środa, 15 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Trochę się obawiałem jego tonu głosu, bałem się, że na coś wpadł. Ale z drugiej strony... co on niby mógł zrobić? Nie ma tu stajni, konia raczej nie kupię, a i żaden kupiec czy podróżny mi konia nie sprzeda. Albo chociażby osła do dźwigania tobołów. Zresztą, nie mam jakoś dużo rzeczy, po co mi jakiś koń, muł, osioł... cokolwiek takiego. To kolejny obowiązek. Kolejna gęba do wyżywienia. Kolejny wydatek. Będę musiał pilnować, żeby go regularnie oporządzać, zaprowadzać do kowala po podkucie, płacić w karczmach za siado i owies dla niego. Dodatkowo, zapach zwierzęcia na pewno będzie zwracał uwagę większości drapieżników. Nie przejdziemy każdą drogą, trzeba będzie uważać, by w ciemności nie złamał nogi, bo jeśli takie zwierzę kopytne złamie nogę, nie pozostanie nic innego, jak go tylko dobić, tak naprawdę. Ja nie znam się na leczeniu, ani ludzi, ani zwierząt. A jak to się jeszcze zdarzy w środku głuszy, to dosłownie nic nam nie zostanie. Nie potrafię być tak okrutny. 
Zasnąłem z lekkimi wątpliwościami, i pewnie gdyby nie zmęczenie i późna pora, jeszcze bym się trochę męczył. Na szczęście kiedy otworzyłem oczy, Serathion dalej był ze mną, leżał spokojnie, w mojej ciemnej koszuli. I otworzył oczy w tym samym momencie, co ja. Pewnie myślał, miał na to całą noc. I to mnie najbardziej martwiło. 
– Wszystko w porządku? Wydajesz się czymś zatroskany – spytał, kładąc dłoń na moim policzku. Taka opiekuńczość była trochę niecodzienna z jego strony. Zazwyczaj był mną zaniepokojony, kiedy mi coś było. A teraz... cóż, byłem jak najbardziej zdrowy. 
– Mhm. Bałem się, że jak otworzę oczy usłyszę, że zdobyłeś skądś jakiegoś muła – przyznałem zgodnie z prawdą, powoli podnosząc się do siadu. 
– Muła? A po co ci muł? – spytał, patrząc na mnie z niezrozumieniem. 
– To pakunków. Nie musi być w końcu żaden wierzchowiec. Wystarczy, że coś będzie dźwigać nasze rzeczy – odpowiedziałem, na co pokiwał głową. 
– Nie, muła nie. Nawet bym nie chciał muła. To jest brzydkie. I osioł, to też paskudne. Jak już ci coś sprawię, będzie to koń. Piękny, kary, dostojny... pasowałby mi do włosów – rozmarzył się, na co uniosłem jedną brew. Chyba tylko szlachcic wybierałby sobie konia pod kolor włosów. 
– Zamiast maści ważniejsze są inne rzeczy. Jak chociażby jego wytrzymałość. Ułożenie. Już nawet pochodzenie, dobre geny to zdrowy koń. Tylko nie dość, że drogi do kupienia, to i drogi do utrzymania – powiedziałem, cicho wzdychając. – Dlatego powtarzam po raz kolejny, nawet o tym nie myśl. 
– Ależ nie musisz się o to martwić. W mojej głowie tylko jedna myśl – puścił mi oczko, na co zaśmiałem się cicho. 
– Chyba nawet wiem, co to za myśl – pokręciłem z niedowierzaniem głową. – Idę się ogarnąć. Później zjem śniadanie, i przyniosę śniadanie Futerku. A później pójdę na ostatnie zakupy, i dokończę pakowanie. A jutro ruszamy – dodałem, zerkając w stronę okna. Pogoda najlepsza nie była... ale myślę, że dam radę. Muszę, nie mam wyjścia. 

<Różyczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz