poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Siedziałem jak na igłach. Z jednej strony nie mogłem doczekać się opuszczenia tego miejsca, z drugiej jednak sama myśl o śmierci budziła we mnie niepokój. Nie chciałem umierać w tak młodym wieku m, miałem przecież dopiero sto pięćdziesiąt lat. Jak na wampira byłem jeszcze bardzo młody. Zbyt młody aby umierać.
Przytulając kota do piersi, próbowałem odgonić myśli o wydarzeniach, które miały nastąpić już wkrótce.
- No co, maluchu, cieszysz się na drogę? - Wyszeptałem cicho, gładząc jego miękkie futro. - Mam nadzieję, że nie będziesz chciał nas opuścić. Nie chcę stracić i ciebie.. - Wiedziałem, że na tym beznadziejnym świecie zostali mi tylko Elian i Futerko, dwie istoty, na których naprawdę mi zależało. No, w pewnym sensie był jeszcze Onyks, koń Eliana, ale jego dopiero poznawałem.
Czekałem na powrót Eliana, starając się zachować spokój, choć nasze relacje były… napięte. I raczej nic nie wskazywało na to, by miało się to zmienić, przynajmniej dopóki tkwiliśmy w tym miejscu.
Wrócił tylko na chwilę, żeby nakarmić Futerko. Nawet nie spojrzał w moją stronę na dłużej. Potem, zgodnie z obietnicą, znów wyszedł, zostawiając mnie samego.
Czas dłużył się niemiłosiernie.
Krążyłem po pokoju bez celu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Usiąść? Chodzić dalej? Na Boga, gdybym tylko mógł wyjść i nie musiał obawiać się słońca, zrobiłbym wszystko, żebyle tylko nie gnić tutaj z nudów.
- Już jestem. Możemy iść? - Odezwał się nagle Elian, wracając i zbierając swoją torbę oraz resztę rzeczy z pokoju.
Spojrzałem na niego przez chwilę, po czym skinąłem głową.
- Tak… chyba tak. Im szybciej to zrobimy tym lepiej  - Wziąłem od niego płaszcz i narzuciłem go na ramiona. Kaptur naciągnąłem głęboko na głowę, a twarz zasłoniłem chustą, upewniając się, że ani najdrobniejszy promień światła nie dotknie mojej skóry.
Elian zadbał o moje bezpieczeństwo, prowadząc mnie ostrożnie przez całą gospodę. Trzymał się blisko, jakby każdy cień mógł stanowić zagrożenie. Po drodze pożegnał się krótko z Doną i Lidią, wymienili kilka słów, których nawet nie próbowałem podsłuchać.
A potem nadszedł ten moment.
Musieliśmy wyjść na zewnątrz.
Zatrzymałem się na progu, czując jak napięcie ściska mi wnętrzności. Światło, nawet przytłumione, wciąż było dla mnie zagrożeniem. Naciągnąłem kaptur jeszcze niżej, upewniając się, że twarz mam dobrze osłoniętą.
Koń już na nas czekał. Onyks stał spokojnie, jakby rozumiał powagę chwili.
Odsunąłem się nieco, pozwalając Elianowi przygotować wszystko. W milczeniu obserwowałem, jak sprawnie mocuje bagaże, poprawia pasy i sprawdza uprząż. Każdy jego ruch był pewny, wyuczony.
Dopiero gdy skończył, podszedłem bliżej pomagając mi zasiąść na konia, siadając przede mną aby całą drogę osłabiać mnie przed słońcem.
Bez zbędnych słów ruszyliśmy w drogę.
Nie oglądałem się już za siebie.
Przez większość drogi milczałem, wtulony w jego plecy. Trzymałem się go kurczowo, jakby to mogło mnie ochronić przed tym, czego bałem się najbardziej, przed słońcem.
Każdy jego promień był dla mnie zagrożeniem. Wystarczyłby moment nieuwagi, chwila odsłoniętej skóry… a konsekwencje mogłyby być nieodwracalne.
Miałem nadzieję, że jak najszybciej się zatrzymamy. Że znajdziemy jakiekolwiek schronienie dach, cień, cokolwiek, co oddzieli mnie od światła.
Ale Elian pędził naprzód bez wahania.
Czułem napięcie w jego ciele, determinację w sposobie, w jaki prowadził konia. Najwidoczniej zależało mu na tym, by jak najszybciej znaleźć bezpieczne miejsce, dla siebie… i, przynajmniej częściowo, dla mnie.

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz