A więc o to mu chodziło. Bał się o to, jak się poczuję, gdy zobaczę martwe ciało demona.
Cieszyłem się, że myśli za mnie, bo ja w tej chwili zupełnie o tym zapomniałem. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, moja głowa chyba nie pracowała tak, jak powinna. Może to przez te dwa dni, które spędziłem nieprzytomny, leżąc bez ruchu w naszym łóżku. Wszystko wydawało się jakby przytłumione, odległe… nierealne.
- Tak, rzeka, jezioro… żadna różnica. Ważne, żebyśmy spędzili czas razem - Przyznałem cicho, chwytając jego dłoń. Tę samą dłoń, którą tak bardzo kochałem. Zresztą kochałem w nim wszystko, bez względu na to, kim teraz był.
- Oczywiście, owieczko. Dla ciebie wszystko - Wyszeptał z czułością, składając delikatny pocałunek na wierzchu mojej dłoni. Uśmiechnął się przy tym lekko, niemal nieśmiało. - Kocham cię, owieczko - Wymruczał, a chwilę później jego usta musnęły mój policzek.
- Ja ciebie też kocham… bez względu na to, co nas dzieli - Odpowiedziałem, niemal bezgłośnie.
Ruszyliśmy razem w stronę rzeki. A przynajmniej tak mi się wydawało. Bo coś mi się tak wydarzyło, że to ja prowadziłem jego, bo właśnie wszystko na to wskazywało. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zrozumieć, że nie ma pojęcia, gdzie właściwie jesteśmy. W jego ruchach była niepewność, której wcześniej nigdy nie widziałem.
Dobrze, że przynajmniej ja potrafiłem się tu odnaleźć, dzięki temu że słyszałem jej głos, jej szum, jej wołanie słyszałam wszystko to czego on usłyszeć nie był w stanie
Ścisnąłem jego dłoń nieco mocniej, prowadząc go w tylko mi znane miejsce a raczej bardziej w tylko przeze mnie słyszane miejsce.
Ruszyliśmy spokojnie w stronę rzeki, tak jak chciał. Trzymaliśmy się za ręce, rozmawiając cicho o wszystkim i o niczym, a każdy krok wydawał się naturalny, jakby właśnie tak miało być od zawsze.
- O, jest rzeka! - Zawołał Sorey z wyraźnym zadowoleniem, nagle przyspieszając i pociągając mnie za sobą w stronę wody.
- Tak, jest… - Odpowiedziałem z łagodnym uśmiechem, pozwalając mu się prowadzić. - Jest dokładnie tam, gdzie powinna. - Patrzyłem na niego przez chwilę, na jego dziecięcą radość, na to, jak niewiele potrzeba, żeby był szczęśliwy. I pomyślałem, że może w tym właśnie tkwi jego siła.
Ja potrzebowałem wody, spokoju, ciszy. Ale potrzebuje w tym wszystkim też jego osoby
A on..
On… potrzebował tylko mnie. Mojego uśmiechu, mojego spokoju. I dawał mi to wszystko w zamian, nawet jeśli nie zawsze potrafił to nazwać.
Był demonem i może właśnie dlatego tak bardzo się starał.
Dbał o mnie. Dbał o nasze dzieci, które kochał bardziej, niż kiedykolwiek byłby w stanie przyznać na głos. Czasami chował to uczucie za milczeniem albo dystansem, jakby bał się, że jeśli pokaże za dużo, coś to odbierze.
Jakby szczęście było czymś kruchym.
Jakby mogło zniknąć, jeśli tylko pozwoli sobie je poczuć za bardzo.
A mimo to był tu. Ze mną. Z nami.
I to wystarczało.
- Popływaj ja tu poczekam - Polecił, a ja kiwając głową bez słowa, wszedłem do rzeki relaksując się w chłodnej wodzie która dawała mi siłę której ostatnio mi zabrakło.
<Pasterzyku? C;>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz