poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Gdy Elian wyszedł, zabrałem się za ten nieszczęsny koc. Wytrzepałem go porządnie, tak jak prosił, a potem zacząłem składać w równą kostkę. Przyznam, zajęło mi to więcej czasu, niż chciałbym aby to trwało. Materiał uparcie nie chciał się układać tak, jak powinien, a ja coraz bardziej się irytowałem. W końcu jednak doprowadziłem go do stanu, który według mnie, mógł uchodzić za „idealny”. Wsunąłem go do torby z westchnieniem ulgi.
- Udało ci się schować koc? - Zapytał Elian, wchodząc do chatki. Jego sylwetka ledwo rysowała się w półmroku, gdy rozglądał się po ciemnym wnętrzu.
- Tak, udało mi się - Odparłem, ciężko wzdychając. Nie kryłem niezadowolenia. Naprawdę, czy ja wyglądam na kogoś stworzonego do takich zajęć? Jestem zdecydowanie zbyt piękny i zbyt doskonały na tego typu pracę.
Elian uśmiechnął się pod nosem.
- Jestem z ciebie dumny, Różyczko - Wyszeptał, pochylając się i całując mnie w czoło. Zanim zdążyłem zaprotestować, zabrał torbę z kocem, jakby była jego własnością. - Chodźmy. Na dworze jest już ciemno. - Chwycił moją dłoń i poprowadził mnie na zewnątrz. Powietrze było chłodne, a noc zdążyła już na dobre rozgościć się wokół chatki. Przed nami czekał koń, spokojny, niewzruszony, jakby było mu zupełnie obojętne, kto na nim jedzie. Stał tam, cierpliwy i milczący, jakby należał do świata, który nie potrzebuje zbędnych emocji.
Przez chwilę mu się przyglądałem.
Nie wyglądał na szczególnie przywiązanego do kogokolwiek. Może był dobrze wyszkolony… a może po prostu pogodzony z losem. Nie miałem pojęcia, jak właściwie działają konie. Czy trzeba coś zrobić, żeby cię polubiły? Czy w ogóle to ma znaczenie?
Westchnąłem cicho.
Pewnie Elian coś wymyśli. Zawsze coś wymyśla. Może nawet sprawi, że ten koń stanie się choć odrobinę… bardziej nasz.
Choć, jeśli mam być szczery, już teraz był imponujący. Silny, dumny, niemal królewski. Prawdziwy czempion. Taki, który bez problemu dowiezie nas aż nad morze.
O ile oczywiście wcześniej zdążymy się z nim „zakolegować”.
Jeśli to w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie.
A wydaje mi się, że jednak ma.
Zajmując miejsce na grzbiecie konia, spojrzałem przez ramię na partnera, czekając, aż w końcu do mnie dołączy.
Elian oczywiście jeszcze przez chwilę krzątał się przy swoich rzeczach, chowając coś tu i tam, jakby nie mógł zostawić wszystkiego w spokoju choćby na moment. Dopiero po tej krótkiej, lecz nieco irytującej ceremonii wskoczył na wierzchowca za mną.
- Gotów do drogi? - Zapytał, kładąc dłoń na moim biodrze przysuwając się bliżej.
- Ja tak. W przeciwieństwie do ciebie nie czuję zmęczenia - Odparłem, unosząc lekko brew.
Z jego ust wyrwał się cichy śmiech, ciepły i spokojny.
- Nie martw się. Ja też go nie czuję - Zapewnił. - Wyśpię się, gdy nad ranem dotrzemy na miejsce. - Nie zdążyłem już odpowiedzieć. Elian lekko poruszył wodzami i koń natychmiast ruszył przed siebie, jakby tylko na to czekał. Jego kroki były pewne i rytmiczne, a kierunek, oczywisty tylko mojemu partnerowi znany.

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz