sobota, 4 kwietnia 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Westchnąłem cicho, gdy wstał z łóżka. Co by nie mówić, dobrze mi się z nim leżało. Zbyt dobrze. Dlaczego zawsze musiał coś zepsuć właśnie w takim momencie?
Eh… nieważne. Jakoś to przeżyję.
- Idź, idź. Ja zajmę się kuwetą - Rzuciłem w końcu, podnosząc się niechętnie z łóżka.
Miałem już trochę dość tej naszej gry, tego zakładu. Byłem… nienasycony. Chciałem więcej jego bliskości, więcej dotyku. Chciałem, żeby przestał się powstrzymywać. Żeby mnie pragnął tak samo jawnie, jak ja pragnąłem jego.
Ale jeśli się ugnę, on wygra. A na to nie mogę pozwolić.
Pytanie tylko… jak długo jeszcze wytrzymam? Nie jestem najlepszy w tę gry..
Elian wyszedł z pokoju, zapewne kierując się do Dony. Na samą myśl o niej skrzywiłem się lekko. Ta kobieta zdecydowanie mnie nie znosiła. Znowu zacznie suszyć mu głowę, próbując sprowadzić go na „właściwą drogę”.
Tylko czy droga, którą wybrał, naprawdę była taka zła?
Może nie idealna… ale też nie aż tak straszna, jak ona to widziała.
Nie wpadajmy w paranoję. Przecież nie jestem dla niego aż takim potworem.
…czyż nie?
Z tą myślą podszedłem do kuwety, nawet nie próbując narzekać. Sam tego chciałem. Chciałem mieć kota, więc teraz muszę znosić wszystko, co się z tym wiąże. Proste.
W ciszy, która zapadła wokół mnie, zacząłem wyłapywać każdy dźwięk dochodzący z gospody. Najdrobniejszy szmer, stuk, skrzypnięcie desek.
I oczywiście, ich głosy.
Dona.
Tak jak się spodziewałem. W jej opowieści byłem tym złym. Okrutnym, niebezpiecznym… potworem.
Wampirem. A jednak dla niego… byłem tylko człowiekiem.
Na moje szczęście Dona nie znała prawdy. I lepiej, żeby tak zostało.
Bo jeśli kiedykolwiek dowie się, kim naprawdę jestem…
wszystko stanie się jeszcze trudniejsze.
Skupiałem się na sprzątaniu, próbując zagłuszyć słowa, których wcale nie chciałem słyszeć.
Czasami naprawdę żałowałem, że mam tak doskonały słuch. Gdyby nie to, niektóre zdania nigdy by do mnie nie dotarły… i może nie bolałyby aż tak bardzo.
A jednak bolały. Zdecydowanie za bardzo.
Na zewnątrz potrafiłem grać swoją rolę bezbłędnie, oschłego, pewnego siebie, zapatrzonego w swoje piękno i osobowość, wręcz doskonałego wampira, który niczym się nie przejmuje. Kogoś, kto patrzy na innych z góry i nie dopuszcza do siebie żadnych emocji.
Ale to była tylko maska.
W środku… bywało inaczej.
Niektóre słowa wbijały się głęboko, zostawiały ślad. Szczególnie te, które oceniały mnie, przekreślały, zamykały w obrazie potwora.
Bo to bolało najbardziej, świadomość, że widzą we mnie coś, czym a raczej kim wcale nie jestem.
Nie byłem zły. A przynajmniej… nie aż tak.
Starałem się zachowywać nienagannie.. Dokończyłem sprzątanie kuwety, każdy ruch wykonując spokojnie, niemal mechanicznie. Potem usiadłem na łóżku, splatając dłonie, jakby to mogło mnie jakoś uspokoić.
Czekałem. Grzecznie. Spokojnie.
Udając, że nic nie słyszałem.
Że żadne słowo mnie nie dotknęło.
Że nie zabolało.
Że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Chociaż nie było i tu już nigdy nie będzie.

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz