Nie chciałem zostawać w miejscu dłużej, niż to konieczne. Korzystałem z tego, że droga pod kopytami konia jest pewna, w przeciwnym razie tak bym go nie popędzał. Normalnie pozwoliłbym sobie na spokojniejszy bieg, chciałbym poznać tego konia by wiedzieć, jak go prowadzić. Czułem, że był bardzo dobrze wyszkolony, reagował na najmniejszy mój ruch i szarpnięcie aż za bardzo. Na pewno będę musiał jeszcze trochę się go pouczyć, co w ciemności będzie trudne... ale czy miałem wybór? Od razu zaczniemy uczyć się zaufania do siebie. Oby tylko to wyszło.
Mimo, że morze znajdowało się na północ, od razu skierowałem konia do południowej bramy. Chciałem, by słońce świeciło na mnie, dzięki czemu mój cień mógł ochronić Serathiona, to po pierwsze. A po drugie, jeśli wierzyć plotkom, na południu znajdowała się opuszczona chatka myśliwska, w której niby to straszy. Nie wierzyłem w takie brednie. Dla mnie liczyło się tylko jedno, by osłaniała go przed słońcem aż do zmierzchu. Przez te kilka godzin żaden duch czy upiór nie powinny nas zabić, o ile w ogóle coś tam straszy. Wydawało mi się, że prędzej młodzież rozpuszcza takie plotki, by mieć miejsce idealne na schadzki, ale na to żadnego dowodu nie mam. Mówiłem tylko z doświadczenia.
I faktycznie. Chatka, w całkiem dobrym stanie, stała kilkaset kilometrów od miasta, ukryta pomiędzy drzewami. Tak, zdecydowanie do takiego miejsca młodzież mogłaby zaglądać. Z tego, czego się dowiedziałem, właściciela tej chatki znaleźli w środku martwego kilka dobrych lat temu. Nawet jego następca zdecydował się wybudować własny kąt, bo jego duch dalej nawiedza to miejsce. Ponoć. Czego to ludzie w tych czasach nie wymyślą.
– Możesz mnie puścić, jesteś bezpieczny. Ściany chatki cię ochronią – powiedziałem, zatrzymując konia jak najbliżej budynku.
– Ale jesteś pewien? – spytał, a jego głos delikatnie zadrżał.
– Jestem. Nie okłamałbym cię przecież – powiedziałem łagodnie czując, jak trochę mi ściska te moje biedne żebra. Przez całą drogę ciężko mi było złapać oddech, a to, że nie mam żadnego żebra złamanego, było cudem.
Ale w końcu niepewnie rozluźnił uścisk.
Pomogłem mu zdjąć ręce z siebie, po czym pewnie zszedłem z konia. Nie zapomniałem też o nim. Chwyciłem go w pasie i także zdjąłem sprawnie z wierzchowca. Wiem, że potrafiłby to zrobić sam... Ale widziałem, że był jeszcze roztrzęsiony. A im szybciej znajdzie się w środku, tym lepiej się poczuje.
– A to co? – spytał, zwracając uwagę na naszą tymczasową chatkę.
– Nasze schronienie do zmierzchu. Nikt nam tu nie powinien przeszkadzać – odpowiedziałem, bez problemu otwierając drzwi, ale nie na oścież. Nie chciałem, by promienie słońce przebijające przez okno dosięgły Serathiona. Był mały bałagan, powietrze było trochę takie stęchłe, ale poza tym, całkiem nieźle się to prezentowało. – Poczekaj chwilę, zasłonię okno. Dam ci znać, jak będzie bezpiecznie – dodałem, wsuwając się do środka.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz