czwartek, 30 kwietnia 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Czułem, że mimo wszystko się martwi. Może nie powinienem był mówić mu tego już teraz, mogłem poczekać, znaleźć lepszy moment. Niestety, było już za późno. Elian wiedział o zbliżającym się zagrożeniu, a gdy ta myśl raz zakorzeniła się w jego głowie, nic ani nikt nie był w stanie wyrwać go z tego napiętego, niemal hipnotycznego stanu.
- Skoro mi ufasz, to może przestaniesz szukać broni? - Zaproponowałem ostrożnie. Nie widziałem sensu w tej panice. Potwór był daleko, przynajmniej na razie. Nie zaatakuje nas od razu. Może nawet odpuści, jeśli uzna, że nie stanowimy dla niego zagrożenia. Wystarczyło zachować spokój, iść dalej, nie prowokować losu.
Elian jednak tylko pokręcił głową, a jego dłonie wciąż nerwowo przeszukiwały otoczenie.
- Ufam tobie - Powiedział w końcu cicho. - Ale nie ufam temu czemuś, co za nami podąża. - Westchnąłem pod nosem. No właśnie, rozmowa z nim zawsze tak wyglądała. Jedno mówił, drugie robił. Jakby logika i strach toczyły w nim cichą wojnę, z której żadna strona nie wychodziła zwycięsko. Czasami naprawdę można było przy nim oszaleć.
Nie skomentowałem już jego słów. Pozwoliłem mu się przygotować do ewentualnej walki, skoro tak bardzo tego potrzebował. W końcu kim ja byłem, żeby mu tego zabraniać?
Onyks ostrożnie podążał naprzód, stawiając każdy krok z wyczuwalną rozwagą, jakby przeczuwał więcej niż my. Elian z kolei uważnie obserwował otoczenie, choć w rzeczywistości w tej gęstej ciemności nie był w stanie dostrzec prawie niczego. A potem byłem ja, pozornie najbardziej wyluzowany, a jednak czujny. Musiałem być. W razie gdyby potwór zdecydował się zaatakować, to ja musiałbym zareagować pierwszy.
Choć, sądząc po dystansie, jaki nas dzielił… to raczej się nie wydarzy. Byłem tego niemal pewien.
- Powinniśmy się gdzieś zatrzymać. Niedługo słońce zacznie wschodzić - Zauważyłem, trochę obawiając się jego nadejścia.
Moje słowa wyraźnie zaskoczyły Eliana. Był tak skupiony na bestii, która za nami podążała, że zupełnie zapomniał o upływie czasu. O tym, że noc powoli dobiega końca, a mrok ustępuje miejsca bladym, niepewnym promieniom świtu.
Na chwilę wszystko ucichło. Jakby nawet las wstrzymał oddech, czekając na jego decyzję.
- Masz rację. Zaraz znajdziemy jakąś jaskinię, w której przeczekamy świt. Może będziesz miał jeszcze czas, żeby zapolować. - Oczywiście, nie mógł tego pominąć.
Według niego powinienem polować. Regularnie pić krew. Tylko wtedy, jego zdaniem, mogłem być zdrowy… i szczęśliwy.
I miał rację. Do pewnego stopnia.
Potrzebowałem krwi. Ale nie codziennie.
Mój partner jednak uważał inaczej. Czasami miałem wrażenie, że zapomina, kim naprawdę jestem i jak niewiele mi potrzeba. A może po prostu nie chciał tego przyjąć do wiadomości.
Za każdym razem, gdy piłem jego krew… to było coś innego. Coś silniejszego. Uzależniającego. Wręcz paliło mnie od środka, budząc głód, który trudno było opanować.
Bo jego krew była… zbyt dobra.
Jeśli sięgałem po słabszą, obojętnie jaką, głód nie znikał. Tylko cichł na chwilę, pozostawiając po sobie pustkę.
Dlatego, żeby nie wracać ciągle do niego… musiałem przerzucić się na krew zwierzęcą.
Ale ona nigdy nie smakowała tak samo.
- Myślę, że jak raz nie napiję się krwi czy to zwierzęcej czy twojej nic złego mi się nie stanie - Stwierdziłem, patrząc przez chwilę w jego oczy. 

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz