niedziela, 19 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Poniekąd rozumiałem go, że chciał dobrze. Ale najbardziej by mi pomogło, gdyby po prostu mnie czasem posłuchał. Trochę pomógł. Przecież on ma większą siłę ode mnie, nie męczy się tak szybko, co mu przeszkadza trochę pomóc mi w noszeniu rzeczy? Raz on, raz ja, i byłoby idealnie. Ale nie, jest za dumny, więc sprawił mi konia, przez którego kilku co odważniejszych będzie chciało mi poderżnąć gardło. Już nie mówiąc o opiece i kosztach, które spowoduje opieka nad nim...Postaram się już więcej nie narzekać, ale obawiam się tej podróży, głównie przez tego nowego zwierzaka. 
Tej nocy nie wtuliłem się w Serathiona. Czułem, że panował pomiędzy nami przepaść, spowodowana przez tego głupiego konia. Że też musiałem się o tym wygadać... następnym razem muszę trzymać gębę na kłódkę, bo on i wpadnie na tak dziki pomysł, że w najśmielszych snach bym na nie nie wpadł, który bardziej przeszkadza niż pomaga. Może jestem zbyt pesymistyczny. Może się zaskoczę i Onyks nam pomoże. 
Wstałem nie do końca wysłany. Serathion nie był przy mnie, siedział w fotelu, głaszcząc Futerko. Nie przywitał mnie, jak to miał w zwyczaju. Dalej jest obrażony... no cóż. Jakoś będę musiał to przetrwać. 
– Dzień dobry. Jak wrócę z miasta, będziemy się zbierać – powiedziałem krótko, podnosząc się z łóżka. Poczułem na sobie jego spojrzenie, a kiedy na niego zerknąłem, zauważyłem lekko niepokój w jego brązowych oczach. 
– Musimy wyruszać tak wcześnie? – spytał, opanowując drżenie głosu idealnie. Gdybym go nie znał, nie widziałbym, że się boi. Ale znałem go aż za dobrze. 
– Dla Dony i tak będzie późno – powiedziałem, podchodząc do okna i ostrożnie przez nie zerkając. Na szybach był szron, czyli idealnie. Jest zimno, czyli jak będzie opatulony, nikt nie będzie miał żadnych podejrzeń. – Zorganizuję ci jakąś chustę albo szal, byś mógł ukryć twarz. 
– To jest moim najmniejszym zmartwieniem – mruknął i utkwił spojrzenie w kocie. 
– Nic ci się nie stanie. To nie pierwszy raz, kiedy musisz wychodzić na słońce. Nic ci się nie stanie – powiedziałem łagodnie, by trochę go uspokoić. Byłem całkiem pewien swego, bo jak będę tak samo nerwowy, jak on, nigdzie nie to nie doprowadzi. – Usiądziesz za mną na koniu, schowasz twarz za moimi plecami i nic ci nie będzie. 
– Łatwo ci mówić. Ty nie ryzykujesz śmiercią – burknął cicho.
– Nie pozwoliłbym ci zaryzykować śmiercią. Pomimo wszystkiego cię kocham – odparłem spokojnie. – Wrócę jeszcze tu na chwilę z jedzeniem dla Futerka i później wyjdę kupić rzeczy dla konia. Podejrzewam, że około południa będziemy mogli opuścić to miejsce – dodałem, opuszczając pokój. Może jak w końcu opuścimy go miejsce, będzie trochę lepiej...? Taką żywiłem nadzieję. Bardzo nie lubię z nim żyć w takim ciągłym napięciu. 

<Różyczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz