Trudna miłość... co było trudnego w miłości? Powinienem coś o tym wiedzieć, w końcu sam nie dopuszczałem do siebie nikogo przez długi czas, bo było to niebezpieczne dla mnie, i dla tej osoby, ale teraz go kocham i nie wiem, czy to było trudne. Dbałem o niego. Chroniłem. Pilnowałem. Były to proste czynności, które chyba w zupełności wystarczały, by pokazać komuś, że zależy. Może to właśnie była ta trudność w tym wszystkim?
– Już pomagasz. Trzymasz tego małego głodomora – odpowiedziałem, patrząc z uwagą na zająca. A może bym go w sumie upiekł nad ogniem? Byłoby to mniej pożywne niż zrobienie gulaszu, ale aż tak głośny nie byłem. A mięso też mi dobrze zrobi. – Gdybyś tego nie robił, pewnie wlazłby mi pod nóż.
– Faktycznie, trochę się wierci – uśmiechnął się lekko, nie odsuwając się ode mnie nawet na sekundę.
– Wypatroszę go i dam mu co lepsze kąski. Ale na więcej będzie musiał poczekać – powiedziałem, odcinając głowę i rozcinając brzuch. Byłem przyzwyczajony do takich widoków. Działałem trochę machinalnie, jeśli chciałem coś zjeść, musiałem. To sobie przygotować od początku do końca. – Też ciebie będę musiał nakarmić.
– Ja nie potrzebuję – mruknął, ale miałem wrażenie, że mnie nie mówił poważnie... jak zwykle, zresztą. Będę zaskoczony, jak pewnego dnia odpowie mi „tak, jestem głodny, skorzystam z twojej propozycji“.
– Mhm, oczywiście. Królik będzie się piekł, to cię nakarmię – mruknąłem, wyciągając z środka takie rarytasy jak serduszko czy wątrobę. – No masz, bo zaraz nas tu zjesz.
Serathion postawił kociaka na podłodze, a ja podałem mu na małej miseczce wszystko, co mógłby zjeść. Następnie nasmarowałem królika olejem, przyprawami, nabiłem na ruszt dałem go nad ogień. Muszę tylko pamiętać, by go obracać od czasu do czasu, i pilnować, kiedy już będzie gotowy. Nie do końca wiedziałem, jak długo powinien się piec. Zawsze po prostu obserwowałem. Próbowałem. I na tej podstawie wiedziałem, kiedy pieczeń jest dobra. Akurat taki zajączek na raz będzie dla mnie jak znalazł.
– No dobrze. Możesz się wgryzać – powiedziałem, popijając czystą wodę z bukłaka. Normalnie zrobiłbym sobie herbatę, ale miałem tylko jedno miejsce na ogniu. Na herbatę muszę sobie poczekać.
– Czemu mówisz o tym tak ordynarnie? To jest mały rytuał pomiędzy nami, a nie jakiś akt bestialstwa – mruknął, przysuwając się do mnie delikatnie. – Poza tym, kto powiedział, że ja chcę teraz coś zjeść?
– No nie wiem, ja? Twój żołądek? No już, śmiało. Potrzebujesz tego. A ja w nocy będę cię potrzebował, twojego słuchu i wzroku, więc lepiej, byś był całkowicie skupiony – powiedziałem, wyciągając rękę i podciągając rękaw. – No już, korzystaj, że masz takiego idiotę, który sam ci podtyka rękę z dobrą krwią pod nos – dodałem, uśmiechając się do niego delikatnie.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz