Istniały, nie istniały, to akurat był nasz najmniejszy problem. Nawet jeśli coś by tutaj straszyło, i tak byśmy się tu zatrzymali. Nie, żeby on miał wybór, robiłem to tylko i ze względu na niego. W przeciwnym razie dalej bym jechał w kierunku tylko mi znanym.
– Jak z wampirem dałem sobie radę, z upiorem także bym sobie dał – powiedziałem krótko, przynosząc z juków koc, garnek i kilka innych rzeczy, by jakoś się tu na te kilka godzin rozgościć, coś zjeść, napić się... Znaczy, przynajmniej ja.
– Nigdy nie spotkałeś upiora? – spytał, szczerze zaskoczony.
– Nie. To nie moja działka, straszące miejsca omijam szerokim łukiem, a jak już zdarza mi się do nich zajść, no to ani razu nie były nawiedzone. Albo to te upiory się mnie bały – powiedziałem krótko, zabierając Futerko od drzwi. Lepiej, by teraz tutaj Serathiona pilnował.
– Oj tak, z pewnością obawiały się twojego wielkiego kutasa – puścił mi oczko. Miałem wrażenie, że ten żart bym trochę wymuszony, by rozluźnić to napięcie między nami, które ciągnęło się za nami od wczorajszej nocy. Żeby nie było, że tylko on się stara, też musiałem wejść w tę grę.
– Kutas na wampiry, kutas na upiory... ja chyba muszę zacząć po prostu walczyć kutasem, skoro tak dobrze mi idzie – zauważyłem, rozglądając się szybko po pomieszczeniu. Kominek był, będę mógł przygotować sobie i kociaki obiad... o ile uda mi się coś upolować. Cóż, spróbuję, i tak będę musiał się przejść po wodę, może mi się poszczęści.
– Walczący kutasem... byłbyś legendą – podsumował. – Ale nie wiem, czy by mi się to podobało. Wolałbym, by ten kutas walczył tylko ze mną.
On o mnie jest zazdrosny, owszem. A ja już o niego nie, bo przesadzam... Muszę w końcu to odpuścić, bo jak to będzie tak za mną chodzić, to w końcu ten związek przeze mnie się rozpadnie.
– I cały czas tak jest. Wstań, proszę – poprosiłem, co Serathion uczynił. Dzięki temu mogłem rozłożyć koc na starym, zakurzonym łóżku, by nie musiał siedzieć na tym brudzie. – Pójdę teraz po wodę, postaram się też coś upolować i z tego coś ugotować. Napoję też Onyksa.
– I zostawiasz mnie tu samego? A jak coś mnie zje? – spytał, udając bardzo zaniepokojonego, zdradzał go jednak ten malutki uśmieszek.
– No nie wiem, jesteś bezkrwisty i kościsty, raczej nie będziesz smakowitym kąskiem – odbiłem piłeczkę. On kościsty, ja żylasty... nie, oboje nie nadawalibyśmy się na karmę dla potworów. – Wrócę tu jak najszybciej – dodałem, nachylając się do niego, by ucałować go w skroń na pożegnanie.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz