Czy zawsze wolałem krótkie relacje? Zdecydowanie tak. Przez lata właśnie takie wybierałem, przelotne, bez zobowiązań, bez ryzyka. I może właśnie dlatego teraz się boję. Bo on… może być ostatnim.
Nie dlatego, że jest mi z nim źle. Wręcz przeciwnie, jest mi przy nim zaskakująco dobrze. Zbyt dobrze. I właśnie to mnie przeraża.
Wiem, że kiedyś odejdzie. A kiedy to się stanie… nie jestem pewien, czy zdołam się po tym pozbierać. Już teraz czuję, że krótkie relacje bolą mniej. Nie zostawiają po sobie takiej pustki. A jego… kocham. Pierwszy raz naprawdę. Nigdy wcześniej do nikogo nic takiego nie czułem. I nigdy wcześniej nie chciałem z kimś być, tak po prostu, bez uciekania.
Chcę, żeby był obok jak najdłużej. A jednocześnie wiem, że kiedy go zabraknie, może nie będę już chciał przeżywać tego wszystkiego od nowa.
- Przed tobą miałem same krótkie historie - Powiedziałem w końcu, spokojnie, choć każde słowo było cięższe, niż chciałem przyznać. - Jesteś wyjątkiem. Jedynym, któremu pozwoliłem zostać przy mnie na dłużej. I jedynym, za którym tęsknię za każdym razem, kiedy wychodzisz. - Zawahałem się na moment, ale mówiłem dalej, świadomy tego, co to oznacza. - Dlatego myślę… że gdy kiedyś odejdziesz… nikt nie zajmie twojego miejsca. A ja… pewnie wrócę do tego, co znam. Do krótkich, prostych relacji. Bezpiecznych. - Nie powiedziałem tego lekko. Wiedziałem, że jako człowiek ma przed sobą tylko kilka, może kilkanaście lat. A ja… zostanę. Sam. Daleko od domu, który kiedyś znałem. I znów będę musiał nauczyć się żyć od nowa.
A żeby to zrobić… czasem trzeba zapomnieć. Nawet o tym, co bolało najbardziej.
- Och, proszę… - Prychnął, unosząc brew. - Ty mi pozwalasz? A może to ja pozwalam tobie być przy mnie tak długo? - Zrobił krok bliżej i, zupełnie bezczelnie, napiął mięśnie, jakby doskonale wiedział, jaki efekt to wywoła.
Oczywiście, że wiedział.
Robił to specjalnie. Drażnił mnie. Kusił. Chciał, żebym stracił skupienie, żebym chciał go dotknąć.
I, co gorsza… działało. Drań.
Jeszcze się za to zemszczę.
- Cóż… myślę, że oboje nawzajem pozwalamy sobie na to, żeby być razem - Stwierdziłem spokojnie, nie odrywając od niego wzroku. - Chociaż gdyby nie to, jak bardzo jestem… chętny do zbliżeń, mam wrażenie, że nigdy nie poznałbyś tej bliskości. - Wiedziałem przecież. Przeze mnie był w tym wszystkim nowy. Nigdy wcześniej nikogo nie miał. Nie znał tego smaku, tego napięcia, tej… potrzeby.
I gdzieś z tyłu głowy przemknęła mi myśl, że gdybym wtedy nie był aż tak uparty, aż tak nachalny… może dalej by tego nie znał.
Teraz jednak sytuacja się odwróciła.
Teraz to on się mścił. Drań jeden.
Doskonale wiedział, jak bardzo lubię jego ciało. Jak działa na mnie każdy jego ruch, każde napięcie mięśni, każdy ten jego pewny, prowokujący uśmiech.
I wykorzystywał to bez najmniejszych skrupułów.
Westchnąłem cicho, zaciskając szczękę.
Miałem tylko nadzieję, że tym razem wytrzymam.
Że mój rozsądek nie przegra z tym, co podpowiadało ciało.
Bo jeśli przegra… On wygra bez żadnego wysiłku...A wtedy będę musiał zająć się tymi przeklętymi dzieciakami, którymi kompletnie nie mam ochoty się zajmować. Co ja miałem w głowie, że w ogóle zgodziłem się na taki pomysł?
Chyba naprawdę mam zbyt dużą pewność siebie.
A on, doskonale o tym wiedząc ewidentnie próbuje utrzeć mi nosa. I sam ten fakt działa mi na nerwy bardziej, niż powinien.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz