Potrzebowałem chwili, żeby zdecydować, czy w ogóle powinienem mu powiedzieć, co jest dla mnie tak naprawdę ważne. Co tak bardzo mnie uwiera, czego mi brakuje do tego stopnia, że sięgnąłem po swoje „wampirze” moce. Jednocześnie analizowałem jego zachowanie, coś w nim wyraźnie mi nie pasowało.
Wiedziałem, że sam też nie jestem bez winy. Użyłem swoich zdolności, choć nie powinienem. Ale kiedy on, mniej lub bardziej wprost sugerował, że mógłby się zemścić, nawet idąc do Lidii, czułem, jak narasta we mnie gniew. Ostry, trudny do opanowania.
A jednak nie chciałem się z nim kłócić. Nie dlatego, że mi nie zależało. Właśnie przeciwnie, zależało mi aż za bardzo. Wciąż chciałem z nim być. Gdyby było inaczej, po prostu bym odszedł. To byłoby najprostsze. Ale też najbardziej tchórzliwe rozwiązanie, na jakie mógłbym wpaść.
- Cóż… może nie jest ci to teraz potrzebne - Powiedziałem w końcu spokojnie, odkładając butelkę wina i posyłając mu łagodny uśmiech. - Ale zobaczysz, co tak naprawdę kryje się za moim zachowaniem. Kiedy przyjdzie odpowiedni moment. - Wyszeptałem, nie kryjąc zadowolenia, z pomysłu na który wpadłem
- Dowiem się kiedy? - Zapytał, unosząc jedną brew. W jego głosie pobrzmiewała rosnąca irytacja, która lekko mnie ukłuła. - Co ty planujesz? - Zaczął nerwowo stukać paznokciami o szafkę nocną.
- Ja? Niczego nie planuję - Odpowiedziałem, wzruszając ramionami. - Chcę ci tylko ułatwić robotę. I właśnie to zrobiłem. - Podszedłem do okna. Na zewnątrz dostrzegłem szlachcica, który przywiązywał mojego karego konia do drewnianej belki.
- Chodź - Dodałem po chwili, odwracając się do niego. - Pokażę ci coś, czego naprawdę chciałem… a czego wcześniej nie miałem. - Podszedłem bliżej i chwyciłem go za dłoń, wyprowadzając z pokoju. Od razu zauważyłem niezadowolenie na jego twarzy, ale zignorowałem je. Po złości się po złości, w końcu mu przejdzie. - Proszę. Poznaj… Kopyto - Powiedziałem z lekkim uśmiechem, wskazując na karego konia.
- Koń? - Mruknął, przyglądając się zwierzęciu. - Mówiłem ci, żebyś nie sprowadzał konia. A to imię… Kopyto? Naprawdę masz talent do głupich pomysłów. - Westchnął ciężko. - Musimy go oddać. Nie możemy go zatrzymać. - Stwierdził, za bardzo się o to martwiąc.
- Daj spokój - Odpowiedziałem, wzruszając ramionami. - Ten człowiek miał ze trzydzieści koni. Jeden mniej nie zrobi mu żadnej różnicy. A nam koń się przyda - Dodałem, zbliżając się do konia i uważnie sprawdzając, czy przypadkiem nie spróbuje się wyrwać. W końcu byłem wampirem, przy zwierzętach różnie bywało.
- Nieważne, ile miał tych koni. Mógł mieć ich nawet pięćdziesiąt. To wciąż jego własność - Upierał się dalej.
Oczywiście. Znowu to samo. Jakby nie potrafił odpuścić choć na chwilę.
Westchnąłem cicho, czując, jak zaczyna mnie to irytować.
- Rób, co chcesz - Powiedziałem w końcu chłodno. - Ale ja Kopyta nie oddam. Specjalnie załatwiłem go dla ciebie, poza tym sam mówiłeś że potrzebujesz pomocy, ja nosić niczego nie będę, a więc pomagam w takie a nie inny sposób tobie - Podszedłem bliżej i delikatnie podrapałem konia za uchem. Zwierzę poruszyło lekko głową, ale nie odsunęło się.
Poczułem wyraźną ulgę.
Nie bał się mnie.
A to… znaczyło więcej, niż chciałem przyznać.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz