Podobało mi się to, co usłyszałem... no, prawie. Już mógł sobie darować te cudowne epitety, doskonale sobie zdawałem sprawę, że jestem głupi. Nikt mądry nie podsuwałby pod nos wampirowi ręki do ukąszenia. Ogłupiałem z miłości do niego, owszem, zdawałem sobie z tego sprawę aż za dobrze, ale dobrze mi z tym było. Najważniejsze, by był szczęśliwy i bezpieczny. A skoro mam możliwość mu to zapewnić, to uczynię to bardzo skrupulatnie, byleby nic mu się nie stało.
– To dobrze. To znak, że nie jesteś wcale takim bezdusznym potworem, na jakiego się kierujesz – powiedziałem, wrzucając kości do starej, glinianej miseczki. Muszę to później gdzieś zakopać, by zapach nie przywołał tutaj drapieżników. Jeżeli ktoś tu jeszcze przychodzi to lepiej, by nie natknął się na żadną watahę. Niesprowokowane wilki nie powinny zaatakować... ale wolę nie ryzykować. Czułem podskórnie, że jest to miejsce, do którego młodzież może później zaglądać. – Zajmę się śmieciami, i koniem. Niedługo wrócę. Zostawiam z tobą Futerko, pilnuj go – dodałem, oblizując palce.
– Jak się pośpieszysz, może jeszcze znajdziesz czas na drzemkę – zaproponował Serathion, nad czym się za bardzo nie zastanawiałem. Trochę dzisiaj pospałem, owszem, więc nie potrzebowałem spać jeszcze więcej. Ale położyć się obok niego na tym wcale nie najgorszym łóżku, i po prostu przytulić... to było bardziej kuszące. Pewnie Serathion wolałby się kochać, ale ja nie miałem na to takiej ochoty.
– Nie mam ochoty na drzemkę – powiedziałem, ubierając się ciepło. Trochę w końcu czasu na zewnątrz spędzę, a jeżeli teraz się pochoruję... cóż, wolałbym nie. Nie dość, że Serathion będzie się martwił, to jak już bym wyzdrowiał, dostałbym od niego niezłą litanię, jaki to ja głupi i nieodpowiedzialny jestem. – Ale z chęcią do ciebie wrócę – dodałem, zarzucając na głowę kaptur i zaraz po tym ostrożnie opuściłem chatkę, by przypadkiem nie wpuścić do środka za dużo słońca.
Nie zamierzałem kopać w zamarzniętej ziemi, szanowałem swój czas. Zamiast tego odszedłem wystarczająco daleko, w dół rzeki, i tam wyrzuciłem zarówno kości, jak i resztki wnętrzności z zająca. Tutaj powinno być w porządku. Po tym musiałem wrócić do chatki, i zająć się Onyksem. Koń był wyjątkowo... spokojny. Jakby pogodzony ze swoim losem. Chyba trochę zbyt łatwo nas zaakceptował... wychodzi na to, że może być łatwym celem dla złodziei. Jak z końmi buduje się więź? Psa czy kota się nakarmi kilka razy, pogłaszcze, i już jest ci wierne. A koń? Nie miałem nigdy konia na własność. Zdarzyło mi się wypożyczyć raz czy dwa, ale tak to polegałem na własnych nogach. Skoro już jednak jednak mamy konia, trzeba zadbać, by był on jak najbardziej nasz, a nie podążał za każdym, kto tylko chwyci za jego uzdę.
– Cwany jesteś – zaśmiałem się cicho, kiedy do niego podszedłem, a ten zaczął wąchać mnie z uwagą. Za pazuchą schowałem dla niego marchewkę, którą zamierzałem mu dać po posiłku. Ale jak już wyczuł, to za normalne jedzenie się nie weźmie. – No masz, masz. Żebyś nie myślał, że jakiś zły jestem.
Kiedy ogier chrupał marchewkę, ja napełniłem wiadro jedzeniem dla niego, jeszcze chwilę do niego pogadałem jakieś głupoty i dopiero wtedy wróciłem do chatki. Sądząc po słońcu niecałe dwie godziny mamy do wyruszenia. Dwie godziny na wylegiwaniu się na łóżku... dla mnie brzmi cudownie.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz