Tak jak obiecałem Serathionowi, wróciłem na górę w miarę szybko. Po pierwsze, chciałem go jeszcze trochę poddenerwować, wytrącić z równowagi, plus nie chciałem dłużej słuchać tych przykrych słów skierowanych w stronę mojego partnera. Wiem, że jej się to nie podoba, że widziała oczami wyobraźni przy moim boku kogoś zupełnie innego... no ale stało się. Nie chcę tego zmieniać. Powinna to zaakceptować, dla mojego dobra, i tak właściwie dobra naszej relacji. Z każdym jej złym słowem na temat naszej relacji coraz bardziej się od niej oddalam, bo jednak źle się czuję z tym, że muszę tego słuchać, zwłaszcza, że znam go lepiej, Wiem, jaki był kiedyś, i jaki jest teraz przy mnie. Powoli się poprawia. Powoli staje się zupełnie inny. Lepszy. Bardziej patrzy na to, co się dzieje wokół niego, nie jest ważny tylko on sam, ale i inni... no dobrze, może trochę przesadzam, jeszcze nie patrzy na innych obcych, ale patrzy na mnie. Dopilnuję, by jego moralność się poprawiła, i by patrzył także na innych ludzi, bo jak nie będziemy reagować na zło wokół nas, to zło będzie się stawać coraz większe, i większe. Już i tak wystarczająco się panoszy po tym świecie.
- W porządku? - spytałem, kiedy tylko wszedłem do środka. Coś było nie tak. Siedział dziwnie nienaturalnie, prosto, jakby... cóż, połknął kij, jeśli miałbym to brzydko powiedzieć. Zmartwiło mnie to.
- Tak. Pewnie. Nie mogłem się na ciebie naczekać po prostu – odpowiedział, uśmiechając się szeroko do mnie. Zbyt szeroko. Zbyt idealnie. Tak, jak wcześniej miałem wątpliwości, tak teraz doskonale wiedziałem, że coś jest nie tak.
- Im dłużej cię znam, tym gorzej wychodzą ci kłamstwa – rzuciłem lekko, podając Futerko jedzenie i zaraz po tym podszedłem do łóżka. Usiadłem blisko mojej Różyczki i chwyciłem jego dłoń. Czułem, że potrzebował mojej bliskości. A skoro on potrzebował mnie, w tej chwili żaden zakład nie ma znaczenia.
- Miałeś mnie nie dotykać – próbował trochę zmienić temat rozmowy, ale ja się tak łatwo nie dam.
- Aż tak cię podnieca to, że trzymam cię za dłoń? - spytałem żartobliwie, kciukiem gładząc jej wierzch. - No już, co się dzieje? Przecież jestem tu dla ciebie. Powiedz mi wszystko.
- To... nic – spuścił wzrok. - Tylko... trochę słyszałem głosów. Tam, z dołu – dodał cicho, jakby przyznawał to ze wstydem. Moje biedactwo... Słowa Dony musiały go zaboleć bardziej, niż chciał mi tu przyznać.
- Na zewnątrz jest już coraz cieplej. Jeszcze chwila, śnieg zacznie topnieć i po kilku dniach, jak te najgorsze lody miną, ruszymy – obiecałem, unosząc jego dłoń i składając na jej wierzchu delikatny pocałunek. Nie było w końcu sensu, by wyruszać, jak to wszystko zacznie topnieć. Jeśli jednak trzeba będzie się bardzo źle tu czuć, jakoś z tą pluchą sobie poradzę. - Postaram się ją omijać, by jak najmniej o tobie wspominała.
- To niewiele da. Za twoimi plecami też mi obrabia dupę – wzruszył ramionami, udając, że go to nie rusza.
- Może się opamięta, jak przestanę z nią rozmawiać. A jak będzie bardzo źle, wystarczy tylko jedno twoje słowo, i ruszymy. Dam sobie radę w takich warunkach – zaproponowałem, uśmiechając się do niego delikatnie.
<Różyczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz