czwartek, 2 kwietnia 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Przez chwilę patrzyłem na jego ranę, przełykając szybko ślinę. Czułem, jak w żołądku narasta znajomy, palący ból. Dlaczego on musi być dla mnie aż tak okrutny? Przecież mówiłem mu, że nie jestem głodny. Dlaczego mnie zmuszał? Co za drań.
Wbiłem w niego spojrzenie, milczący, z zaciśniętymi zębami i zagryzionymi wargami. Czasami naprawdę chciałbym, żeby przestał się kaleczyć. Żeby dał mi czas. Żebym to ja sam poprosił o jedzenie… jeśli w ogóle bym się na to zdobył. Dlaczego musi być taki bezlitosny?
Westchnąłem ciężko i powoli podniosłem się z łóżka. Każdy krok w jego stronę był walką, z nim i z samym sobą. Zatrzymałem się tuż przed nim, patrząc na krwawiącą ranę. Krew nie mogła się zmarnować. Była zbyt cenna. A ja byłem tego aż nazbyt świadomy.
Choć jeszcze przed chwilą chciałem odmówić, nie wytrzymałem.
Pochyliłem się i wgryzłem w ranę, którą sam sobie zadał. Smak był dokładnie taki, jakiego się spodziewałem, uzależniający, ciepły, niemal kojący. Nie mogłem się oprzeć. Potrzebowałem jej.
Pilnowałem jednak jednej rzeczy.
Moje dłonie pozostały nieruchome. Nie dotknąłem go. Tylko zęby i usta, nic więcej. Ssałem krew ostrożnie, niemal zachłannie, jednocześnie kontrolując każdy ruch. Musiałem dotrzymać słowa.
On nie może dotknąć mnie.
Ja nie mogę dotknąć jego.
Takie były zasady.
Bo przecież jestem tylko irytującym stworzeniem. Tak bardzo, że aż sam zaczynam w to wierzyć. Więc dobrze.
Skoro tak mnie widzi… stanę się jeszcze bardziej irytujący. Dokładnie taki, jakiego chce.
- Serathion, dość. Już wystarczy - Usłyszałem jego głos cichy, ale stanowczy. Moje usta i zęby natychmiast oderwały się od jego skóry, jakbym został odruchowo odepchnięty niewidzialną siłą. Mimo wciąż szalejącego głodu potrafiłem się zatrzymać. Zawsze potrafiłem… kiedy to on kazał.
Nie chciałem zrobić mu krzywdy. Nigdy nikomu nie robiłem jej bez powodu. - Ostatnio jesteś trochę bardziej zachłanny - Stwierdził z bladym uśmiechem.
Patrzyłem na niego w milczeniu, a w środku narastało ciężkie, duszące poczucie winy. Nie powinienem był go gryźć. Wiedziałem o tym doskonale. Ale jak miałem się powstrzymać, kiedy sam niemal zmuszał mnie do picia jego krwi? Kiedy podsuwał ją tak blisko, jakby chciał, żebym stracił kontrolę?
To było nie do zniesienia.
A najgorsze było to, że nic nie mogłem z tym zrobić.
- Przepraszam… - Odezwałem się w końcu cicho, wycierając usta wierzchem dłoni i nie odrywając wzroku od jego nienaturalnie bladej twarzy. - Powinieneś przestać rozcinać sobie skórę. To… źle na mnie działa. A potem to ty cierpisz. - Zawahałem się na moment, zaciskając palce. - I wcale nie czuję się z tym dobrze. - Przyglądałem mu się uważnie, analizując każdy szczegół oddech, napięcie mięśni, kolor skóry. - Usiądź. Odpocznij - Dodałem ciszej. - Przesadziłem… z twoją krwią. - Te słowa ledwo przeszły mi przez gardło.
A wszystko przez ten głód.
Był silniejszy niż mój umysł, niż rozsądek, niż jakakolwiek wola, którą próbowałem w sobie znaleźć. Czułem, że mógłbym wypić więcej… jeszcze więcej. Że mógłbym skosztować każdej kropli, aż nie zostałoby nic. Że byłbym w stanie zabić, tylko dla tej krwi, której tak rozpaczliwie potrzebowałem.
Ta świadomość powinna mnie przerażać.
A jednak jedyną rzeczą, która mnie powstrzymywała… był on.
To uczucie ciepłe, prawdziwe, niepokojąco silne, trzymało mnie w ryzach, kiedy wszystko inne już dawno się rozpadało. I właśnie to doprowadzało mnie do szału. To, jak wiele dla mnie znaczył. Jak bardzo był dla mnie ważny.
I jak wiele, w dziwny, pokręcony sposób, ja znaczyłem dla niego.
Bo to, co nas łączyło, nie było tylko uczuciem. To było uzależnienie.
Wspólne, chore, niebezpieczne i znacznie groźniejsze, niż którekolwiek z nas chciało przyznać.

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz