Nie spodobało mi się to, jak się mną bawił. Całe te podchody niemiłosiernie mnie irytowały, zwłaszcza teraz, kiedy mogę go dotknąć, zacisnąć palce mocno na jego skórze, i wziąć go tak, jak tylko to ja miałem na niego ochotę. Jak miło z jego strony, że ten zakład już się skończył. Irytował mnie on, zwłaszcza, kiedy się ładnie ubierał dla innych i ci inni pożerali go wzrokiem. To chyba była ta najgorsza chwila. Strasznie nie lubiłem, kiedy chciał tej uwagi innych, zwłaszcza, kiedy wiedziałem, jaką ma przeszłość. Mam gdzieś z tyłu głowy to, że w każdej chwili pójdzie sobie do innego.
Chwyciłem jego biodra, bez problemu sadzając go na swoich kolanach. Zdecydowanie wystarczy mi gadania, miałem ochotę na jeszcze jeden raz. Trzeba było mu w końcu przypomnieć, kto jest jego właścicielem... przynajmniej w łóżku. Tylko wtedy ma to jakąkolwiek moc sprawczą To była cicha, nigdy nie wypowiedziana zasada, która powstała przy pierwszym naszym wspólnym razie, i obowiązuje tylko podczas seksu. Nie jest w końcu moim niewolnikiem, by wypełniał każdy mój rozkaz. Niewolnictwo mnie nie interesuje.
– Ciekawe, jak to działa. Tak wiele czasu nie minęło od naszego ostatniego razu – rzuciłem lekko, zbliżając usta do jego szyi tak, by muskać ją swoim oddechem.
– Kwestia emocji. Zazdrości, tej rywalizacji, frustracji, że nie mamy siebie na wyciągnięcie ręki, jak to miało miejsce do tej pory. Wiesz jak to jest. Zakazany owoc smakuje najlepiej – odpowiedział, zarzucając ręce na moją szyję i delikatnie zaczynając drażnić swoimi przydługimi pazurkami moją skórę. Zdecydowanie mógłby je trochę skrócić. Teraz mocno mnie podrapał. Czułem pieczenie na plecach, krew spływała ciurkiem z rany. Szkoda, by się w drogocenna krew się zmarnowała... – Ojej. Podrapałem cię. Jakże mi przykro.
– Mi też. Marnujesz krew. Nieroztropnie z twojej strony – powiedziałem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
– Zaraz to naprawię – wymruczał, przesuwając swoje dłonie w dół, ku moim ranom. Wyciągnął jedną z dłoni i palcem zebrał kilka kropel krwi, i zaraz po tym wsadził ten palec do ust, oblizując go dokładnie. – Słodziutka, ale nie za słodka. Idealnie gęsta. Kolor dla oka przyjemny. Trafił mi się klejnocik. Prawdziwy rubin.
– Rubin? Nie wydaje mi się, by coś takiego do mnie pasowało – rzuciłem nieco rozbawiony. Rubiny... gdzie do takiego przybłędy jak ja takie klejnoty pasują? Lubię błyskotki, owszem, ale tylko takie, na które mnie stać.
– Krwawe rubiny do idealnej krwi. Może do włosów też by pasowały... o, albo, widzę cię w niebieskim. Jakieś szafiry. Lapis lazuli. Chociaż, prędzej szafiry, bardziej dostojne są – stwierdził, już będąc w swoim świecie.
– Najbardziej to pasujesz mi ty. Na moim kutasie, tak konkretnie – stwierdziłem prosto. No cóż, byłem zwykłym chłopem. Zamiast jakichś szafirów wolę jego. Co mi z jakichś głupich szafirów, które tylko przyciągają kłopoty.
– Też lubię sprośne rzeczy, ale musisz nauczyć się, kiedy być bardziej romantycznym. Czyli teraz – pokręcił z dezaprobatą głową, ale kąciki jego ust lekko uniosły się do góry.
– Teraz...? Kiedy nagi na moich kolanach? Mam ci prawić jakieś romantyczne rzeczy? – spytałem, delikatnie przekrzywiając głowę. Zdecydowanie go nie zrozumiałem.
<Różyczko? c;>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz