Zerknąłem na niego kątem oka. Z jakiegoś dziwnego powodu czułem, że miałem rację. Że już jutro, pewnie o tej porze, sam mnie zaciągnie do tego łóżka, a ja to dobrze wykorzystam. W końcu, będzie to nasza ostatnia noc tutaj, na najbliższe kilka lat. Albo zawsze. Zobaczymy, jak nam się życie potoczy, ale pewien może być jednego, ja takiej okazji nie przepuszczę. I na pewno nie dlatego, że ja się na niego rzucę, a właśnie będzie odwrotnie. Jak już teraz lekkie podgryzanie płatka ucha wywołuje w nim tak silną reakcję, to co będzie jutro?
Pakowałem się niespiesznie. Nie, żebyśmy mieli dużo pakunków... Może na początku trochę będziemy mieć ciężkie plecaki, tak z każdym dniem będzie on coraz lżejszy, i wtedy mnie to tak nie będzie cieszyć.
– Chyba jeszcze trochę się tu zmieści... – mamrotałem do siebie, kiedy pakowałem poszczególne rzeczy. Byłem przyzwyczajony do tego, że podczas pakowania się mówiłem trochę do siebie, bo wtedy lepiej pamiętałem, czy coś spakowałem, czy nie spakowałem. Utrwalało mi się to w pamięci.
– Ale mógłbyś z łaski swojej myśleć ciszej? – usłyszałem w pewnym momencie nieco zirytowany głos. Zerknąłem rozbawiony na niego.
– Strasznie podirytowany jesteś. Co jest tego powodem? – spytałem, nieprzejęty oczywiście jego leciutkim zdenerwowaniem.
– Ty już dobrze wiesz, czemu – burknął, odwracając głowę w kierunku zasłoniętego okna. – Ile jeszcze mam czekać na zmierzch? Nudzi mi się tu – dodał, brzmiąc troszeczkę jak rozkapryszone dziecko. Trochę się mu nie dziwiłem, kiedy ostatni raz w końcu stąd wychodził? Proponowałem mu ostatnio, ale nie skorzystał. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Ale jeżeli dzisiaj tak bardzo chce, nie będę go powstrzymywał.
– Godzina. I z chęcią z tobą wyjdę – zaproponowałem, odkładając plecak na podłogę.
– A po co ty tam masz być? – spytał, unosząc jedną brew.
– A czemu miałoby mnie nie być? – odbiłem piłeczkę, siadając na materacu obok niego. – Wstydzisz się pokazać ludziom, że chodzisz z parszywym przybłędą? I do tego rudym? – delikatnie przekrzywiłem głowę, obserwując go z uwagą.
– Właśnie. Z parszywym przybłędą jeszcze bym się nie wstydził. Ale z rudym? Kto to widział wiązać się z rudym? – pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Więc będziesz musiał tę zniewagę jakoś znieść, bo sam cię nie puszczę – zagroziłem mu. – Ten rudy parszywiec będzie musiał przypilnować, żebyś nie oszukiwał w naszym zakładzie i sobie nie przygruchał żadnego przystojniaka.
– Sugerujesz, że byłbym w stanie to zrobić? – spytał, delikatnie mrużąc oczy.
– Sugeruję, że dużo mężczyzn byłoby chętnych na moje miejsce. I nie chcę im dawać okazji – przyznałem bez wahania. Serathion miał niezwykłą aurę, przyciągał do siebie ludzi jak magnes, zaraz będzie miał kółeczko adoratorów, a to mi się zdecydowanie nie podoba. Wolę go przypilnować. Być blisko niego. I spędzić z nim czas. Tak po prostu, bez żadnych podtekstów. Na znęcanie się nad nim przyjdzie jeszcze czas.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz