niedziela, 26 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Cierpliwie czekałem na znak, jak będę mógł zacząć się zbierać. Jako, że muszę poprawić siodło i spakować nasze rzeczy na konia, dlatego wyjdę te kilka minut wcześniej i upewnię się, że wszystko mamy. Serathion pewnie będzie bardzo zniecierpliwiony. Czułem to napięcie już teraz, kiedy przy mnie leżał. Chciał coś robić... tylko no właśnie, co tu można robić? Przestrzeń mała, śmierdziało, ale przynajmniej było bezpiecznie. Liczyłem na to, że uda nam się dotrzeć do naszego celu jeszcze w lato, w miarę wcześnie. Co wieczór będzie mógł co robić. A ja co wieczór będę się czuł o niego maksymalnie zazdrosny, bo już teraz wiedziałem, że będzie się ubierał tak, by wszystkie oczy były skierowane na niego. Nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. 
– Chyba już się powinienem zbierać – powiedziałem, otwierając oczy. Wyczucie czasu miałem już opanowane do perfekcji, nie potrzebowałem żadnego zegarka. Nie, żeby tu był jakikolwiek. – Przygotuję konia, spakuję resztę rzeczy. Jak skończę, powinieneś już móc wyjść na zewnątrz. 
– A co ja mam przez ten czas robić? – spytał, pusząc swoje policzki. 
– Możesz zdjąć koc, dokładnie go wytrzepać i ładnie złożyć – zaproponowałem. Znając jego i jego umiejętności przy takich czynnościach jak sprzątania, to akurat mu trochę zejdzie. 
– A muszę? – mruknął niezadowolony. Ależ oczywiście, że musiał sobie ponarzekać, nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. 
– Nie mam pod ręką żadnego służącego, który zrobiłby to za ciebie. Możesz też sobie posiedzieć, ale wtedy bardziej ci się będzie czas dłużyć – odpowiedziałem, sadzając na jego kolanach nie do końca zadowolonego Futerko. Ciekawe, jak przetrwa nieco dłuższą podróż. 
– Hmm... może nam sprawię takiego służącego? – zastanowił się, a ja szczerze, to nie byłem pewien, czy on sobie żartował, czy mówił całkowicie poważnie. Konia już załatwił, a jakiegoś biednego niewolnika, który za nami biega...? Nie zdziwiłbym się. Nie wiem, skąd by takiego niewolnika wziął, ale skoro konia wytrzasnął, to niewolnika też wytrzaśnie. 
– Jak tylko kogoś takiego przyprowadzisz, równie dobrze możesz się z nim wyprowadzić. Nie będę tolerować czegoś takiego – zaznaczyłem. Wolałem już go ostrzec niż później się zdziwić. 
– Daj spokój, żartowałem. A może nie – puścił mi oczko, szczerząc swoje kły. Miałem nadzieję, że nie zgubił tego pierścienia ukrywającego jego wampirze cechy. 
– To już się zabieraj za ten koc, zamiast żartować. Szybciej wyruszymy – dodałem, podnosząc się energicznie z łóżka. 
Serathion coś tam sobie pod nosem jeszcze mamrotał, ale ja już go nie słuchałem. Ubrałem się, zabrałem wszystkie swoje pakunki i opuściłem domek. Z ulgą wciągnąłem świeże powietrze. Tak, zdecydowanie tego mi brakowało. Przywitałem się z Onyksem, który nie zareagował na mnie w żaden sposób. Jeżeli będziemy mijać jakieś stadniny, z chęcią bym się w takowych zatrzymał i zasięgnął rady. Zbudowanie więzi z tym wierzchowcem może być naprawdę problematyczne. Przynajmniej mnie obwąchał, kiedy do niego podszedłem, ale pewnie liczył na kolejną marchewkę. 
– Nie możesz za każdym razem dostawać przysmaku ode mnie. Nie mam tyle marchewek – powiedziałem do niego cicho, gładząc go po chrapach. – W sezonie owszem. Ale teraz daleko nam do tego, musimy oboje się trochę wstrzymać. 
Onyks prychnął cicho, a ja nie wiedziałem, czy sobie prychał bo sobie prychał, czy jednak mi jakoś odpowiadał. No nic, jeszcze go rozpracuję. A teraz skupiłem musiałem skupić się na przygotowaniu go do podróży. I opcjonalnie pomóc Serathionowi, jeżeli zadanie z kocem go przerośnie. 

<Różyczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz