czwartek, 30 kwietnia 2026

Od Eliana CD Serathiona

 Nie do końca mi się spodobała jego odpowiedź. Już widzę, jak on pozytywnie reaguje, gdybym mu powiedział, że przez cały dzień nic nie jem. To byłoby dla mnie niezdrowe, dokładnie tak samo, jak on i jego wstrzymywanie się od posiłków. Wbrew pozorom, nie różnimy się tak bardzo. Ja muszę jeść pełnowartościowe posiłki, on musi pić krew, także pełnowartościową, czyli moją. Oboje gorzej się czujemy, kiedy jesteśmy głodni. Oboje potrzebujemy odpoczynku... Chociaż, na swój różny sposób. 
– Wolałbym, żebyś coś zjadł. Z pełnym żołądkiem będziesz się lepiej czuł – powiedziałem, rozglądając się uważnie dookoła. Teren nie był najlepszy dla niego. Nie znajdziemy tu jaskini. I w sumie, przez najbliższe dni raczej teren nie będzie korzystny pod tym względem. Powinniśmy więc znaleźć w miarę jak najbardziej zacienione miejsce... O ile w ogóle to możliwe zimą. Dobrze byłoby znaleźć stare, grube drzewo, rozłożyć namiot w cieniu jego pnia.
– Na razie wolałbym się nie rozdzielać – odpowiedział. W sumie... kiedy mamy coś na karku, faktycznie lepiej się nie rozdzielać. Bo co, jak to coś zaatakuje jego? I walka będzie na tyle długa, że wzejdzie słońce? 
– Może... może więc powinieneś wypić więcej ode mnie? Musisz być w pełni sił – zaproponowałem, szukając wzrokiem jak najlepszego miejsca, co nie było takie proste. 
– Ja jestem silny. Jeśli posilę się tobą, wtedy ty będziesz osłabiony, a na to nie możemy sobie pozwolić – powiedział, poruszając się niepewnie. – Nie wygląda, jakby gdzieś tu miała być jaskinia. 
– I obawiam się, że jej dzisiaj nie znajdziemy. Nie to ukształtowanie terenu – przyznałem, nie chcąc go okłamywać. Potwór na plecach, jaskini nie widać... Źle się nasza podróż zaczęła. Tragicznie wręcz. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak źle zaczęła się moja podróż. – Wzgórze. Może tutaj powinniśmy rozbić namiot? Jak się rozbijemy u podnóża, z odpowiedniej strony, powinniśmy być ochronieni od słońca. 
– Chyba nie mamy wyjścia – odpowiedział, a ja zatrzymałem konia. Nie był zadowolony... ale nic lepszego nie mogłem mu zaproponować. To i tak lepsze niż nocowanie na szczerym polu. 
– Wszystko będzie w porządku – obiecałem, i ucałowałem go w policzek, by zaraz po tym zatrzymałem konia i sprawnie zszedłem z jego grzbietu. – Dobrze się spisałeś, Onyksie – dodałem, klepiąc konia po szyi, a po tym zdjąłem moją Różyczkę. 
– Wiesz, że sam potrafiłbym zejść z tego konia? – spytał, kiedy postawiłem go na ziemi. 
– Wiem. Ale uwielbiam cię trzymać blisko siebie – odpowiedziałem, uśmiechając się do niego delikatnie. – Jak nasz potwór? 
– Cały czas utrzymuje taką samą odległość – odpowiedział, na co delikatnie się skrzywiłem. Czyli podąża za nami. Może specjalnie utrzymuje odległość, bo uważa, że go nie wyczujemy? Coś kombinuje... Nie podoba mi się to. 
– Niedobrze – mruknąłem niezadowolony. – Skoro nie udajesz się na polowanie, to mi pomożesz. Wolisz rozbić namiot, czy zająć się zwierzakami? – spytałem, dając mu wybór. 

<Różyczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz