem, patrząc z uwagą na zająca. A może bym go w sumie upiekł nad ogniem? Byłoby to mniej pożywne niż zrobienie gulaszu, ale aż tak głośny nie byłem. A mięso też mi dobrze zrobi. – Gdybyś tego nie robił, pewnie wlazłby mi pod nóż.
– Faktycznie, trochę się wierci – uśmiechnął się lekko, nie odsuwając się ode mnie nawet na sekundę. 
– Wypatroszę go i dam mu co lepsze kąski. Ale na więcej będzie musiał poczekać – powiedziałem, odcinając głowę i rozcinając brzuch. Byłem przyzwyczajony do takich widoków. Działałem trochę machinalnie, jeśli chciałem coś zjeść, musiałem. To sobie przygotować od początku do końca. – Też ciebie będę musiał nakarmić. 
– Ja nie potrzebuję – mruknął, ale miałem wrażenie, że mnie nie mówił poważnie... jak zwykle, zresztą. Będę zaskoczony, jak pewnego dnia odpowie mi „tak, jestem głodny, skorzystam z twojej propozycji“. 
– Mhm, oczywiście. Królik będzie się piekł, to cię nakarmię – mruknąłem, wyciągając z środka takie rarytasy jak serduszko czy wątrobę. – No masz, bo zaraz nas tu zjesz. 
Serathion postawił kociaka na podłodze, a ja podałem mu na małej miseczce wszystko, co mógłby zjeść. Następnie nasmarowałem królika olejem, przyprawami, nabiłem na ruszt dałem go nad ogień. Muszę tylko pamiętać, by go obracać od czasu do czasu, i pilnować, kiedy już będzie gotowy. Nie do końca wiedziałem, jak długo powinien się piec. Zawsze po prostu obserwowałem. Próbowałem. I na tej podstawie wiedziałem, kiedy pieczeń jest dobra. Akurat taki zajączek na raz będzie dla mnie jak znalazł. 
– No dobrze. Możesz się wgryzać – powiedziałem, popijając czystą wodę z bukłaka. Normalnie zrobiłbym sobie herbatę, ale miałem tylko jedno miejsce na ogniu. Na herbatę muszę sobie poczekać. 
– Czemu mówisz o tym tak ordynarnie? To jest mały rytuał pomiędzy nami, a nie jakiś akt bestialstwa – mruknął, przysuwając się do mnie delikatnie. – Poza tym, kto powiedział, że ja chcę teraz coś zjeść? 
– No nie wiem, ja? Twój żołądek? No już, śmiało. Potrzebujesz tego. A ja w nocy będę cię potrzebował, twojego słuchu i wzroku, więc lepiej, byś był całkowicie skupiony – powiedziałem, wyciągając rękę i podciągając rękaw. – No już, korzystaj, że masz takiego idiotę, który sam ci podtyka rękę z dobrą krwią pod nos – dodałem, uśmiechając się do niego delikatnie. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

Cicho westchnąłem, słysząc jego słowa. W gruncie rzeczy mogłem się tego spodziewać, zawsze za bardzo się mną przejmował. A przecież jestem już dużym chłopcem, poradzę sobie sam. On będzie spał, a ja… cóż. Pokręcę się niedaleko miejsca jego spoczynku, pogadam z koniem i kotem, może coś upoluję, żeby się napoić. Zawsze coś się znajdzie. Dobrze o tym wiedział.
- Ale… - Zacząłem, chcąc coś dodać, może przekonać go, zmienić jego zdanie.
Nie dał mi jednak szansy.
- Nie ma żadnego „ale”. Nie będziesz siedział sam. Obaj dobrze wiemy, że nie wytrzymasz, prędzej czy później zaczniesz coś kombinować. Nie mogę na to pozwolić. - Jego głos był stanowczy, niemal twardy jak kamień. Nawet na mnie nie spojrzał, zajęty królikiem, którego wcześniej upolował. Powoli, z wprawą, pozbawiał go futra, jakby była to najzwyklejsza czynność na świecie.
Westchnąłem ponownie, tym razem ciężej. Czy w ogóle było sens z nim dyskutować? To trochę jak walka ze ścianą, możesz walić głową ile chcesz, a efekt zawsze będzie ten sam.
- Nie wzdychaj mi tu - Mruknął, jakby czytał mi w myślach. - To i tak nic nie da. - Uniósł na chwilę wzrok, mierząc mnie uważnym spojrzeniem.
- Jesteś dużym chłopcem, to prawda. Ale jako wampir wpadasz na wyjątkowo głupie pomysły, które wcale mi się nie podobają. I właśnie dlatego nie mogę pozwolić sobie na spokojny sen. Wolę mieć cię na oku, dla twojego i naszego bezpieczeństwa. - No i co ja mam z nim zrobić?
Kiedy się odzywam źle. Kiedy milczę, jeszcze gorzej. Czasem mam wrażenie, że cokolwiek zrobię, i tak skończy się tak samo.
Ciężkie jest to moje życie.
- Bardzo chciałbym zaprzeczyć temu, co właśnie powiedziałeś… ale nie mogę. To znaczy, mógłbym tylko że byłoby to zwykłe kłamstwo, a do tego nie zamierzam się zniżać. - Na moment odwróciłem wzrok, krzywiąc się lekko. - Masz rację. Wpadam na głupie pomysły. Często. - Westchnąłem cicho, po czym spojrzałem na niego z ukosa. - Ale dzięki tobie przynajmniej próbuję tego nie robić. - Na moich ustach pojawił się cień uśmiechu, trochę złośliwy, trochę zbyt szczery. - W końcu… z jakiegoś dziwnego powodu cię kocham. - Zawiesiłem na nim spojrzenie, jakby sprawdzając, jak zareaguje, po czym dodałem już lżej, z nutą zaczepki. - Więc muszę pilnować, żeby mój rudzielec się na mnie nie gniewał. - Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie wbił tej drobnej szpilki. Tak dla zasady. Żeby pamiętał, że go kocham… ale też, z kim dokładnie ma do czynienia.
- 'Z jakiegoś dziwnego powodu”, hm? - Prychnął cicho. - Pewnie nawet nie wiesz, jak to brzmi w ustach wampira. Rozumiem, że wy… nie potraficie kochać. - W jego głosie pobrzmiewało coś pomiędzy kpiną a ostrożnością, jakby sam nie był pewien, czy wierzy w to, co mówi.
Skrzywiłem się lekko. To nie była do końca prawda. Właściwie, była bardzo daleka od prawdy.
Potrafimy kochać. Tylko inaczej.
Nasza miłość jest bardziej skomplikowana. Głębsza, ale i cięższa do uniesienia. Często boli, bardziej niż powinna. Wampiry okazują uczucia w sposób, który dla ludzi wydaje się brutalny, czasem wręcz okrutny… ale dla nas to coś naturalnego.
Czy to coś złego? Dla nas, nie.
Dla ludzi… zdecydowanie tak.
- Potrafimy kochać - Powiedziałem w końcu ciszej. - Ale to trudna miłość. - Oparłem głowę o jego ramię, pozwalając sobie na ten krótki moment bliskości, jednocześnie z uwagą obserwując jego dłonie zajęte pracą.- Mogę ci jakoś pomóc? - Zapytałem, już spokojniej, z wyraźną chęcią.
Może i byłem problematyczny.
Ale przynajmniej próbowałem.

<Elianie? C:> 

wtorek, 21 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Rozmawiałby sobie ze zjawą... chciałbym to zobaczyć. Chciałbym w ogóle kiedyś mieć możliwość spotkania czegoś takiego. Dowiedzenia się czegoś więcej, by na przyszłość mieć tę wiedzę większą, bez problemu ich pokonać, jeżeli będą mnie czy moją słodką Różyczkę niepokoić. Tylko, jak by takiego pokonać...? Słyszałem tylko pogłoski, jakieś bajania, ale ile z tego byłoby prawdą, to nie mam pojęcia. To nie było tak, że nie wierzyłem w zjawy, duchy, upiory, czy inne tego typu rzeczy. Po prostu za każdym razem, kiedy słyszałem, że jakieś miejsce jest nawiedzone, nigdy nie było ono nawiedzone. Tym razem się okazało podobnie. 
– Chciałbym być świadkiem twojej rozmowy z duchem. Byłoby to ciekawe – odpowiedziałem, rzucając na stół ustrzelonego zająca, który miał być dzisiaj posiłkiem moim, jak i Futerka. Rozejrzałem się dookoła, w poszukiwaniu czegoś drewnianego, co mógłbym rozwalić i użyć do rozpałki. Nie miałem czasu na zbieranie chrustu w lesie i później suszenie go, żeby go użyć. Mój wzrok padł na stare, spróchniałe krzesło, które udało mi się rozwalić jednym kopnięciem. 
– Nie mógłbyś. Jak bym cię wtedy odgadywał? – pokręcił lekko głową, obserwując mnie z uwagą i chyba nawet lekkim zainteresowaniem. 
– Mógłbyś poruszyć z nim wszelkie tematy, a ty chciałbyś rozmawiać o mnie? Jestem pewien, że są ciekawsze rzeczy niż ja – powiedziałem, rozpalając ogień. Od razu w tej małej chatce zrobiło się jakoś tak lepiej... cieplej. Oj, tego mi brakowało. Jak ja będę podróżował, kiedy nastąpi mrok, i zajdzie słońce, które to daje mi ciepło, to ja nie wiem. Chociaż, ja to ja, oby ten biedny koń dał sobie radę. 
– Dla mnie jesteś najbardziej interesujący – przyznał, wstając z łóżka, by podejść bliżej mnie. – Co chcesz zrobić? 
– To, co zawsze. Wrzucę trochę tego, co mam do garnka i będę miał nadzieję, że jakoś to będzie – wzruszyłem ramionami. Nie miałem tego za wiele, pora roku nie dawała mi możliwości, ale coś się zrobi. Miałem mięso, trochę warzyw typu cebula, marchewka, przyprawi się, poddusi i wyjdzie mi jakiś gulasz. Może nawet na dwa dni. 
– Prawdziwy szef kuchni z ciebie – powiedział, biorąc w swoje ręce kotka, który był zainteresowany tym, co robię. Surowego mięsa chyba jeszcze nie jadł... to w ogóle zdrowe dla kotów? Chyba tak, bo jednak jak żyją samowolnie, to jedzą to, co upolują. A jednak trochę się martwiłem... Wykroiłem niewielki kawałek mięsa i podałem go kociakowi, a on od razu pochłonął ten kawałek, gryząc mnie w palec. – Tak sobie w ogóle myślałem, byś może zaczął podróżować za dnia. A ja bym się schował jako nietoperz w plecaku, czy w twojej kieszeni. 
– A w nocy co będziesz robił? Wiem, że nie dasz rady wysiedzieć te kilka godzin sam, jak ja będę spał, a wokół będzie mrok. Nie, to stanowczo odpada – pokręciłem głową. Nie taki był plan. Mieliśmy podróżować nocą, i to będziemy robić. 

<Różyczko? c:>

Od Serathiona CD Eliana

 W odpowiedzi na jego słowa uśmiechnąłem się tylko delikatnie, wiedząc, że kiedy pójdzie po wodę, muszę tu zostać i grzecznie czekać na jego powrót. Choć bardzo chciałbym pójść tam razem z nim, doskonale zdaję sobie sprawę, jak niebezpieczne mogłoby to dla mnie być. To właśnie dlatego zostałem, w swoim bezpiecznym kącie, mimo smrodu stęchlizny i wszystkich tych drobnych rzeczy, na które mógłbym narzekać. Nie robię tego jednak. Sam chciałem wyruszyć w tę podróż z Elianem, więc teraz muszę być cierpliwy i nie przysparzać mu więcej kłopotów, niż już ma przeze mnie.
Położyłem się na łóżku, ale nie po to, żeby spać. Nawet gdybym chciał, nie potrafię. Zastanawiam się czasem, jak to jest, naprawdę spać. Nie tylko rozumieć, czym jest sen, ale poczuć go… jego ciężar, spokój, może nawet smak.
Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem. Dopiero odkąd jestem z Elianem, te myśli zaczęły do mnie wracać. Jak wyglądałoby nasze życie, gdybym i ja mógł zasypiać tak jak on? Może wszystko byłoby prostsze. Może spalibyśmy razem, a za dnia wędrowali. Właściwie… nadal moglibyśmy tak robić. On powinien spać nocą, to dla niego naturalne. W dzień moglibyśmy podróżować, to nie jest wcale zły pomysł.
Oczywiście ja sam nie mógłbym narażać się na słońce. Ukrywałbym się w jednej z jego toreb, przemieniony w nietoperza, czekając w ciszy, aż dzień minie. Bezpieczny, niewidoczny. A nocą, kiedy on będzie zasypiał… właśnie. Co wtedy?
Jeśli naprawdę zaczniemy podróżować za dnia, stracimy niemal cały czas dla siebie. Ja, schowany i milczący przez długie godziny, i on idący samotnie przed siebie. A nocą zostanie nam tylko chwila. Godzina, może dwie, zanim zmęczenie go pokona.
To nie jest całkiem głupi plan. Właściwie to jedyny rozsądny. On jest człowiekiem, potrzebuje snu, potrzebuje światła dnia. Czasem jednak mam wrażenie, że coś go powstrzymuje, jakby było mu szkoda… mnie.
Bo nie jestem taki jak on. I nigdy nie będę.
- Już jestem - Usłyszałem i od razu poczułem ulgę. Zawsze jest mi lepiej, kiedy jest blisko. Przynajmniej wtedy wiem, że nic mu nie grozi.
I tak, wiem, jest łowcą. Nie tak łatwo go zabić, ktokolwiek by spróbował. A jednak… mimo wszystko się martwię. Tak zwyczajnie, po ludzku. Po prostu nie chcę, żeby stała mu się krzywda.
- Cieszę się. Tu jest naprawdę cicho - Mruknąłem, wyraźnie niezadowolony. Lubię ciszę jak każdy… ale nie wtedy, gdy całymi dniami nie mamy ze sobą zamienić ani słowa.
- I żadnej zmory nie było? - Dopytał, grzebiąc coś w swojej torbie.
- Właśnie nie. A szkoda. Może gdyby chociaż jedna się pojawiła, miałbym co robić - Westchnąłem ciężko, udając zawiedzionego.
Uniósł brew, spoglądając na mnie z niedowierzaniem.
- Tak? A co ty niby miałbyś robić z taką zmorą? - Dopytał, zerkający na mnie kątem oka.
- Jak to co? - Spojrzałem na niego z udawaną powagą. - Miałbym z kim rozmawiać, kiedy ciebie nie było. - Przez chwilę przyglądałem mu się uważnie, a potem kąciki moich ust drgnęły lekko. - Ale już nie muszę. Mój ulubieniec wrócił - Dodałem z zadziornym uśmiechem, bez żadnych podtekstów. Po prostu zaczynałem się nudzić i szukałem sposobu, żeby zabić czas.

<Elianie? C:>

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Istniały, nie istniały, to akurat był nasz najmniejszy problem. Nawet jeśli coś by tutaj straszyło, i tak byśmy się tu zatrzymali. Nie, żeby on miał wybór, robiłem to tylko i ze względu na niego. W przeciwnym razie dalej bym jechał w kierunku tylko mi znanym. 
– Jak z wampirem dałem sobie radę, z upiorem także bym sobie dał – powiedziałem krótko, przynosząc z juków koc, garnek i kilka innych rzeczy, by jakoś się tu na te kilka godzin rozgościć, coś zjeść, napić się... Znaczy, przynajmniej ja. 
– Nigdy nie spotkałeś upiora? – spytał, szczerze zaskoczony. 
– Nie. To nie moja działka, straszące miejsca omijam szerokim łukiem, a jak już zdarza mi się do nich zajść, no to ani razu nie były nawiedzone. Albo to te upiory się mnie bały – powiedziałem krótko, zabierając Futerko od drzwi. Lepiej, by teraz tutaj Serathiona pilnował. 
– Oj tak, z pewnością obawiały się twojego wielkiego kutasa – puścił mi oczko. Miałem wrażenie, że ten żart bym trochę wymuszony, by rozluźnić to napięcie między nami, które ciągnęło się za nami od wczorajszej nocy. Żeby nie było, że tylko on się stara, też musiałem wejść w tę grę. 
– Kutas na wampiry, kutas na upiory... ja chyba muszę zacząć po prostu walczyć kutasem, skoro tak dobrze mi idzie – zauważyłem, rozglądając się szybko po pomieszczeniu. Kominek był, będę mógł przygotować sobie i kociaki obiad... o ile uda mi się coś upolować. Cóż, spróbuję, i tak będę musiał się przejść po wodę, może mi się poszczęści. 
– Walczący kutasem... byłbyś legendą – podsumował. – Ale nie wiem, czy by mi się to podobało. Wolałbym, by ten kutas walczył tylko ze mną. 
On o mnie jest zazdrosny, owszem. A ja już o niego nie, bo przesadzam... Muszę w końcu to odpuścić, bo jak to będzie tak za mną chodzić, to w końcu ten związek przeze mnie się rozpadnie. 
– I cały czas tak jest. Wstań, proszę – poprosiłem, co Serathion uczynił. Dzięki temu mogłem rozłożyć koc na starym, zakurzonym łóżku, by nie musiał siedzieć na tym brudzie. – Pójdę teraz po wodę, postaram się też coś upolować i z tego coś ugotować. Napoję też Onyksa. 
– I zostawiasz mnie tu samego? A jak coś mnie zje? – spytał, udając bardzo zaniepokojonego, zdradzał go jednak ten malutki uśmieszek. 
– No nie wiem, jesteś bezkrwisty i kościsty, raczej nie będziesz smakowitym kąskiem – odbiłem piłeczkę. On kościsty, ja żylasty... nie, oboje nie nadawalibyśmy się na karmę dla potworów. – Wrócę tu jak najszybciej – dodałem, nachylając się do niego, by ucałować go w skroń na pożegnanie. 

<Różyczko? c:>